niedziela, 15 października 2017

Od Botoksu do Pittbulla i nazad. Zbierajmy materiały na proces beatyfikacyjny Patryka Vegi Krzemienieckiego.

W zamierzchłych czasach zimy tego roku, ponad 10 miesięcy temu zdecydowałem, że zacznę pisać na blogu (na dwu blogach, blogspocie i salonie24). Moim trzecim z kolei tekstem debiutanckim (z 13 stycznia br.) był wredny, jak sto zmutowanych szczurów, tekst na temat filmu pana Krzemienieckiego vel Vegi Pittbull. Nowe porządki: Czy Patryk Wega Krzemieniecki zabił Daniela z Ełku? Obejrzałem tą miernotę, bo chciałem, że tak powiem na swoje usprawiedliwienie, być na bieżąco. Ale zaraz odechciało mi się tej bieżączki, po obejrzeniu Pittbulla. By uczcić premierę Botoksu (Jeszcze nowszych porządków), przedstawiam państwu obszerny fragment tego tekstu.
Pomijam tu fragment dotyczący tragicznej śmierci młodego człowieka z Ełku z ręki nożwonika zatrudnionego w ełckim Prince Kebabie, sprawie która wygląda, jakby miała "10 den" (1 dno, 10 den). Wykreśliłem też fragmenty dotyczące artykułu Art 196 KK dotyczącego "ochrony uczuć religijnych", żeby nie powtarzać się i przez szacunek dla swoich nerwów. Wystarczy nam tego absurdu kinowego. Jeśli będziecie państwo nalegali, wkleję je w dyskusji.
Do powrotu do mojego tekstu zainspirował mnie pan Osiejuk swoim wczorajszym tekstem: http://krzysztof-osiejuk.szkolanawigatorow.pl/czy-patryk-vega-zaatwi-nam-u-pana-bogaa-sukces-dobrej-zmiany. W zasadzie to od niego dowiedziałem się, że premiera Botoksu odbyło się dopiero co. Już po samym Pittbulluwiedziałem, że kolejnych filmów pana Patryka nie obejrzę. Trailery, które zlustrowałem pod wpływem ich recenzji autorstwa tegoż samego pana Osiejuka, utwierdziły mnie. Nie tylko z powodu braku tam jakichś nowości w twórczości pana Krzemienieckiego, ale przede wszystkim z racji tego strumienia patolo-rynsztoku. Przytaczam tu fragment mojej recenzji Pittbulla, a nie recenzji Botoksu, bo one prawdopodobnie różnią się tylko jednym szczegółem, o którym w konkluzji. Prawdopodobnie, bo nie zamierzam tego sprawdzać naocznie.
Oto mój tekst: 
Obejrzałem niedawno Pitbulla. Nowe Porządki. Po części z nadzieją, że będę miał o czym pisać. Nie zawiodłem się. Jak państwo wiecie, zaczyna się prawie jak u mistrza Alfreda H. Z tym, że najpierw jest nie trzęsienie ziemi, tylko trzęsawka. Dokładniej trzęsawka dwu obnażonych ciał, kobiecego i męskiego, spółkujących ze sobą. Czyli orgazm. Ale taki, że … ech … drżyjcie narody. (Nie wiem jak się zaczyna Botoks i wiedzieć nie chcę.)
Jak najskromniej spuściłem wzrok, przesłoniłem ekran dłonią. Ale to, co zobaczyłem, wystarczyło. Wystarczyło bym poczuł to coś z razu nieokreślonego, co potem kojarzyło mi się z zawstydzeniem, a właściwe było odczuciem mdłości. Mam taką ambicję by być nie tylko staromodnym ale i wyrozumiałym, dlatego długo nie chciałem się do tego przyznać przed sobą samym. Ale ten problem rezerwuję tylko dla siebie.
Zatem Pitbull 2 zaczyna się „niemal” jak u Hitchcocka, na tym jednak podobieństwa kończą, bo zamiast lepiej, dalej jest już tylko gorzej. Dzień po obejrzeniu Pitbulla 2 zadałem sobie pytanie, który z holiłudzkich filmów, albo angielskich, a nawet szwedzkich, a nawet jugosłowiańskich, zaczyna się od takiego pornosa. Emmanuel, powiecie. Nie wiem, nie oglądałem, być może. Nie jestem koneserem kina. Być może państwo mnie poprawicie, ale nie przypominam sobie żadnego. Jest taki film z Melem Gibsonem, gdzie, jak relacjonują podglądający go policjanci, uprawia on sex z panią swego serca przez cztery godziny. Jest nawet niedyskretny rzut oka przez lornetę na miłosną parę, ale są tam jakieś zasłony. W innym filmie O czym myślą kobiety, owszem, jest nawet uniesienie erotyczne, ale nie ma tam ani takiej „krowa na rowie” golizny, przepraszam, „kawa na ławę” golizny ani takiej trzęsawy jak w Pitbullu.
Czemuż, ach czemuż? Zachodzę w głowę. Zachodzę i wychodzę, aż mnie ta głowa zaczyna bloleć. (...) Państwo, którzyście zmarnowali te parę gdzin na wszystkie trzy, a choćby i te 133 minuty na Pitbulla 2, wiecie jak wygląda tam ów „strumień świadomości”, to znaczy strumień pomyj.
Choćby ten fragment, kiedy kolejna kochanka Miami’a wyznaje mu miłość, licytując ofertę tej poprzedniej kobiety, chyba tej, z którą spółkował on na początku filmu, obietnicą plasterków ogórka dodawanych codziennie do kanapki. Bohater wymięka. Jego serce zostaje podbite za pomocą plasterków ogórka. Chciałbym, żeby to było śmieszne. Niestety, Miami wyraża to za pomocą znanego wulgaryzmu zaczynającego się na literę k, który w slangu, oznacza kobietę rozwiązłą, nadto spełnia często funkcję znaku przestankowego lub przerywnika, pauzy do namysłu.
Najważniejszy jednak moment w tym nurcie rynsztoka, moment kulminacyjny, moment najwyższego najpięcia, po którym atmosfera stopniowo opada, następuje kiedy, młody gangster Zupa (Krzysztof Czeczot), wódz gangu mokotowskiego zostaje aresztowany. Ogląda właśnie sobie spokojnie pornosa, widocznego wyraźnie bez przesłon na dużym telewizyjnym ekranie (drugi już orgazm w tym filmie), tymczasem policja pod wodzą Miami’a szturmuje drzwi do jego pokoju. Drzwi stawiają opór. Policjanci wołają do niego przez drzwi by się od nich odsunął i położył się z rękami na głowie. Wszystko realistycznie i prawidłowo. Zupa leży, czeka aż oni rozwalą te drzwi i cichutko nuci sobie ni mniej ni więcej tylko pieśń religijną, pogrzebową, „Przybądźcie z nieba” znaną również jako „Anielski orszak”. Właśnie to, nic innego. Spokojna liryczna melodia, jak i treść pieśni stanowią właściwy kontrast do dramatyzmu chwili. To z nerwów i ze strachu, powie nam pan Wega Krzemieniecki. Nic innego nie może śpiewać. Jakże przenikliwy psychologizm socjologa filmowego i razem reżysera, kandydata na Oscara.
Czemuż, ach czemuż, zpyta leśny dziadek? Czemu nie nuci ten Zupa „Stairway to heaven” albo „Freedom”, albo „Cygańskiej rapsodii” albo coś z diskopolo? Przecież diskopolo to jest naturalna muzyka jego środowiska. A bo to nie tak prosto, odpowie nasz pretendent do Oscara. Przynależność do grupy społecznej nie jest tak jednoznaczna. Jego rodzice są przeciętnymi warszawskimi mieszczanami. Ja się znam na tym, mam dyplom z socjologii. Aha, zmiesza się elokwentny, choć niezbyt domyślny, dziadek: Znakiem tego oni są katolami. Pan to powiedział, wzruszy ramionami Krzemieniecki reżyser. Katoliccy mieszczanie, poza tym, nie słuchają ani Led Zeppelin ani Mercury’ego. Aha, zmiesza się znowu starszy pan, to takie są owoce kato-dulszczyzny. Mieszczaństwo katolickie wychowuje swoich synów na gangsterów, erotomanów i homoseksualistów – bo w podtekście scenariusza Zupa ma jakiś problem ze swoją tożsamością płciową, jest na jej punkcie przewrażliwiony, ogląda pornosy, żeby potwierdzić swoją męskość. Krzemienicki socjolog skromnie spuści oczęta, błyśnie łysiną, zamruga powiekami i cicho szepnie: Pan to powiedział, nie ja. (...) 
Dlatego ludzi wierzących należy właśnie potraktować jak drażliwych dziwaków. Można sobie robić jaja z tzw. wartości religijnych, ale trzeba rzucić im jakiegoś ochłapa, jakąś protezę prawnej ochrony, bo się dziadki i babcie wściekną i jeszcze coś gorszego wymyślą. Inkwizycję albo co? (...)
Katoli trzeba tępić jak wszy, sugeruje Wega Krzemieniecki, bo zatruwają tylko atmosferę i psują smak życia. To jest głos bestialstwa! Powtórzę dla lepszej słyszalności, to jest zakamuflowane bestialstwo, zawoalowane pozorami realizmu psycho i socjologicznego. To jest patologia. (...)
I jeszcze jedno. Czemu Pitbull 2 jest taki paskudny? Nie tylko przez ten dęty seks i ten rynsztok. Również przez tą kretyńską, obleśną kompozycję długiego nosa i czarnej brody Miami’a z jego irokezem ala De Niro z Taksówkarza. Nie ma szans. Pan Krzemieniecki Oscara nie dostanie. Z resztą nie za to mu płacą. Wszak jest on socjologiem. Jego działka to formatowanie tubylców tak by nie wychylili się ponad poziom grupy niewolniczej.
Jaka jest różnica między Pittbullem 2 a Botoksem, której nie zamierzam sprawdzać? Ano taka, że znane mi trailery nie pokozują sceny analogicznej do tej z bandziorem Zupą wychowanym jakoby w katolicko-mieszczańskiej rodzinie. Być może dlatego, że miejsce Zupy zajęła cała służba zdrowia, ale to nie jest do końca jasne. Brak czytelności tej "poetyckiej metafory" w Botoksie , doprowadził być może właśnie do tych religijnych wyznań pana Patryka. Może być też inaczej, może rzeczywiście miał on wypadek i przestraszył się, że Bóg chce dobrać się mu do skóry i zaczął mu stawiać ową przysłowiową świeczkę. Niestety jego "ogarek" przeznaczony bynajmniej nie dla Boga wciąż się świeci. Inaczej być nie może. Pan Patryk podpisał już cyrografy z instancjami bardzo poważnymi. Tu szczegóły: http://natemat.pl/201841,odsuneli-go-od-pitbulla-ale-vega-nie-sklada-broni-szykuje-mocniejsze-produkcje-bez-cenzury-i-komprompisow .
Z tego wywiadu dowiadujemy się, że będzie on kręcił filmy, gdzie aktorzy będą mówić po angielsku. Domyślać się nam wolno, że będą mówili o tym jakimi patologicznymi szmatami są Polacy, zwłaszcza katole, i w taki sposób ich pokazywali. Zapewne po to, by odwrócić uwagę społeczności globalnej od nieubłaganych statystyk, ujawnionych nam przez znakomitego Deszcznocity, według których, jako pijacy, Polacy są daleko w tyle za Anglikami (23 półlitry polskie na 73 półlitry angielskich, w rachunku tygodniowym). 
Kontynuacja owej łopatologii patolo-propagnadowej, jest poważnym zamówieniem i pan Patryk nie jest w stanie z tego się wykręcić. No chyba, że zdecyduje się na długotrwały proces o wielką kasę zakończony swoją porażką i ostatecznym pobytem w szpitalu, nawet psychiatrycznym.
W końcu przychodzi mi jeszcze inna wredna myśl, że mianowicie, sam pan Patryk zdecydował się zastąpić Zupę udzielając owego "religijnego" wywiadu i stając się, jak to określił pan Osiejuk, twarzą "dobrej zmiany". Jeśli mam rację, albo jeśli tylko po części, bo raczej pan Patryk sam by na to nie wpadł, nie jest to pomysł oryginalny ani subtelny. Albowiem zabieg ten jest podobny do tego, co uczynił sam Heinrich Luitpold Himmler, niemiecki zbrodniarz, Reichsführer-SS, głowa satanistycznej sekty zwanej SS (Die Schutzstaffel der NSDAP), który na swoją obronę, gdy już usłyszał wyrok, miał rzec, iż chodziło tylko o "obronę Kościoła Katolickiego" (sic! Dlatego zapewne był współautorem masakry dziesiątków tysięcy kapłanów, zakonnic i zakonników katolickich).
Jest jakieś podobieństwo między religijnym coming-outem pana Krzemienieckiego a próbą skompromitowania Kościoła przez Himmlera, rzucenia na niego podejrzenia o współpracę ze zbrodniarzami. Ale i razem prymitywizm podróbki, najprawdopodobniej niezamierzonej, w typowym dla pana Patryka stylu chałtury do wynajęcia, jego własny podpis, podpis faceta bez charakteru.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz