niedziela, 21 maja 2017

Jak biec jeszcze szybciej? cz. III. Fatima i św. Andrzej Bobola

Ich odpowiedź jest prosta, trzeba się zatrzymać, przestać biec, „stracić” czas na rachunek sumienia i na medytację, np. medytację dwu sztandarów, sztandaru Króla wiecznego i sztandaru władcy zła (wg Ćwiczeń duchowych św. Ignacego z Loyoli), a potem „stracić” czas na wspólną rodzinną wycieczką albo randkę małżeńską, potem dopiero na najnowsze wieści „z frontu”.
Uderzyła mnie ta bliskość tych dwu świąt: 100 rocznicy objawień fatimskich i święto św. Andrzeja Boboli. Niezdobyty klif eschatonu. Sprawy ostateczne. I razem niemal namacalne potwierdzenie słów Zbawcy: „Oto Ja jestem z wami aż do skończenia świata.” Bo przecież wszystko to poświadcza o Jego nie tylko wszechmocy, ale i wiernej, nieustającej obecności w naszej historii, o Jego nieustannym zniżaniu się w sprawy mieszkańców ziemi.
Kontekst historyczny objawień fatimskich naszkicowała nam niedawno Pink Panthera (http://rozowypanther.blogspot.com/2017/05/fatima-portugalia-krolobojcy-i-salazar.html). I jakież było nasze zdziwienie, kiedy odsłoniła przed nami tę sieć herezji i zdrady, jakie oplatały małych wizjonerów z Fatimy, ich rodziny i wszystkich wierzących w Chrystusa w Portugalii. Ten tępawy wójt gminy Fatima, w zasadzie masoński politruk i bandyta w roli urzędnika państwowego, który zarządza aresztowanie trójki „fanatycznych” dzieci. Ciekawe, że nie wsadza je do zakładu dla obłąkanych, jakby zapewne uczyniliby pozytywni liberałowie z wyższych sfer brytyjskich i republikańskich, ale od razu pakuje do aresztu, jakby zdawał sobie sprawę, że dzieci głoszą prawdę i to niebezpieczną prawdę, „podważającą podstawy ustroju”.
Wówczas Matki Bożej niestety nie udało się zaaresztować. Karzące ramię „sprawiedliwości społecznej” dosięgnie ją dopiero po trwającym ponad pół wieku pościgu, i to tylko w jej jasnogórskim wizerunku, kiedy to w czerwcu 1966 r. częstochowska Ikona zostanie zaaresztowana w czasie milenijnej peregrynacji opodal Fromborka na drodze do Nowego Dworu.
A gdyby tak zaaresztować Jej Boskiego Syna? Na przykład w Eucharystii? Nie, nie, to niemożliwe i niepożądane. Nowi zbawcy ludzkości popełniliby niewybaczalny błąd propagandowy, przyznaliby w ten sposób, że Najświętszy Sakrament to nie zabobon, ale realna obecność Syna Bożego, niewidzialna obecność w widzialnym znaku. Lepiej gnębić głosicieli katolickiego zacofania. Nawet od czasu do czasu zakatrupić któregoś, tak na postrach. Potem się powie, że sam był sobie winien, bo mógł nie przeginać z tymi swoimi obsesjami na punkcie ludzkiej godności i takich tam różnych dyrdymałów, i nie drażnić swoich morderców, w zasadzie uczciwych i lojalnych stróżów socjalistycznego porządku, tylko trochę nerwowych.
Pink Panther pisze również o mordzie prawego władcy Portugalii Karola I de Bragança i jego spadkobiercy. Wpisuje się on w zasadzie w kolejny etap uszczęśliwiania ludzkości metodą demokratyczną, etap polegający na wyzwalaniu uciśnionych europejczyków od tyranii katolickiego monarchizmu poprzez zamachy na życie głów panujących i ich dziedziców. Jest to albowiem jeden z całej serii zamachów przeciw rodom królewskim na przełomie XIX i XX wieku. Szczególy w tekście Pink Panthera.
Kiedy porównamy to historyczne sąsiedztwo objawień z Fatimy z wydarzeniami otaczającymi mord dokonany na św. Andrzeju Boboli, analogia staje się zadziwiająco wyraźna. Analogia to podobieństwo i różnica ujęte w jednej relacji, w jednej aczkolwiek złożonej. Dlatego po swoim aresztowaniu św. Łucja dos Santos wyraża gotowość podjęcia męczeństwa mocą wiary w Jezusa i Jego Niepokalanej Matki. Tak jak rodzeństwo Marto, św. Franciszek i św. Hiacynta, potwierdza swoją heroiczność. Tak jak jej dwoje kuzynów nie ustępuje wobec żądań wyparcia się całego orędzia objawień, żądań popartych groźbami, ponawianych przez fanatycznych przedstawicieli demokratycznej władzy. Trójka małych mistyków nie zostaje na szczęście zgładzona. Franciszek i Hiacynta umierają potem, ale wskutek choroby. Piękna Pani zapowiadam przecież, że rodzeństwo wkrótce zostanie wzięte do nieba. Jednak wolno nam domyślać się, że ta zapowiedź obejmuje również naturalne warunki, w jakich znajdą się dzieci: aresztowanie, więzienie, przesłuchania, cierpienia z nimi związane, nadwątlenie ich zdrowia, a potem epidemia grypy hiszpańskiej szalejąca w Portugalii, uśmiercająca również dorosłych. Łucja żyje i niesie dalej wezwanie do pokuty, ale cała trójka przechodzi swoją gehennę, którą można nazwać białym męczeństwem, mękę zgotowaną przez kolaborację osób sprawujących władzę w Fatimie z duchowymi mocami zła. I to jest właśnie to podobieństwo do krwawego męczeństwa św. Andrzeja Boboli. Różnica zawiera się, rzecz jasna, w tragicznej, krwawej i razem chwalebnej konkluzji zamykającej życia Apostoła Polesia.
Pamiętamy wszyscy o polskich, współczesnych męczennikach z Peru, o dwu franciszkanach, błogosławionych O. Michale Tomaszku i O. Zbigniewie Strzałkowskim, rozstrzelanych przez bandytów ze świetlistego szlaku. Ale za pewne niewielu z nas słyszało o znamiennym szczególe tego męczeństwa. Otóż kiedy zostali oni ujęci w domu, w którym mieszkali, kiedy O. Zbigniew schodził z piętra po schodach pilnowany przez jednego z oprychów, ów zobaczył lornetkę na szyi misjonarza, wskazał na nią i powiedział mu: „Nie będzie ci już potrzebna”. I zgadnijcie, mili państwo, co uczynił O. Zbigniew? Oddał mu ją bez wahania, bez słowa. „Jak baranek na rzeź prowadzony”. Zapewne nowy właściciel lornetki nie zdawał sobie sprawy jaką moc ma relikwia. Stała się ta lornetka albowiem prawdziwą relikwią, która paliła go aż do końca jego dni.
Zwykły grzesznik-choleryk, katolik niedzielny, niewiele wiem o męczeństwie. W obliczu przemocy najpierw szukam jakiegoś narzędzia, modlę się dopiero potem. Ale to jedno do mnie dociera: męczeństwo, faktyczne martyrium, świadectwo wiary złożone aż do przelania krwi z woli Najwyższego, nie jest owocem samodzielnej decyzji człowieka. Jest darem łaski. W zasadzie cudem. Wynika ono albowiem z cudownego przekroczenia naturalnej, i jak najbardziej pożądanej, niechęci do cierpienia. Cierpienie jest złem i można zgodzić się na nie tylko mocą szczególnego daru, mianowicie aktu poddania się złu tylko jako bramy do najwyższego dobra, jakim jest sam Bóg. Stąd ta wyjątkowa wolność wewnętrzna, niezawodnym znak martyrium. Bynajmniej nie dobre samopoczucie ani euforia, ale wolność wbrew upokorzeniu i cierpieniu, najpierw wewnętrznemu, które przychodzi wraz ze świadomością losu. Wyruszając w ostatnią swoją misję Św. Andrzej miał powiedzieć współbraciom: „Jadę na śmierć męczeńską” (Ks. Henryk Szuman i Ks. Jan Cyrankowski, Św. Andrzej Bobola, misjonarz i męczennik, prorok i patron Polski, Stargard, 1938, str. 9, http://www.dbc.wroc.pl/dlibra/docmetadata?id=2268&from=latest). Realizm i razem świadomość swojego powołania, powołania do świadectwa krwi. Wiedział, kim są nieprzyjaciele Rzeczypospolitej i że nie darują mu Ślubów lwowskich, które co najmniej zainspirował, jeśli nie napisał. Przyjął on bowiem za swoją misję rozgłaszania, iż, jak to zostało objawione innemu Jezuicie, O. Juliuszowi Mancinellemu, Matka Zbawiciela jest zarazem Królową Polski. Wiedział jaką nienawiść żywili do niego kozacy z racji przyczynienia się do licznych nawróceń prawosławnych, ich powrotu do Kościoła. Wiedział, czego spodziewać się po kozakach i że nie uniknie kaźni. A jednak odczytał to jako wezwanie i dar łaski z ręki Króla dziejów.
W Wieży Babel, jedynym teatralnym utworze Tomasza Mertona, amerykańskiego Trapisty, znajdujemy takie słowa: „Miasto człowieka, na ziemi, jest odwróconym odbiciem innego miasta. Co jest wiecznie i niezmienne stoi odbite w niespokojnych wodach czasu, i wiele wydarzeń naszej historii jest po prostu poruszeniami wody, które niszczą przemijający cień wieczności. My, którzy jesteśmy opętani ruchem, mierzymy znaczenie wydarzeń ich siłą burzenia naszego świata. Szukamy znaczenia tylko w kataklizmach, które zaciemniają obraz rzeczywistości. Ale wszystkie rzeczy przemijają, zaś obraz rzeczywistego miasta powraca, choćby nie było nikogo, kto mógłby go rozpoznać czy zrozumieć”. Nie całkiem możemy zgodzić się z mnichem poetą w kwestii owego „opętania ruchem”, ponieważ pojęcie ruchu w pierwszym dowodzie na istnienie Boga jest w zasadzie metaforą istnienia. Dla bytu rozumnego, zarówno absolutnego jak i stworzonego, jakim jest człowiek, ruch w sensie duchowym oznacza również akt woli. Wskazuje zatem na wolność. Akt martyrium jest zatem ruchem. Zgadzamy się, tylko jeśli ruch oznacza u Mertona chaos.
To co jest ważne dla mnie w tych kilku zdaniach, nawiązujących do augustyńskiego obrazu (De civitate Dei) konfliktu między Miastem Bożym (porządkiem łaski i prawa boskiego) a miastem człowieka (chaosem grzechu), to przeciwstawienie piękna (doskonałości) rzeczywistości wiecznej brzydocie zła, rzeczywistości przemijającej, choć jak na razie ciągle prześladującej nas. Przeciwstawienie, które ma również znaczenie polityczne. De civitate Dei św. Augustyna jaki i Wieża Babel Mertona są również traktami politycznymi. Mówią również o trosce o wspólne dobro. Analogia do świadectwa trojga portugalskich dzieci, świadectwa wzywającego do nawrócenie i pokuty, czyli powrotu do prawa wiecznego jest tu oczywista. Nadto nawrócenie i pokuta przynoszą owoce nie tylko w życiu osobistym, ale również w życiu publicznym. Podobnie misjonarstwo i męczeństwo św. Andrzeja Boboli jest przelaniem krwi nie tylko za wiarą, ale również za pokój między narodami i stabilność niepodległej. Pamiętamy również tę wypowiedź pana Maciejewskiego zatytułowaną Śledztwo w sprawie śmierci św. Andrzeja Boboli: https://www.youtube.com/watch?v=EaFL_nthsbE
Między wierszami mojego tekstu są również i treści ujęte w tej dedukcji historycznej. A między wierszami coryllusowej prelekcji kryje się natomiast tzw. cienka aluzja do innego augustyńskiego konceptu, gdzie mowa jest o władcach, którzy przez niewierność Bożemu prawu, stają się bandytami i tworzą bandy zbójeckie, czyli zorganizowane grupy przestępcze. Choć mówiąc dokładniej wypowiedź Coryllusa mówi o graczach politycznych i religijnych, którzy, zaprzedając duszę zakamuflowanym organizacjom polityczno-finansowym, stają się najemnikami zła.
Nie ma zatem pokoju bez oparcia życia publicznego na porządku łaski, prawie wiecznym i prawie naturalnym, w tym na prawie do własności i godziwego dostatku. I teraz wcale nie mam pewności, czy najpierw potrzeba wprowadzić łaskę i sprawiedliwość w życie własne, bo z pewnością trzeba, czy może najpierw lub jednocześnie w życiu publiczne. Tu trzeba skończyć. Jak na razie. Reszta jest … dyskusją.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz