wtorek, 11 kwietnia 2017

Znowu coś dobrego: 14 Szkoła Nawigatorów Coryllusa, rosyjska


Klinika języka, czyli wraz z małżonką pan Gabriel Maciejewski, znany jako Coryllus, jest wydawcą i redaktorem kolejnej, 14 już edycji Szkoły Nawigatorów
Takiego scenariusza nie powstydziłby się sam mistrz Alfred. Albowiem  czternasta Szkoła Nawigatorów ma właściwą sobie dramaturgię i napięcie, rzekłbym rosnące, nadto, finezyjnie zróżnicowane. Sam temat numeru, Rosja, brzmi jak chruszczowskie walnięcie butem w pulpit w ONZ, 12 października 1960 r.*, albo raczej jak odpowiedź na ową efektowną acz tanią prowokację ze strony sowieckiego genseka w postaci walnięcie pięścią w stół, które wówczas niestety nie mogło zaistnieć, w wykonaniu, powiedzmy, gen. Sosabowskiego, twórcy polskich oddziałów desantowych pod angielską kuratelą.**
Pierwszą serię wstrząsów przynosi artykuł pióra Krzysztofa Osiejuka "Michałkow i ferajna", bardzo pouczające spojrzenie wstecz na nasze naiwne zauroczenie sowieckim i razem rosyjskim twórcą filmowym Nikitą Michałkowem, które wspomina jego arcyciekawe relacje z naszą elitką artystowską (Daniel Olbrychski). Jest to retrospekcja, która w stylu właściwym panu Osiejukowi, znanemu w blogosferze jako Toyah, otrzeźwia i orzeźwia, i razem nadaje przewodni ton narracyjny całej antologii. Nie będę zdradzał zbyt wielu szczegółów, by nie zepsuć czytelnikom efektu poznawczego. Zacytuję jedynie ten znamienny fragment: "Przyjrzyjmy się samemu Michałkowowi. Ciekawe jest to, że z dzisiejszej perspektywy, nie sposób pojąć, jak to się stało, że akurat on, obok Żanny Biczewskiej, Ganielina, Bułata Okudżawy, czy Władimira Wysockiego, stał się symbolem Rosji walczącej, że już nie wspomnę o Rosji utalentowanej. Jest oczywiście możliwe, że on był zawsze  bardziej owym cerkiewnym nacjonalistą niż komunistą, a jeśli komuna go tolerowała, to ze względu na oczywiste atuty, jednak nie sądzę. Gdyby on im się choć trochę podobał, skończyłby jak prawdziwie wybitny rosyjski autor Jerofiejew, w pociągu na trasie Moskwa - Pietuszki, nie mając pojęcia skąd i dokąd jedzie i pies z kulawą nogą by o nim nie słyszał". Nie mam słów, cały Toyah. 
No i może jeszcze ten fragment, który nadaje ton całej narracji w tym niepowtarzalnym zbiorze: "W tym kształcie, który znamy, z tymi ich cerkwiami, popami, świeczkami i tym ich papieżem, który większość swego czasu spędza między Kremlem a centralą GRU, Rosja to wróg. I nie dajmy sobie wmówić, że tam się dzieje coś jeszcze, co daje nam szansę na choćby minimalną zmianę". No i jak wam, mili państwo, podoba się? A dalej jest tylko lepiej. Spytam was jeszcze, czy widzicie tę gładkość stylu i tę konstatację brutalnej prawdy ze lekkością motyla, bez zadęcia, bez gniewu, bez żądzy odwetu, jedynie z trzeźwym spojrzeniem wprost w przekrwione ślepia proteuszowej zjawy zwanej Rosją? Nie widzicie?  No nie, musicie w takim razie przeczytać cały artykuł razem z konkluzją zawierającą apoteozę niemal kina rosyjskiego, a zwłaszcza jednego filmu, filmu Eldara Rjazanowa Dworzec dla dwojga.
Rzekłem, iż dalej jest tylko lepiej, mając na myśli, że inaczej. Wstrząsy są przeplatane autentycznie budzącymi grozę pomrukami spod najgłębszych warstw tektonicznych Euroazji, chwilami ciszy pełnymi napięcia i oczekiwania na nieuchronne nemezis, nieuchronne choć niewiadomego kształtu, oraz erupcjami rozgrzanej do czerwieni lawy. 
I tak Jacek Drobny w artykule "Ilja Muromiec na wyjeździe integracynym" kreśli przed nami faktyczne znaczenie i scenariusz tzw. Wielkiego Poselstwa, podróży cara Piotra I, jakoby edukacyjnej, po zachodnich stolicach (od marca 1697 do września 1698). Ale zanim opowie o zakulisowych wydarzeniach towarzyszących Wielkiemu Poselstwu, musi nakreślić tło historyczne i w ten sposób pogłębia perspektywę nakreśloną przez pana Osiejuka. Pisze bowiem: "Wielkie Księstwo Moskiewskie nie było państwem ruskim. Było państwem tatarskim tak pomyślanym, aby koszty kontrolowania Rusi przez Tatarów były jak najtańsze. Prawosławie było podstawowym narzędziem tej kontroli. Zaskakujące, że ten pogląd nie jest niczym  nowym i był powszechny w Europie Zachodniej w XVII wieku. Piszący do swoich władców z Moskwy dyplomaci (zachodnio-europejscy) wysyłali korespondencję z Tartarii ... Pokonanie Złotej Ordy i podbój Kazania był zwycięstwem prawosławnych moskiewskich Tatarów nad Tatarami muzułmańskimi z Saraju.Wasal pokonał Suwerena i zajął jego miejsce ... przejął też herb Złotej Ordy, jakim był ... dwugłowy orzeł." Chciałoby się rzec: koniec, kropka. Ale to dopiero początek. Skąd się wziął Ilja Muromiec, bohater znanej w Rosji heroicznej klechdy, w tytule tekstu na temat Piotra I zwanego Wielkim, dowiecie się, mili państwo, z tekstu. Za mało tu miejsca na pozostałe szczegóły tego artykułu. Dodam jeszcze ten jeden fragment, który mówi o wkładzie Gottfrieda Leibniza w nawiązanie przez Piotra I kontaktów m.in. z wnuczką i córką Elżbiety z brytyjskich Stuartów, wżenionych w dynastię Hanowerską, w niedalekiej przyszłości mającą zasiąść na tronie brytyjskim. Spotkania te niespodziewanie miały otworzyć Piotrowi I Romanowowi drogę do Londynu. Jednak pan Drobny słusznie zadaje pytanie, jak to możliwe, skoro dynastia Hanowerska w 1697 zdawała się być daleko od tronu brytyjskiego. Wilhelm III Orański obejmie sukcesję brytyjską dopiero w 1702 roku, zaś Weflowie, spokrewnieni z Hohenzollernami dopiero w 1714 r. "Na Boga - skąd Piotr mógł o tym wcześniej wiedzieć!", dziwi się pan Drobny i dodaje: "Spośród wszystkich licznych w tym czasie państw niemieckich wyróżnił (Piotr I) tylko te, które  były związane z protestanckimi potomkami Stuartów w Niemczech". Z czego wynika jasny wniosek, że ten, kto nakreślił itenerarium Piotra I, był wtajemniczony w zamiary ówczesnych możnowładców co do wydarzeń w elektoracie Hanowerskim, Amsterdamie i Londynie. 
Tekst Jana Stella-Sawickiego "Koronacja Cara Aleksandra II" należy do tych prastarych delikatesów, jeszcze z początku minionego stulecia, a zaczerpnięty jest z tomu jego autorstwa Rozwiane Marzenia (Moje Wspomnienia) 1831-1910. Wraz z fragmentem Pamiętnika Samuela Maskiewicza z wojny moskiewskiej, tej samej, która miała przynieść tron moskiewski Wazom, z Relacją expedcyi wojennej Jego Carskiego Wieliczestwa Alexieja Michałowicza do Litwy, przeciw Janowi Kazimierzowi Królowi Polskiemu r. 1654, oraz tekstem znacznie młodszym, bo z lat 20-tych zeszłego wieku, Hipolita Korwina Milewskiego Śmiertelne zagrożenia rewolucji rosyjskiej, stanowi tekst Stella-Sawickiego konieczną i razem niezwykle atrakcyjną ilustrację, tworzącą tę unikalną atmosferę studiów rosjoznawczych, oddającą zarówno myśli dawnych Polaków na temat Moskowii jak i jej realia. 
Niestety nie ma tu czasu na cytaty z kolejnych artykułów, czytelnik albowiem zaraz stwierdzi, że musi lecieć do miasta i jest już spóźniony, bądź też głosem donośnym a nieznoszącym sprzeciwu jego lub jej dzieci zaczną dopominać się należnej im, słusznie i jak najbardziej, uwagi, dlatego o pozostałych artykułach niesprawiedliwie, bo nieco krócej napiszę. 
Niesprawiedliwie, bo tam też dzieje się a dzieje. Maciej Cielecki kreśli przed nami "Pieśń o Rzeczypospolitej Handlowej" czyli historię republiki kupieckiej Nowogrodu, ostatecznie zmasakrowanej przez Iwana Groźnego. A dlaczego i na czyje życzenie dokonuje tego ludobójstwa, dowiecie się państwo od samego pana Cieleckiego. Bez ironii, czysta adrenalina. Bo jest to synteza niemal Chandlera, Ludluma i Raspalla, na dodatek odziana w barwne stroje, sobole futra i wylewne temperamenty ruskich Bojarów- chciałoby się powiedzieć rusińskich, bo Rassija dopiero umacnia się w Moskwie - oraz w nędzne brzozowe łapcie i lniane rubachy pod-nowogrodzkich mużyków.
Ewa Rembikowska proponuje nam opowieść w stylu łączącym Juliusza Verne, jego najlepsze fragmenty, z grafem Custine, ale bardziej custinowską, albowiem prawdziwą, bez żadnych zmyśleń sajens-fajans. Jej tekst "Kilofem i taczką" opowiada o karkołomnym a globalnym przedsięwzięciu, mianowicie o budowie wielkiej kolei transyberyjskiej podjętej przez carskiego ministra finansów Sergiusza De Witte. I tu mamy coś więcej niż czystą adrenalinę, coś jakby wicher, który dech zapiera, mianowicie wielkie przestworza, wielkie twórcze namiętności, ogromne, globalne trudności i intrygi, wielki trud setek tysięcy ludzi, tragiczną śmierć dziesiątek tysięcy pracujących przy tej kolei, i ... wielkie plany imperialne, nie tylko moskiewsko-petersburskie. Tu pozwolę sobie złamać dane słowo i zacytować jeden fragment, należy on albowiem do kluczowych dla całego tomu: "Rosyjską ekspansję na Dalekim wschodzie najbardziej zaniepokojona była Wielka Brytania. Podjęła różne działania bezpośrednie i pośrednie, by opóźnić, jeśli nie storpedować budowę. Postanowiła zablokować dostęp Rosji do kredytów międzynarodowych. Rozmowy De Witte z londyńskimi Rotschildami okazały się fiaskiem." Czy to wtedy, wolno nam zapytać, Londyn wraz możnowładcami z City, wymienionymi wyżej, zamyślił przenieść rewolucję socjalną, udoskonaloną przez Karola Marksa z wydajną pomocą angielskiego czartysty, Georga Julian Harneya, z zachodniej Europy na wschodnią jej flankę, do imperium moskwicińskiego, które zaczynało jakby tracić pamięć o tym, skąd mu wyrastają aktywa?
Artykuł "Julisz Enoch" Krzysztofa Laskowskiego opisuje złożone dzieje doradcy i sekretarza margrabiego Wielopolskiego, Juliusza Enocha, przedziwnego męża stanu o niewątpliwych skłonnościach patriotycznych a jednocześnie reprezentującego przekonanie wielu Polaków owego czasu, iż Imperium Moskiewskie jest tworem skazanym, przy wszystkich swoich wadach, na wieczne trwanie. Pan Laskowski w ten sposób wprowadza czytelników w wątek polskiej zależności od rosyjskiego hegemona w wieku XIX. Zarazem, denuncjując niedoinformowanie polskich konserwatystów na temat rzekomo trwałej kondycji Petrsbursko-Moskiewskiego Carstwa, być może niedoinformowanie usprawiedliwione, kontynuuje on główny wątek zbioru i ten rozpoczęty przez Ewę Rembikowską a dotyczący Rosji u progu rewolucji bolszewickiej. 
Agnieszka Bywalec w artykule "Czerwień" otwiera przed nami pewien aspekt historii gospodarczej Rzeczypospolitej I i Moskowii. Chodzi tu o handel produktem niezwykle atrakcyjnym, przynoszącym milionowe zyski, mianowicie czerwonym pigmentem, ekstrahowanym z maleńkiego pajączka zwanego czerwcem polskim, w nadobfitości obecnym na Kresach wschodnich, ale również w okolicach Warszawy i Torunia, którego hodowla znajduje w XVIII w. nieoczekiwaną konkurencję w postaci hodowli czerwca hiszpańskiego i amerykańskiego. Co więcej polska hodowla i europejski handel czerwonym barwnikiem zostaje przejęta i powstrzymana przez zaborcę rosyjskiego. Największym beneficjentem zaś tego wrogiego przejęcia staje się Wielka Brytania importująca barwnik z swoich kolonii amerykańskich.  
I znowu pan Maciej Cielecki raczy nas historią rywalizacji między dwoma polsko-żydowskimi potentatami finansów i przedsięwzięć gospodarczych, zwłaszcza kolejowych, z okresu rozbiorowego, między Leopoldem Kronenbergiem, filarem stronnictwa Białych, a Janem Gottliebem Blochem, prawdopodobnie pierwowzorem Wokulskiego z Lalki Bolesława Prusa. Nie muszę dodawać, że narracja jest wartka i sensacyjna. Trzyma w napięciu. 
Podobnie Bartosz Biesiacki w "Cudzie na hokejowej tafli" przyciąga czytelnika wartką akcją, opisując rywalizację z 1980 roku między drużyną rosyjskich mistrzów, królującą na taflach całego świata, trenowaną przez Wiktora Tichonowa, a hokeistami amerykańskimi, prowadzonymi przez znakomitego Herba Brooksa, dokonującymi w starciu z hegemonami światowego hokeja rzeczy niemożliwej.
Marian Powrotnik natomiast wycisza i uspokaja nieco narrację wchodząc w nieznane detale biografii autora jednej z najgłośniejszych powieści minionego stulecia Mistrz i Małgorzata, czyli Michała Bułhakowa, jak się okazuje rosyjskiego monarchisty. Ale to tylko pierwsza część jego tekstu, druga bowiem przechodzi do tego, co zwiastuje tytuł "Michał Bułhakow a sprawa polska" i analizuje dwa zaskakujące fragmenty prozy tego giganta rosyjskiej literatury, co ciekawe, dalekiego od utożsamiana Moskwy, Sankt Petersburga, a nawet Prawosławia z tym, co najlepsze w kulturze rosyjskiej, niebezpiecznie zbliżającego się w swoim pisarstwie do myśli przewodniej omawianej antologii: Rosja jest zjawiskiem niesamodzielnym i nietrwałym, a nawet jako państwo bytem fikcyjnym.
Tekst pani Maryli Sztajer, zamykający całość zbioru, "Garść refleksji i przemyśleń o przemyśle i własności w Zagłębiu Dąbrowskim w XIX w.", należy do innego porządku badań, ale nie mniej fascynującego. Jest to kontynuacja cyklu listów do córki, zebranych pod tytułem "Okradzione miasto", wydanych w specjalnym żydowskim numerze Szkoły Nawigatorów. Razem tworzą ciekawą, bo analogiczną pointę do na pozór odległego rosyjskiego tematu. A mówią o smutnej choć niezwykle pouczającej historii ekonomicznych manipulacji w pod-katowickiej Czeladzi. Oba teksty zasługują na wspólny tytuł "Listy z okradzionego miasta". 
Takie to są studia i teksty rosjoznawcze, historyczne, ekonomiczne i politologiczne inspirowane i redagowane przez pierwszego "oszołoma" IV Rzeczypospolitej, pana Gabriel Maciejewskiego, powiedzmy pierwszego ex equo z panem Krzysztofem Osiejukiem. Nie mam słów, po prostu czyste "opętanie". 
Jednego tylko brakuje temu bardzo cennemu zbiorowi artykułów, mianowicie tekstu samego Gabriela Maciejewskiego.
 




*W reakcji na słowa przedstawiciela Filipin na temat sowieckiego, rosyjskiego wchłonięcia Polski i całej Europy Wschodniej po II wojnie światowej. 
** Pięść gen. Sosabowskiego w 1960 r., jak wiemy, nie mogła dosięgnąć celu, gdyż został on ulokowany przez możnych tego świata w fabryce silników elektrycznych jako robotnik magazynowy i pracował tam do 1962 r..

2 komentarze:

  1. Znakomita notka. Akurat nie czytałam artykułu Toyaha o Michałkowie, więc nie wiem, czy on napisał, że tatko Michałkowa jest autorem hymnu ZSRR. To była najwyższa półka sowieckiej nomenklatury i dla tych tutejszych "gwiazdeczek" znajomość z nim to była wielka nobilitacja. Z tym, że jednak Michałkow aczkolwiek dysponował wielkimi budżetami, to nie sięgał kolan takich reżyserów jak Wajda czy Has. To inna liga artystyczna. Teraz zajmuje się ukazywaniem "dramatów elit artystycznych za Stalina z udziałem osobistej tragedii takiego jednego, co wstąpił do tajnych służb i donosił na swoich, po czym popełnił samobójstwo. Finałem są czystki w 1937 r. i "zły, bardzo zły Stalin".
    PS. Bardzo się cieszę zPańskiego bloga i z tego , że wreszcie znowu dotarłam na Pańskiego bloga i zrobię sobie przyjemność w Lany Poniedziałek czytając wszystko od początku na spokojnie. Szczęśliwych Świąt Zmartwychwstania Pańskiego życzę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki piękne za dobre słowo.
    Wzajemnie życzę radości i odpoczynku w cieniu zwycięskiego Krzyża i blasku Zmartwychwstania Pańskiego.
    O ile pamiętam napisał o tym hymnie.
    A ten co popełnił niby to samobójstwa w sequelu do Stopionych w słońcu powstaje żywy, coś tam jakiś myk Michałkow wymyślił, że niby się nie wykrawił do końca, albo podciął się nie fachowo, albo że go ktoś ratuje, nie pamiętam. No i wszystko toczy się dalej. Jako enkawudzista i ex-carski oficer odnajduje tego generała którego gra Michałkow w sztrafnym batalionie i przywraca mu szarżę. A w końcu trafia na Łubiankę i przyznaje się do wszystkiego, czyli zaocznie przyjmuje wyrok, żeby uniknąć spotkania z młotkiem swoich byłych kolegów w czasie przesłuchania.
    Michałkow jako ten gen. Kotkow, gieroj damawoj wajny też nie został zadźgany ani na Łubiance ani w tym łagrze. A jak wraca do wysokiej szarży, to prowadzi atak na bunkier-fortecę z całym batalionem sztrafnych sołdat, czyli łagrowych więźniów, i to uzbrojonych w sztachetki, słownie w sztachetki. Co ciekawsze to jest podobno autentyk. To znaczy takie ataki były na rosyjskim froncie. Szok, jak to usłyszałem, chyba od kogoś z mojej rodziny, przeżyłem szok.
    A my z czym do ludzi? Z tą wajdowską szarżą z szablami na czołgi, wymyśloną w gierkowskim KC? Za grosz narodnawo gieroizma.

    OdpowiedzUsuń