czwartek, 26 października 2017

Widziałem śmierć Uniwersytetu – pamiętajmy o nim w dzień zaduszny, w 600-tną rocznicę jego śmierci

Zobaczyłem ją w cichej zgodzie teologów akademickich z pewnej uczelni na otwarcie podyplomowych studiów genderowych. A potem w ich niechęci wobec ks. Oko. Powinienem był zakryć twarz. Nie zakryłem. Owionął mnie chłód grobu. Jeden z najnowszych objawów tej śmierci. I tak ze mną pozostał. Potem była akcja środowisku KUL-u, wiem to na pewno że nie całego, skierowana przeciw Ks. Guzowi. Staram się ich usprawiedliwić, owych teologów i wykładowców katolickich, bo to jest kwestia pieniędzy dla uczelni w tym finansowania instytutu teologicznego. Nie ma dziś innego sponsora jak tylko państwo i administracja unijna, no i może jeszcze korporacje, które mają jakiś interes do Kościoła. My zwykli katolicy jesteśmy za biedni, żeby utrzymać kościelne instytucje edukacyjne.
Ale wrażenie agonii jest. Bo skoro do takich kompromisów zdolni są Księża zatrudnieni na uczelniach, nawet zdawałoby się niezależnych jak KUL, skoro niektórzy wykładowcy z UKSW potrafią mówić publicznie o katolickiej rozgłośni i telewizji jako o problemie dla Kościoła, skoro zatrudnienie akademickie wiąże się z jakąś presją, mentalną i ekonomiczną, której przynajmniej niektórzy z nich nie potrafią się przeciwstawić, to znaczy, że słudzy Kościoła, powiedzmy niektórzy słudzy Kościoła, z łona którego Uniwersytet wyszedł, nie są w stanie obronić jego misji, misji Uniwersytetu, misji tworzenie i odradzania szerokiej wspólnoty skierowanej ku prawdzie i sprawiedliwemu bytowaniu ludzi dających posłuch tej prawdzie. Skoro wielu teologów akademickich, niezależnie od proporcji zbyt wielu, nawet jeśli to mniejszość, nie znajduje w sobie punktu oporu wobec kompromisu z programami zmierzającymi do wykluczenia wierzących w Chrystusa z życia publicznego, tym bardziej nie znajdą ich w sobie niewierzący pracownicy akademiccy, tym bardziej będą przyjmowali propagandę anty-kościelną.
Zmierzam tu do określenia mojej postawy wobec reformy szkolnictwa wyższego A. D. 2017 i wobec protestów przeciw niej. Jedno i drugie jest dla mnie czymś nieadekwatnym. Adekwatne są co najwyżej szczegółowe przepisy regulujące szczegółowe relacje związane z erygowaniem szkół wyższych, zarządzaniem nimi, tytułami naukowymi, stypendiami, itd.
Czemu te próby uzdrowienie tzw. uniwersytetu uważam, jak najbezczelniej, za nieadekwatne? Ponieważ szkolnictwo wyższe, o którym dyskutujemy w Polsce w związku z tzw. reformą „uniwersytetu”, to nie jest Uniwersytet. Uniwersytet jest Uniwersytetem tylko gdy jego inspiratorem, sponsorem i cenzorem jest Kościół. Są oczywiście takie Uniwersytety w świecie, ale w Polsce dziś jest tylko jeden toruńska Wyższa Szkoła Kultury Społecznej i Medialnej, stworzona przez Redemptorystów, no i kilka redut mężnie trzymających się na uczelniach państwowych i tzw. uczelniach katolickich. Dzisiaj wygląda na to, że w Polsce, tylko nieliczni duchowni i świeccy są w stanie intelektualnie podźwignąć misję Uniwersytetu. Finansowo zaś nikt. Jest jakiś podobno uniwersytet w Stanach sponsorowany przez bogatego przedsiębiorcę wyznania katolickiego. Nie wiem, jak tam w świecie, bo przecież są Uniwersytetu rzymskie, Gregoriański, Ambrozjański i jeszcze kilka, są Uniwersytety sponsorowane przez Kongregację ds. Edukacji Katolickiej.  Moje przeczucie mówi zarazem, że 90% katolików na świecie jest po prostu odarta z możliwości dorobienia się konkretnych, milionowych zysków i skapitalizowania ich na cel inwestycji np. edukacyjnych i uniwersyteckich.
„Uniwersytety” świeckie-państwowe i prywatne-świeckie nazwę tę, Uniwersytet, przywłaszczyły sobie, ukradły ją od Kościoła, a wraz z tym przywłaszczeniem uzurpują sobie pretensję do władzy duchowej, należnej tylko i wyłącznie religijnej, zhierarchizowanej wspólnocie o charakterze uniwersalnym, głoszącej nauczanie o charakterze uniwersalnym, wspólnocie w dużej mierze bezinteresownej, zainteresowanej przede wszystkim realizacją swej misji, misją służby w ramach Mistycznego Ciała Chrystusa. Bo ten, kto tworzy Uniwersytet, ma jakoby kompetencje do tego, czyli autorytet, moralny i intelektualny. A zatem stanowi świętą władzę, która posiada sankcję religijną, zbawczą.
Protest wobec gowinowskiej reformy szkolnictwa wyższego artykułuje tzw. Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej, ustami swego reprezentanta dr Aleksandra Temkina, filozofa, członka Narodowej Rady Rozwoju przy urzędzie prezydenta Rzeczypospolitej Polski, który określa ją jako maskaradę i brudny deal Gowina z establishmentem i rektorami”. https://wpolityce.pl/polityka/363135-nasz-wywiad-aleksander-temkin-przygotowana-reforma-szkolnictwa-wyzszego-to-maskarada-i-brudny-deal-gowina-z-establishmentem-i-rektorami
Mówi pan Temkin: Konsultacje Ustawy 2.0. przypominały ustawkę: odrzucono, pod nieprzekonującym pretekstem formalnym, projekt zespołu prof. Piotra Steca (z Uniw. Opolskiego). Minister Gowin twierdzi, że jego projekt popiera całe środowisko. Tymczasem krytykują je nie tylko szef klubu PiS, prof. Ryszard Terlecki, ale tak różne środowiska jak NSZZ “Solidarność” UW, Pracodawcy RP, Kongres Ruchów Miejskich czy Polskie Towarzystwo Socjologiczne. „Środowisko naukowe”, na które powołuje się minister Gowin, to przede wszystkim dobrze umoszczone w dotychczasowym systemie uniwersyteckim grupy interesu. Reforma przedstawiana jest jako wielka rewolucja, tymczasem widzimy, kto za nią stoi. I kto będzie głównym beneficjentem jej zapisów. Chodzi mu o „Oligarchię, która doprowadziła polską naukę do godnego pożałowania stanu, w którym dziś się znajdujemy. Mam na myśli towarzystwo rektorów, którzy teraz przebierają się w nowe szaty i udają nowe twarze.”
Przejrzałem tę ustawę, z pewnością zbyt pobieżnie, i nie dostrzegłem tam niczego, co byłoby sankcją dla absolutnej władzy rektorów. Niech mnie pan Aleksander poprawi i wskaże mi te niebezpieczne punkty owego dealu. Gotów jestem uznać jego racje, bo naprawdę nie miałem zbyt wiele czasu na przestudiowanie nowej ustawy: http://www.znpul.pl/wgrane_pliki/projekt-ustawy-prawo-o-szkolnictwie-wyzszym-i-nauce-16.09.2017.pdf
To prawda, że szkolnictwo wyższe w Polsce jest zdominowane przez największe uniwersytetu, które zgarniają największe dotacje państwowe. Przez te 27 lat od umowy okrągłostołowej polska akademia, czyli cech wykładowców i pisarzy akademickich, jak również badaczy ścisłowców, przyrodników i inżynierów, jak i inne cechy elitarne, związane ze sprawowaniem władzy i dzieleniem kasy, stał się krok po kroku zawodem zamkniętym, tak jak cech prawniczy.
W Centralnej Komisji nadającej tytuły akademickie jest podobno jakiś profesor marksista, który zajmuje się systematycznym i konsekwentnym utrącaniem wszelkich karier uniwersyteckich na bazie teologii czy filozofii chrześcijańskiej. Bez namysłu, jak automat zawsze głosuje w takich przypadkach na nie.
Tzw. „uniwersytet” w Polsce jest konglomeratem niejawnych, lub nie całkiem niejawnych klik, klanów, układów. Do nich należy również tzw. Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej. Reprezentuje on środowisko pseudouniwersyteckie, pseudouniwersytetem są albowiem uczelnie państwowe, które z innych pobudek działa niemal identycznie jak wyżej wspomniany profesor. Z pewnością, bo znam kilku przynajmniej jego sympatyków, są tam dziewczyny i chłopaki poczciwe, pracowite, którym jednak przydażył się pech - wpadli w objęcia tzw. świeckiego humanizmu, niby-etyki przypominającej w swej elastyczności i niespójności gumę do rzucia, a także w objęcia tej sitwy. Być może znajdą się w tym  środowisku chrześcijańscy personaliści lub pisarze wskazujący na głęboki chrześcijański humanizm poezji Norwida, Słowackiego, Herberta i św. Karola Wojtyły. Ale zaryzykuję tezę, że wolno im tylko powtarzać frazesy typu św. Jan Paweł II wielkim humanistą był, bo wielkim humanistą jest, ale ... nieco zacofanym, taki uparty dziadek z Watykanu. Nie wolno im sięgnąć dalej, np. do filozofii O. Mieczysław Krąpca OP, czyli do szkoły polskiego tomizmu, czy nawet to myślicieli francuskiego odrodzenia tomistycznego, takich jak Etienne Gilson. Dlaczego? Ponieważ O. Krąpiec popełnił niewybaczalny błąd. Zaangażował się w katolicko-nacjonalistyczny fundamentalizm Radia Maryja. Zamiast elegancko podeprzeć gazowniany Tygodnik Powszechny. Upolitycznił się. No a co? Tygodnik nie jest upoliticzniony? I to jeszcze od czasów komuny?
Niech ręka bosko-humanistyczna broni każdego, kto zamiast rozpływać się w „myśleniu z głębi metafory” zacznie rozkminiać poezję przy użyciu scholastycznej teorii analogii bytowej i metaforycznej, albo każdego, kto zechce udowadniać, że św. Wojtyła filozof tak naprawdę sięgnął po fenomenologię Husserla i Ingardena (np. w Osobie i czynie) nie po to, by powielać peany na ich cześć, ale po to by obrócić ją w puch i pył, by sprawdzić skuteczność koncepcji św. Tomasza z Akwinu. No i sprawdził. Trzeba się tylko w nią wczytać.
O co tu chodzi? O propagandę. O to by propagandę złą, propagandę nielogicznych, niespójnych zasad humanistycznych pseudo-etycznych, w zasadzie bardzo „gumowych”, rozciągliwych i naciągliwych, dających dużą swobodę artystycznym, politycznym i grabieżczym wybrykom, ubrać w aurę i majestat uniwersalizmu, czyli dobrej propagandy, czyli teologii i etyki, i praktyki zarządzania dobrami materialnymi, zakorzenionej w spójnej interpretacji Pisma Świętego, spójnej, bo podtrzymywanej i doskonalonej przez pisarzy kościelnych, o zgrozo, katolickich, w wielkim trudzie przez 2 milenia, często z narażeniem zdrowia i życia, przez pisarzy kapłanów, zakonników i świeckich. Chodzi o to, by poczciwym i pracowitym wyznawcom humanizmu świeckiego i wszelkich najhumanistyczniejszych komitetów nie przyszło do głowy poddawać krytycznemu osądowi, choćby dla zwykłej gimnasytki umysłowej, "autentycznych autorytetów" "autentycznej demokracji". Bo przecież wiadomo że scholastyka to martwa litera zasuszonych "martwych białych mężczyzn", "faszystów", zaś jasna strona mocy, wyklucza ciemną stronę mocy, i jeśli nie podoba się komuś jasna strona mocy, to już nie ma dla niego nadziei i musi zostać spuszczony z wodą albo jakąś taką ciemną cieczą w głąb "tartaru", jest albowiem skazany na tą "bezlitosną", "obesesyjną", "nieznośnie sztywną", "starczą" moralność katolicką i ten kult świętych dla "niegrzecznych dzieci". Dodam tylko, że wg niektórych podań obowiązujących po jasnej stronie mocy  katolicka etyka i teologia jest jednak dla "eunuchów", bo tylko oni idą do raju. Ale eunuch to też mężczyzna, którego uczyniono niezdolnym do poczęcia. Poza tym eunuchy podobno świetnie się biją.
Na te zabobony nie ma lekarstwa, bo w istocie świecki humanizm to religia, obłędna, heretycka, ale religia, która wierzy tylko w swoje "autentycznie demokratyczne autorytety", bo strach pomyśleć, co by było gdyby zanegować te "autorytety", podawane światłym i inteligentym do wierzenia, wraz z produkowanymi przez nich dźwiękami i literakami. Dlatego śmiem twierdzić, że oskarżenia pana Temkina są nieco na wyrost. Jest w nich jakaś doza realizmu, bo pracownicy polskich uczelni doskonale zdają sobie sprawę z gęstości owych peerelowskich układów, ale jak mi się zdaje, choć mogę się mylić, sama ustawa jest oczyszczona z wszelkich podejrzanych sformułowań. 
I jeszcze dodam, że ja też bym wolał przynajmniej zapoznać się z projektem prof. Steca i wyrazić swoją preferencję dla jego lub gowinowskiego projektu. A państwo?
Ciąg dalszy nastąpi.
P.S. 1. Był też taki hapenning na Uniwersytecie Gadńskim, śmierć uniwersytetu, zorganizowany przez tenże Komitet Kryzysowy Humanistyki, ale mi jak widać nie o to znaczenie śmierci Uniwersytety chodzi.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz