czwartek, 30 marca 2017

Baśń Stołu Dębowego. Poemat wołyński Zdzisława Bernackiego. Czyli lekarstwo na medialny pseudo-patriotyzm

Jedynym publicystą, który zainteresował się tym niebywałym tekstem, i to nawet przede mną, jest pan Gabriel Maciejewski Coryllus. Wydawcy  Baśni Dębowego Stołu, panowie z Opolskiego Stowarzyszenia Pamięci Narodowej, podsunęli mu książeczkę z tym poematem, na którymś ze spotkań bodajże we Wrocławiu. I on to wziął na pniu, bez żadnych dyskusji ani tłumaczenia czegokolwiek. Wziął w ręce, popatrzył i rzekł po prostu "Biorę." Tak mi przedstawili tę historię panowie z OSPN. Do tej pory można nabyć ten poemat w jego księgarni internetowej: https://coryllus.pl/products-page/. 
Wobec mojej osoby poemat pana  Bernackiego spełnił swego czasu ważną poznawczą rolę. Pozwolił mi postawić kropkę nad "i", czyli wymacać "koryto" w tzw. "prawicowych mediach", które okazały się dla autora tego niezwykłego poematu niedostępne, jak również dla mojej nieskromnej osoby. W zasadzie co szkodziło sparafrazować moją recenzję, albo nawet napisać coś nowego, podpisać swoim bazgrołkiem i wypromować pana Bernackiego w pismach tzw. prawicowych? Nic by to nikogo nie kosztowało. Czterdzieści minut zajmującej lektury. I godzinę pisania. Tylko tyle. Ile płacą w czasopismach "prawicowych" od linijki? 
Ja nie miałbym żadnych pretensji nawet do parafrazy mojej recenzji. Schlebiłoby mi to nawet. Jakby pan Masłoń albo nawet sam wieszcz Wencel odgapiliby ode mnie powiedzmy linię argumentacyjną. A pan Zdzisław miałby promocję. Zasłużył sobie na nią. No może za mało wypił z tym czy tamtym redaktorem, tzn. w ogóle nic z nimi nie pił, nie obraca się albowiem w "towarzystwie", podobnie jak piszący te słowa. Czyli pan Zdzisław ma za małe zasługi dla "prawicy"? Prowokuję oczywista, bo jeśli ktoś odpowie na tym blogu na to pytanie twierdząco, wywalę go bez uprzedzenia. 
Wysłałem moją recenzję do kilku redakcji razem z książeczką i płytą audio ze znakomitą aktorską interpretacją tego poematu. Nazw tych redakcji nie muszę wymieniać. Wszyscy je dobrze znamy. Próba ta spotkała się z głuchym milczeniem na podobieństwo milczenia czarnego mroku w ciemnej bramie lub w szczurzej dziurze.
Pewnie moja recenzja nie jest bez wad, ale "wystarczyło" "tylko" przeczytać rzeczony tekst, czterdzieści minut wystarczy i machnąć jakieś arcydzieło krytyki literackiej. Zabrakło czasu dla zaściankowego poematu pióra zaściankowego autora. Warszawka nie ma czasu po prostu. Prawa czy lewa ma czas tylko dla Czesława Miłosza, Czesława Niemena i Czesława Wencla, przepraszam zapędziłem się, Wojciecha Wencla, którego światły autorytet starczy już dla i tak do niemożności zakręconej inteligencji prawej, lewej i środkowej. Ale po co gębę sobie strzępić. Niech im dziura lekką będzie.
Lepiej powiedzieć coś o Zdzisławie Bernackim.
Autorem tego niezwykłego poematu jest również człowiek niezwykły. Zdzisław Bernacki, rolnik spod Lewina Brzeskiego. Hoduje znakomite warzywa, zdrowe. Człowiek ciężkiej pracy. Weteran I Solidarności. Internowany. Grywa na gitarze. Znam go, ale stanowczo za słabo. 

A teraz rzecz właściwa:

Baśń stołu dębowego ma swój własny głos, tak jak Pan Tadeusz, jak Beniowski, głos który przemawia do wyobraźni i zapada w pamięci. Epicka opowieść spisana mickiewiczowskim dziesięciozgłoskowcem, dźwięczna, melodyjna, barwna, dramatyczna, przejmująca do szpiku. Powieść o nas samych, Polakach dwudziestego pierwszego wieku, mimo iż opisująca zamierzchłe dzieje, kończąca swą fabułę na upadku komuny. Mimo iż kresowa, to jednak dotyczy wszystkich urodzonych na tej ziemi, nie tylko na Kresach, nie tylko ceniących polskość, ale i tych którzy uwierzyli telewizorom, migającym obrazkom, pustej pseudo-mądrości głoszącej, iż „polskość to nienormalność”. 
Wydaje się, że jest to poemat nie dokończony. Czy da się go zwieńczyć jakąś współczesną konkluzją? Nie wiem. Wiedzieć to może tylko jego autor.

Ma on swoją logikę, swoją fabułę. Współgra ona z melodyką owego archaicznego języka, melodyką przeważnie nieśmiałą ustępującą obrazom historycznym, realnym, lub prawdopodobnym, przekonującym. A jednak miejscami melodia narracji, jej głos, rytm i brzmienie, umiejętnie wydobyte w interpretacji opolskiego aktora Waldemara Kotasa (na płytce CD), stają się porywające przez dramatyzm treści, za którym idzie forma brawurowa. Wydaje się, że wynikają one spontanicznie z toku opowieści, ale zarazem pojawiają się w momentach kluczowych tam, gdzie, jak w symfonii, dramatyzm treści i formy jest konieczny. I właśnie w ten sposób, w tych fragmentach, poemat ów wywiera swoje piętno na wyobraźni i pamięci czytelnika lub słuchacza. Bo poezja jest po to, by czytać ją głośno, publicznie. Jest owo czytanie jej właściwą interpretacją.

By nie być gołosłownym przytoczę kilka tych fragmentów zapadających w pamięć, do których z fascynacją powracam. Jest nim na przykład fragment z Prologu zachęcający do wsłuchania się w głos opowieści starego stołu: „Nachyl no uszka do staruszka! / Niech cię prowadzi baśni dróżka / Za góry, lasy, rzeki, doły, / W zamierzchły świat – w daleki Wołyń.” Jest nim fragment trzeciej części, Pustelnia, opowiadającej o bezimiennym pustelniku (z wieku ciemnego lub średniowiecza), który zamieszkał pod dębem, protoplastą dębowego stołu: „Brat szedł przez życie dobrze czyniąc, / zaś knieja, stając się świątynią / codzienną wieść o Bożej Chwale / z ust jego niosła dalej. / Czy śpiewał więc czy grał na fletni / wtórzył mu dębów chór stuletni / a gdy uczucie w dźwięk ubierał, / zewsząd ptaszęcy ród go wspierał / w symfonie przemieniając pieśni, / jakich las nie znał ani nie śnił.” Skojarzenie z mickiewiczowskim obrazem „dzięcieliny,” co „panieńskim rumieńcem pała” narzuca się samo. Choć to inne nieco przesłania i inne stylistyki, mają, jednak, w sobie jakieś podobieństwo aury.

W dobie sarmackiej dąb zostaje ścięty i zamieniony na stół: „Co ma być, będzie! Taki los … - / I wnet poczułem pierwszy cios / i drugi, setny i tysięczny / i ból co wszystek listek męczy … / Ząb śmierci gryzł mój pień z mozołem, / aż się zachwiałem - i runąłem.” Stół trafia do dworku szlacheckiego, gdzie codzienna modlitwa domowników przywodzi pamięć pustelnika (Dwór): „A ten codzienny prosty pacierz / wciąż przypominał mi o Bracie: / gdy kładł garść jagód na mchu miękkim / i zaczynał - od podzięki ….” Dwór jednak w czasie powstań pada ofiarą wojsk zaborcy: „A mściwy wróg, mijając wieś / czynił rabunek gwałt i rzeź … / Jakiż dać odpór dla hałastry / mógł starzec i z nim trzy niewiasty? / Huf śmierci, zżąwszy żniwo srogie, / złupił dwór – i podłożył ogień.” Po latach ocalały stół zostaje zamieniony na ołtarz. Kreśli więc przed naszymi oczyma obraz pobożności zatopionej w Sakramencie sprawowanym na nim (U progu nieba): „Oto wychodzi ksiądz z zakrystii / sprawować dzieło Eucharystii / a Chrystus przez kapłańskie dłonie / w misterium zmienia ceremonię, / z miłości ofiarując siebie / z Ciałem i Krwią – w winie i chlebie./ Lud na kapłana postać zważa: / klęka, powstaje i powtarza - / z książki, z pamięci, z głębi serca, / na głos lub szeptem, w myślach, w pieśniach.” Nadchodzi, jednak, czas piekielny (Piekło I, Piekło II, Piekło III), kiedy groza brunatna przepycha się z czerwoną, kiedy z ukrycia razi ukraiński tryzub wraz z okrucieństwem prostych ludzi otumanionych przewrotną ideologią, fałszywą nadzieją na wolność zbudowaną na lackich trupach (Piekło I): „Już w ogniu drugi dom i trzeci! / Matka w ramiona garnąc dzieci, / półnaga, biegnie kryć się w zboże … / Ojciec chce walczyć, lecz nie może - / z widłami w piersi w ogniu tonie … / Psy wyją ... Bydło rycząc płonie.” Czas komunizmu stalinowskiego przynosi ruinę świątyni (Piekło II): „Dzwon rozerwany na kawałki, / uleciał … jak spłoszone ptaki … / Runął dach z wieżą … / Strop drewniany zmiażdżył organy / Pękły ściany … / Krzyż – padł wprost na mój blat.” Stół zostaje przewieziony na komisariat UB (Piekło III): „Tak oto ołtarz stanął w piekle, / gdzie sam czart pięść tłukł w blat wściekle / i niczym pająk w sieci krat / w głowę ofiary sączył jad.”

To tylko nieliczne fragmenty tego niezwykłego poematu. Dają nam, jednak, one pogląd na jego stylistykę i fabułę. 
Co więcej, w logice dziejów dębowego stoły rysuje się pewna analogia, analogia między dębowym drzewem, stołem, Krzyżem Chrystusowym, i krzyżem ludzkich dziejów, historią cierpień, prześladowań i wzlotów. Wszak ołtarz Eucharystyczny jest symbolem zbawczego Krzyża. Ale bieg dziejów nie jest zakończony. Historia Polaków walczących o swój wolny byt nie kończy się wraz z kresem terroru stalinowskiego, czy nawet wraz z Okrągłym Stołem. Trwa nadal. Dlatego Baśń Stołu Dębowego dopomina się o swój dalszy ciąg. Czy da się go opowiedzieć wierszem taki jak ten, prawie klasycznym?

Ps. Przypominam zasady mojego blogu:
Do nieznanych mi blogerów i komentatorów będę zwracał się per Pani/Pan. Różnie to bywało z moją korespondencją z innymi komentatorami. Czasem mówiłem do nich per pani/pan a czasem per ty do tych samych osób. Zatem wszyscy, którym odpowiadałem, albo odpowiadali mi w komentarzach, mogą do mnie zwracać się według upodobania, per ty albo per pan.

Ogólnie zachęcam komentujących do używania zwrotów grzecznościowych. To jest wielkie osiągnięcie naszych przodków, że te słowa Pani, Pan, Państwo tak się upowszechniły w naszym narodzie, iż niezależnie od dochodu i statusu społecznego do osoby, którą znamy krótko lub powierzchownie, zwracamy się za ich pomocą. Słowa te wyrażają szacunek i zachęcają do wzajemności.

Nie będę przechodził na ty z moimi nowymi korespondentami. No chyba, że spotkamy się w realu i uściśniemy się serdecznie. Jeśli mój nowy korespondent/komentator uporczywie będzie zwracał się do mnie per ty, zbanuję bez litości. No chyba że mnie powali na kolana swoim komentarzem, to wtedy podaruję. Ale tylko pod tym warunkiem.

Panie Siostry, Panowie Bracia, drodzy Państwo za język wulgarny będę banował, nie za pojedyncze słówka typu d…, pojedyncze przekleństwa typu cholera, kurcze, nawet ku… m… , ale za uporczywe sprowadzanie naszego języka do rynsztoka. Ja nawet dla siebie nie rezerwuję języka rynsztokowego. Bardzo nie lubię wulgarnych określeń intymnych części ciała i słów typu je..ć, pier...ć. Proszę uważać. Mam adhd, lekkie lub średnie.

Będę banował za świadome i wredne trollowanie, za uporczywe trwanie w poglądach błędnych i głupich, za lenistwo, czyli za brak chęci do wysiłku intelektualnego, za chamstwo.

Będę banował za wredne pyskówki między komentatorami, nie za wymianę zdań, ale za brak kultury w sporze. Trzymajmy poziom.

środa, 22 marca 2017

Zaścianek spogląda na Marka Dekana i ...


i pisze. Duma i pisze, co następuje:

(Nie wiem czemu na początku zrobiły się te duże litery, nie mogę tego zmienić) Jeśli list pana Dekana wyszedł na zewnątrz, poza sieć redakcji pod zarządem Axela Springera, to znaczy, że w tych mediach są tzw. profesjonalni dziennikarze, którzy żywemu nie przepuszczą, nawet własnemu szefowi. No i tak ma być. Cwaniacy czy patrioci, czy po prostu myślący cwaniacy, plus dla nich za donos na tę hucpę. Niech pan Dekan patrzy i uczy się. Polak potrafi i zrobi z jego austriackim gadaniem, co trzeba. Tak ma właśnie być. Może ten list wyniosła jakaś wtyczka ABW, bo takie w tych redakcjach też są. Na to samo wychodzi. Albo może po prostu ktoś wysłał ten list na adres kogoś takiego jak pan Kawalis, na adres, który miał być usunięty z listy, ale nie został. Też dobrze. Więcej takich lapsusów. Chociaż ja wolę te dwie pierwsze wersje. Dają większą wiarę w naszych dziennikarzy, sekretarki, a nawet sprzątaczki pracujące w redakcjach poczytnych tytułów.

Inspiracja do napisanie tego tekstu pochodzi rzecz jasna z niedawnej parafrazy listu pana Dekana skreślonej niezawodnym piórem Toyaha (20 marca), a także z komentarzy na jego blogu, i z tekstu pana Jerzego Karwelisa:

https://dorzeczy.pl/kraj/24684/Traktuje-Pan-Polakow-jako-bande-sluzalczych-tubylcow-z-egzotycznej-kolonii-Byly-czlonek-zarzadu-koncernu-Springera-pisze-do-Dekana.html

To co napisał pan Dekan zbliża się do granicy przestępstwa, wbrew zapewnieniom pani Odachowskiej, dyrektorującej komunikacji korporacyjnej w Springerze, dekanowskie zachęty i zakamuflowane pogróżki zbliżają się do naruszenia trzech paragrafów polskiego prawa prasowego:

Art. 43. Kto używa przemocy lub groźby bezprawnej w celu zmuszenia dziennikarza do opublikowania lub zaniechania opublikowania materiału prasowego albo do podjęcia lub zaniechania interwencji prasowej

podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.
Art.44.
1. Kto utrudnia lub tłumi krytykę prasową
podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności .
2.Tej samej karze podlega, kto nadużywając swego stanowiska lub funkcji działa na szkodę innej osoby z powodu krytyki prasowej, opublikowanej w społecznie uzasadnionym interesie.

Potrzeba „tylko” zespołu dobrych prawników i dziennikarzy śledczych, którzy nie tylko zanalizują list pana Dekana w świetle prawa prasowego, ale i zbadają pod kątem prawa pracy stosunki panujące w redakcji Faktu, Newsweek Polska i innych polskich filiach Axel Springer. Niestety, nie wiem, czy ktoś złoży donos o popełnieniu przestępstwa. A nawet jeśli nie złoży, mamy tutaj aferę dyplomatyczną, która dopomoże we wprowadzeniu legalnych ograniczeń dla prasy polskojęzycznej dotowanej z zagranicy. Ten aspekt całej sprawy sugeruje jednak aktywność ABW lub polskiego kontrwywiadu w redakcji Faktu.
Koncern Axel Springer ma swoją określoną historię związaną z pradawnymi wspólnymi interesami Niemiec, Wielkiej Brytanii i Ameryki, sięgającymi jeszcze XIX wieku. Axel Cäsar Springer, założyciel koncernu, w którym pracuje pan Dekan, był podobno synem wydawcy. Zaczął od pracy operatora w hamburskim kinie promującym do 1941 roku amerykańskie filmy dla niemieckiej klasy średniej, bardzo na topie ze względu na sojusz amerykańsko-niemiecki trwający do roku 1941 i dalej po roku 1945. Dalej panu Axelowi poszło jak z płatka. Dlatego właśnie koncern ten ma też swoją agendę związaną z pojednaniem żydowsko-niemieckim i walką z wszelkimi formami totalitaryzmu. Dlatego media wygenerowane przez tę korporację są zaangażowane w kamuflaż niemieckich zbrodni wojennych i spychanie winy za nie na Polaków, czyli rozsiewanie ukrytych sugestii dotyczących tzw. „polskich obozów koncentracyjnych” oraz akcji zbrojnych polskiego ruchu oporu wymierzonych w Żydów.
W Polsce, jak widać, nie łatwo to robić wprost. Ciągle ktoś krytykuje taki arcydzieła jak Ida czy Pokłosie, czy nawet serial „Nasi ojcowie, nasze matki”. Spokoju po prostu nie ma dla miłośników ludzkości. Polacy wciąż im robią krecią robotę. No może nie wszyscy. Dlatego Donald Tusk i inni jego dyspozycyjni ziomale są do tego projektu niezbędnie potrzebni. Z tym wiąże się bezpośrednio sprawa utrzymania ekonomicznej podległości tubylców.
Ale nie da się utrzymać tej zależności tylko i wyłącznie metodami nakazowo-rozdzielczymi, typu niepisany dogmat wysokich stawek za usługi bankowe w Polsce, trzeba to jeszcze umotywować, pokazać całą prawdę o polskim antysemityzmie. I znowu natrafiamy na komplikację, nie można albowiem dokonać tego prostą metodą historyczną, bo ona jest zbyt prosta i zbyt realistyczna. Niestety ujawnia szczegóły, które ciągle i na nowo prowokują słowiańskich kalibanów, a nawet niektórych wychowanków europejskiego oświecenia, do wątpliwości. Nie ma miejsca na wątpliwości, gdy sprawa toczy się o duże narodowe depozyty, tzn. przepraszam, o miłość do ludzkości. Dlatego potrzebna jest wrażliwość artystyczna i głębokie przeżycia egzystencjalne, by białe stało się czarne, a czarne czerwone. Inaczej historia będzie wciąż kojarzyć z tym, czym kojarzyć się nie powinna, na przykład ze sprawiedliwością w rozumieniu etyki katolickiej. By prawidłowo odczytać szczegóły historyczne potrzebna jest doktryna, taka jak dialektyka marksistowska lub tzw. świecki humanizm, czyli doktryna liberalna.
Niepisanym dogmatem liberalizmu, czyli świeckiego humanizmu, po utworzeniu państwa izraelskiego w 1948 roku, niepisanym, ale bezlitośnie egzekwowanym, jest miłość do narodu żydowskiego, przejawiająca się przede wszystkim w formie oddawania Żydom wszelkich należności, faktycznych czy urojonych, w propagandzie zaś w formie przemilczenia wszelkich zbrodniczych działań ze strony Żydów i oczywiście nieustanny lament nad ich cierpieniami, faktycznie drastycznymi, ale przede wszystkim dotykającymi biednych i średniozamożnych Żydów, jakby wystawianych przez bardziej zamożnych na pierwszy front męczeństwa, męczeństwa prawdziwie nieludzkiego, przyprawiającego o nagłą siwiznę, które zostaje post factum wykorzystanie w machinie propagandowej, prowadzącej huraganowy artyleryjski ostrzał pod kolejne windykacje. Mówiąc precyzyjniej dla liberalnego humanizmu miłość bliźniego oznacza miłość do Żydów i do Żyda.
Jak najbardziej, trzeba się z tym zgodzić, bo rzeczywiście Żydzi są ludźmi i z tej racji zasługują na miłość, na dobro, które jeśli mogę im ofiarować, powinienem to uczynić. Tylko że według liberalnego humanizmu miłość do Żydów, do ich kultury i religii, razem z miłością do tzw. mniejszości seksualnych, wyczerpuje prawie całkowicie nakaz miłości bliźniego. Tak iż jest tam już nie wiele miejsca dla innych nacji, innych religii, zwłaszcza katolickiej, zwłaszcza katolicyzmu polskiego, albowiem sami zainteresowani, czyli Żydzi wyraźnie wskazują dzisiaj na Polaków jako na głównych sprawców swojego narodowego nieszczęścia tu na ziemi polskiej. Ludobójstwo Żydów i ich bezmiar ich cierpień nie da się niczym spłacić. Ale Polacy są winni dzisiejszym Żydom 65 mld dolców za mienie zagrabione przez Niemców, Rosjan, Białorusinów i Ukraińców. My Polacy, jesteśmy niewątpliwymi winowajcami, ponoszącymi winę za zbrodnie innych nacji, bo ciągle robimy do Żydów wredne minki i coś im insynuujemy, co jest pewnym znakiem antysemityzmu, ciągle lawirujemy i migamy się przed oddaniem tej kasy w ręce urzędników instytucji żydowskich, bo faktyczne ofiary już wymarły, zaś ich potomków trudno ich odnaleźć i ustalić, ile komu się należy. Lepiej zatem niech trafią na konta żydowskich krezusów.
Liberalny humanizm jest produktem imperialnym z tej wyższej półki, może nie najwyższej, bo przeznaczony jest dla mas, ale dość wysokiej, na tyle wysokiej, by mógł konkurować z powierzchownym rozumieniem moralności chrześcijańskiej. Podstawowym absurdem liberalizmu to sprzeczność między ideą absolutnej wolność jednostki – w praktyce, jak się zdaje, chodzi tu o wolność jednostki pochodzącej z kręgów uprzywilejowanych – a zaprzeczeniem realnej sprawności sumienia i wolnej woli. Ponieważ ludzkie sumienie i wolna wola prawie nie istnieją, względnie są całkowicie przytłoczone wydumanymi naukami chrześcijańskimi, europejskich baranków trzeba odłączyć od katolickiego zabobonu, co już się niemal całkowicie udało, i podłączyć pod projekty, które przynajmniej oświeconym dadzą jakieś zyski, na przykład pod projekt wyłącznej i namiętnej miłość do Żydów, mniejszości seksualnych i bliskowschodnich uchodźców. Wtedy Wall Street i City na pewno sypną kasą i może nie trzeba będzie renegocjować żadnych umów.
Praktycznym spełnieniem liberalnego humanizmu, choć trochę spłyconym jest hasło „róbta, co chceta”, a także cała estetyka i przesłanie filmów Patryka Vegi, Smarzowskiego, powieści Olgi Tokarczuk, Hołowni, Stasiuka, Katarzyny Bondy, „głębokie i przenikliwe” medytacje nad polską historią i współczesnością mgr Adama Michnika, czy ostatnia eksplozja infantylnego chciejstwa pana Jakóbika, pięknie skomentowana przez Toyaha. Pan Dekan i jego sympatycy i mocodawcy, gdy pochylają się nad donosami z polskiego rynku propagandowego, kiwają z uznaniem głową, wyrażają uznanie bynajmniej nie dla jakości owych produktów, ale dla mocy rażenia liberalnego duraczenia, dla własnej mocy propagandowej.
Rezultaty widoczne i słyszalne z daleka, nawet na londyńskich targach kulturowych, dobrze rokują dla „pojednania żydowsko-niemieckiego”, tzn. dla zapędzania łownej zwierzyny na linię strzału. Tą łowną zwierzyną jesteśmy my, ludzie mówiący po polsku, ceniący uniwersalną tradycję religijną, która jest jednocześnie naszą rodzimą, a także historię zmagań, jakże dramatycznych, o umocnienie na naszej ziemi tego, co ogólnie nazywamy cywilizacją, z prawem własności i wolnością obywatelską w jej sercu.
Ale łowną zwierzyną zdają się być również sami Niemcy i inne europejskie nacje, dokładniej europejska średnia klasa. Skąd takie podejrzenie? Mianowicie z wszystkiego, co dzieje się wokół najazdu na Europę bliskowschodniej bandyterki wpuszczonej tu w ramach pojednania „żydowsko-niemiecko-europejsko-uchodźczego”. Oczywiście Die Welt i Der Bild muszą od czasu do czasu odwentylować gniew i lęk wymierającej średniej klasy i opublikować lamenty nad gwałtami i aktami przemocy ze strony gangów zdemoralizowanych młodzieńców z Bliskiego Wschodu, tak jak Der Fakt i Der Dziennik, oraz, z innej beczki korporacyjnej, Gazeta Wyborcza muszą czasem powiedzieć coś o korupcji pośród polskiej kasty prawniczej, czy o innych postkomuszych patologiach życia publicznego. Iluzja realizmu musi zostać podtrzymana. Ale z tych lamentów i denuncjacji nic nie wynika. „Uchodźcy” nadal napływają. Sędziowie i prawnicy bronią bram do swej kasty jak Polacy Gdańska w 1939 roku. Najinfantylniejsi wyznawcy Axela Springera i Agory dalej z wielkim przekonaniem i zacięciem deklarują miłość do swoich teraźniejszych i przyszłych oprawców.
Wygląda na to, że europejska klasa średnia została skazana przez możnych tego świata na ten sam los, który wiek wcześniej spotkał europejską średniozamożną arystokrację, zwaną ziemiaństwem, szlachtą, dziedzicem tzw. rycerstwa chrześcijańskiego. I zauważmy najpierw trzeba było rozbroić więzi lojalności między tą grupą, szeroko rozłożoną wzdłuż i wszerz naszego kontynentu, a dokonano tego metodami ekonomicznymi przede wszystkim. Nie bez znaczenia była jednak siła rażenia propagandy protestanckiej, masońskiej, nacjonalistycznej i socjalnej. Podobnie dzisiaj, średnia klasa została rozpracowana, dawno już temu oderwana od swojej rodzimej tradycji religijnej, z której mogłaby czerpać pełne zrozumienie wolności, własności i konsekwencji prawnych z nich wypływających. W rezultacie stała się tanią siłą roboczą ugniecioną jak ciasto rękami dystrybutorów „słodkiej” i „humanitarnej” pseudo-religii „miłości do ludzkości”, „miłości do wolności”, w istocie kultu pożądania wartości ekonomicznej, którą ta ludzie wykształceni mogą wypracować. Ponieważ są jednak granice duraczenia, Europejczycy zorientowali się, przynajmniej częściowo, co to za gra, którą korporacje i organizacje finansowe z nimi prowadzą. Ponieważ mają jeszcze na tyle płynności ekonomicznej, że mogą dopominać się o swoje prawa i zwrot zagrabionych pieniędzy, mocodawcy medialnych koncernów głoszących zbawienie przez liberalny humanizm zdecydowali się na wymianę taniej siły roboczej, na zastąpienia prawa europejskiego prawem shariatu, powiedzmy na jakąś wersją kompromisową między jednym a drugi. W końcu muszą mieć bata na nową siłę roboczą importowaną ze wschodu.
Obym się mylił, oby Niemcy, Francuzi, Włosi i Hiszpanie zadziwili nas jeszcze. Ale czegoś moja wiara w nich słabnie z dnia na dzień. Z mojego punktu widzenia Niemcy są upieczeni na rożnie i podani do schrupania z czosnkiem i egzotycznymi, bliskowschodnimi przyprawami. Oby wam, ludożercy wielcy i mali, ten ludzki kebab wyszedł bokiem.
Niech pan Dekan wybaczy mi moją wredną podejrzliwość, być może jest faktycznie szczerym humanistą, który widząc upokorzenia i cierpienia Austriaków, Niemców, Holendrów i Francuzów, spowodowane przez egzotycznych a bezlitosnych „uchodźców”, gorzko zapłacze nad ich losem i nad zmarnowaną szansą „wspaniałej, świetlanej, demokratycznej przyszłości” pod zarządem takich miłośników miłości jak Donald Tusk. Jednak opis jego działań przedstawiony przez Wojciecha Biedronia w W sieci (w nr 12, 2017, 20-26 marca, „Maski opadły”) oraz moja wiedza na temat pana Tuska, Unii Europejskiej, jej elity politycznej, liberalizmu i umocowań finansowych tych polityków i projektów w dotacjach rodem z City – z którym po brexicie, jak wyznał to ów historyczny francuski negocjator, trzeba będzie renegocjować umowy i dotacje, a co dementi, prostujące ten nader szczerym lapsus, w zasadzie tylko potwierdziły – moja wiedza na temat tych wszystkich składników skłania mnie do wniosków daleko idących. Mianowicie takich, że list pana Dekana do pracowników Faktu i innych mediów na springerowskim garnuszku w najlepszym razie jest badaniem granic, do jakich może się posunąć. W najgorszym jest on gestem, który za pomocą szpicruty ma podkreślić „humanistyczny”, „ludzki” uśmiech proroka liberalizmu zatroskanego o los Europy.
Humanizm” jest na pierwszym miejscu. Ale też wyraźnie widać lot koszący szpicruty i słychać jej świst.
Humanizm” natomiast jest nie byle jaki. Mianowicie taki, który „przebija” humanizm świętego katolickiego, Jana Pawła II, bo jego humanizm niestety był zbyt katolicki, zbyt konserwatywny. Św. Jan Paweł II owszem bratał się z muzułmanami, ale tylko w Palestynie i Syrii, a do Watykanu już ich nie wpuścił, nie mówiąc już o męczennikach LGBT. I ani się zająknął na temat, że naród żydowski jest, jak głosi religia holocaustu, mesjaszem, tylko ciągle trwał niewzruszenie przy tym swoim wyznaniu wiary w Bóstwo i mesjańską misję tego heretyka i idealisty Jezusa z Nazaretu. A tu proszę, cała Europa stanęła otworem za jednym dotknięciem czarodziejskiego paluszka anielskiej Angeli, za jednym podniesieniem brwi Verhoffstada, chrząknięcie Junkera, cmoknięciem Timmermansa, jednym jasnym a szczerym spojrzeniem Hollande’a, i jednym groźnym zmarszczeniem brwi Schulze’a. Muzułmanie są zbawieni a razem z nimi Niemcy i cała Europa. Muzułmanie, bo zostali wybawieni i oczyszczeni od muzułmańskiego terroryzm, jak tylko postawili stopę na świętej ziemi europejskiej. Europejczycy natomiast przez miłość, miłość humanitarną, przez miłosne a szczodrobliwe podkładanie siebie, swego mienia i swoich niewiast pod zachcianki nowo przybyłych, egzotycznych młodzieńców – z których każdy jest owym filozoficznym „innym” jak głosi mądrość etapu (Derrida, Tischner).
Nawet jeśli jakimś Europejczykom to się nie podoba, nie mogą zrobić wiele, prócz lokalnej zadymy, bo ich wyobraźnia przesiąknięta jest propagandą pseudo-europejską i holiłudzką (pseudo-amerykańską) piętnującą dobrze zorganizowanych, wolnych obywateli jako sadystów, zamordystów, rasistów i kogo tam jeszcze nie. Austriacy i Niemcy, jak się wkurzą, nie sięgną po Katechizm Kościoła Katolickiego w celu ideowej samoobrony, ani po cesarskie insygnia Księcia Pana, ani po Kartę Praw Człowieka, ale po Mein Kampf. Niech mnie A-tem poprawi, jeśli się mylę. Obawiam się, że już teraz są upieczeni żywcem.
Za dobrze nam tu było. Już zaczynaliśmy zapominać, co znaczy wyzwolenie wolności i miłość do ludzkości. Zapomnieliśmy, w co wierzą nasi zachodni sąsiedzi, w czym siedzą po czubek ich jasnych czupryn. Dlatego pan Dekan musiał jakoś podgrillować naszą domową, krajową atmosferę. Musiał obdarzyć swoich poddanych a wraz z nimi nas wszystkich słowem mądrości wyzwolonego Buddy. Byśmy lepiej zapamiętali cały ten przekaz musiał trzasnąć batem na głową swoich pracowników. Musiał przypomnieć o dyscyplinie liberalnej. Rolą konsorcjum reprezentowanego przez pana Dekana jest właśnie przypominanie nam, iż liberalny humanizm oznacza podkładanie się, na wzór bezbronnych, ubogich Żydów, posłusznych wobec swoich mędrców, mędrców mądrych mądrością przenikliwą, dlatego dającą im te bogactwa, wskazujących im palcem bydlęce wagony. Mamy pamiętać, że humanizm świecki oznacza podkładanie się razem z całym swoim majątkiem owej ludzkości, która będzie nas nawiedzać w tej czy innej postaci, czy w postaci Tuska i jego skorumpowanej ekipy, czy w postaci "uchodźców", czy innej, ale zawsze wskazanej przez owych mędrców, którzy też będą wskazani przez właściwe, wskazane przez kogo trzeba, publikatory i środki masowego rażenia.
Pan Dekan jest człowiekiem godnym współczucia z racji swojego uwikłania. Jest on po prostu skazany na ślizganie się po równi pochyłej, na stopniową degradację swojego sumienia. Może się mylę, ale z opisu presji wywieranej przez pana Dekana na polskich dziennikarzy (Wojciech Biedroń, „Maski opadły”), wynika, iż wiara pana Dekana w postęp, która aż tryska ze słów jego listu, jest tylko zasłoną dla jego głębszych nieco przekonań, noszących znamiona przekonań religijnych, mówiąc dokładniej kultowych, pseudo-religijnych. Wygląda na to, że jego właściwą wiarą, wyznawaną skrycie, jawnie tylko w gronie równych sobie, jest pogarda dla słabszych, dyskryminacja znajdujących się na pozycjach straconych, których nic nie obroni przed „pojednaniem europejsko-muzułmańsko-żydowskim”, czy jakimkolwiek innym, nie tak wypłacalnych jak on. Pan Dekan jest osobą, która zdaje się wierzyć w ostateczne skazanie na religijny skansen ortodoksyjnych wyznawców Chrystusa, a nawet tych, którzy wierzą w te liberalne bajeczki, bo chcą mieć spokojne życie, cieszyć się rodziną i przeciętnym standardem ekonomicznym, którzy nie rozumieją tego, co on zdaje się rozumi doskonale, że przeciętny standard ekonomiczny to pułapka na głupiutkie myszki, bo cieszyć się życiem może tylko duży, silny, odkarmiony kocur, który sobie te myszki wyskrobie pazurkiem do ostatniego grosza spod tej łapki miażdżącej ich karki. Jego wiarą zdają się być aktywa, które jak napisał wczoraj Coryllus, genialnym a nieuniknionym ruchem zostaną przesunięte w inny sektor polskiego rynku medialnego, tzw. sektor patriotyczny, nawet jeśli posłużą propagandzie nie liberalnej, mianowicie socjalnej i pseudo-narodowej, niby dostosowanej do katolickiej obyczajowości Polaków (tak jak propagandowa funkcja Jacka Międlara). Zostaną przesunięte, bo dadzą zysk.
Pan Dekan swoimi działaniami, jeśli są one w artykule Biedronia przedstawione w sposób rzetelny, wskazuje, że jest „rasistą” ekonomicznym i kulturowym, i to nie z przekonania, ale z racji swego uzależnienia od wielkiej forsy. Zachowuje się tak, jakby w pakiecie z kontem i pozycją zawodową otrzymał on przymus dopasowania się do powierzchownej, fałszywej i nieludzkiej ideologii postępu. Bardzo mu współczuję. Jego los jest przesądzony. Nawet jeśli obraz ten jest przerysowany, zostanie on zaliczony w poczet najemników cywilizacji mordu, takich jak Goebbels i Makarenko. Może tylko wycofać się z wszystkich spraw, które uważa za swój sukces. Z tym jednak wiąże się wielkie ryzyko. Jego mocodawcy nie podarowaliby mu tego. Ze swej strony mogę obiecać modlitwę. To pomoc niezawodna. 
Ps. Przypominam zasady mojego blogu:
Do nieznanych mi blogerów i komentatorów będę zwracał się per Pani/Pan. Różnie to bywało z moją korespondencją z innymi komentatorami. Czasem mówiłem do nich per pani/pan a czasem per ty do tych samych osób. Zatem wszyscy, którym odpowiadałem, albo odpowiadali mi w komentarzach, mogą do mnie zwracać się według upodobania, per ty albo per pan.
Ogólnie zachęcam komentujących do używania zwrotów grzecznościowych. To jest wielkie osiągnięcie naszych przodków, że te słowa Pani, Pan, Państwo tak się upowszechniły w naszym narodzie, iż niezależnie od dochodu i statusu społecznego do osoby, którą znamy krótko lub powierzchownie, zwracamy się za ich pomocą. Słowa te wyrażają szacunek i zachęcają do wzajemności.
Nie będę przechodził na ty z moimi nowymi korespondentami. No chyba, że spotkamy się w realu i uściśniemy się serdecznie. Jeśli mój nowy korespondent/komentator uporczywie będzie zwracał się do mnie per ty, zbanuję bez litości. No chyba że mnie powali na kolana swoim komentarzem, to wtedy podaruję. Ale tylko pod tym warunkiem.
Panie Siostry, Panowie Bracia, drodzy Państwo za język wulgarny będę banował, nie za pojedyncze słówka typu d…, pojedyncze przekleństwa typu cholera, kurcze, nawet ku… m… , ale za uporczywe sprowadzanie naszego języka do rynsztoka. Ja nawet dla siebie nie rezerwuję języka rynsztokowego. Bardzo nie lubię wulgarnych określeń intymnych części ciała i słów typu je..ć, pier...ć. Proszę uważać. Mam adhd, lekkie lub średnie.
Będę banował za świadome i wredne trollowanie, za uporczywe trwanie w poglądach błędnych i głupich, za lenistwo, czyli za brak chęci do wysiłku intelektualnego, za chamstwo.
Będę banował za wredne pyskówki między komentatorami, nie za wymianę zdań, ale za brak kultury w sporze. Trzymajmy poziom.
 

poniedziałek, 20 marca 2017

Pani Magdalena Ogórek zakłada nacjonalistyczny ruch przeciw pigułce „dzień po” (Ellaone) czyli Rebacca Kiesling w Polsce. cz. II

  Przypomnę tylko, że Elleone jest środkiem antykoncepcyjnym o zakamuflowanym działaniu poronnym. Tak opisują go ginekolodzy, w tym prof. Bohdan Chazan, co ciekawe cytowany w Gazecie Wyborczej: 
(http://wyborcza.pl/1,75400,17268501,Jak_dziala_pigulka__dzien_po___Czy_jest_wczesnoporonna_.html).
Według prof. Chazana Ellaone działa podobnie do środków stosowanych w aborcji farmakologicznej, zawierających mifepriston (wikipedia podaję taką formę, w innych źródłach jest nazwa mifepristone). Podobieństwo polega na niszczeniu mechanizmów, które utrzymują ciążę - wyjaśnia prof. Chazan.
   Na podstawie takich opisów Prezydium Episkopatu Polski opublikowało w 2015 roku pamiętne oświadczenie, w którym podkreśliła nie tylko to, że służy on do dzieciobójstwa, ale co więcej ma fatalny wpływ na zdrowie kobiet: „Do działań negatywnych … należy wprowadzenie do sprzedaży bez recepty wczesnoporonnego środka farmaceutycznego. Już samo dopuszczenie do szerokiej dystrybucji środka, który ma działanie nie tylko zapobiegające rozwojowi ciąży, ale także prowadzące wprost do śmierci zarodka jest sprzeczne z prawem do ochrony życia człowieka od chwili jego poczęcia w łonie matki. Stanowczy sprzeciw budzi fakt dostępności środka wczesnoporonnego dla osób niepełnoletnich, w przeciwieństwie choćby do alkoholu. Tymczasem korzystanie z tego środka stanowi poważne zagrożenie dla zdrowia fizycznego, psychicznego i duchowego kobiet, tworząc m.in. ryzyko zaburzeń płodności.”
(http://www.opoka.org.pl/biblioteka/W/WE/kep/oswiadczenie_04022015.html)
   Polska Federacja Ruchów Obrony Życia opublikowała jednoznaczną ocenę Ellaone: "Niszczy życie poczęte i rujnuje życie kobiety. Zawarte w niej duże dawki progestagenu nie są obojętne dla zdrowia kobiety i mają bardzo niekorzystny wpływ na układ rozrodczy i gruczoły piersiowe, układ pokarmowy, a także na układ sercowo-naczyniowy, nerwowy i psychikę kobiety."
   Ellaone jest nadal legalnie dostępna w Polskich aptekach. Minister Konstanty Radziwiłł zdaje się być przeciwny jej delegalizacji. Byłoby zatem czymś bardzo pożądanym by taki autorytet medialny jak pani Magdalena Ogórek, były kandydat na Prezydenta, zainicjowała ruch społeczny domagający się delegalizacji tabletki poronnej Ellaone. Wszak widzieliśmy ją niedawno, 16 marca, w programie pana Pospieszalskiego, jako obrończynię równouprawnienia w przestrzeni publicznej obrońców życia poczętego, takich jak Rebecca Kiessling. Z pani Kiessling, jako sprawnej organizatorki, prawniczki i mówczyni, można brać przykład.
   Bynajmniej nie naciskam i nie nalegam. Stwierdzam tylko, iż jest takie zapotrzebowanie. Rzecz jasna polscy Obrońcy Życia podejmują inicjatywy w tym zakresie, ale w ich działaniach, niech mnie poprawią, jeśli się mylę, pierwsze miejsce nadal zajmuje delegalizacja aborcji we wszelkich przypadkach. Protesty i sprawy sądowe związane z tą sprawą są najbardziej spektakularne, jak również ich zwycięstwa w tym zakresie. Dotyczy to również propagandy wizualnej. Nie śmiem im nic sugerować, ale zastanawiam się czasami nad bardziej zwięzłą i dyskretną wizualizacją dzieciobójstwa, np. zdjęcia samych narzędzi stosowanych w tych mordach, albo doczesne szczątki zamordowanego dzieciątka, ale na przykład owinięte w całun.
   W przekazach medialnych sprzeciw wobec dzieciobójstwa jest najbardziej dostrzegalny. Na dalszy plan schodzi in vitro, o którym bywa głośno, ale nie cały czas, oraz chemia poronna, jakoby farmakologiczna. Dzieciobójstwo niestety nie zniknie, dopóki będzie legalne. Dlatego tak ważną sprawą jest to, co robi pani Kiessling, ochrona prawa do życia dzieci poczętych tak jak ona, wskutek przemocy seksualnej. To jest ważny precedens. Kiedy już zostanie zdelegalizowane, dzieciobójstwo niestety stanie się tajną praktyką. Przestępstwem jest niezależnie od formalnej delegalizacji. Ale wówczas stanie się owocem zakazanym, który ujawni swoją demoniczną atrakcję. I takim w swojej istocie ono jest. Ludzi normalni i nienormalni powinni być informowani również przez prawo, iż jest to coś nieludzkiego i karygodnego. Prawo nie może oszukiwać.
   Ale to znaczy, że zasada ta dotyczy również chemii poronnej, czy nawet środków naturalnych o poronnym działaniu, oraz hodowli dzieci z próbówki, czyli in vitro. W świetle całego oceanu krzywd i ludzkich cierpień, związanego z podejściem do dzieciątka pod sercem matki jako do niekreślonego kawałka białka zwierzęcego, nie da się utrzymać pozytywistycznego rozdzielenia prawa od moralności. Teoria czystego prawa Hansa Kelsena, jak również teorie prawa jego poprzedników, Johna Austina, Rudolfa von Iheringa, Georga Jellinka i Herberta Harta (które najwyżej dopuszczają jakąś względne, odległe powiązania między sumieniem a prawem, a które z braku miejsce streszczę przy innej okazji), należy oprawić w ramki i pokazywać w muzeum obok dzieł Marksa i Englesa, względnie na postrach dla niegrzecznych dzieci, oczywiście tych przerośniętych, które czegoś nie zdążyły do trzydziechy z procesem dojrzewania. Tym młodszym jednak zdecydowanie wolałbym oszczędzić koszmarów nocnych.
   Niestety, sądząc po scenariuszu ostatniego programu "Warto rozmiawiać" poświęconego kontrowersji wokół pani Kiessling, jest małe prawdopodobieństwo by pani Ogórek podjęła akcję delegalizacji Ellaone na obszarze Rzeczypospolitej Polskiej. Bynajmniej nie nalegam. Dlaczego? Bo mimo iż pani Ogórek weszła na ścieżkę wojenną autorytetu moralnego, i to w dziedzinie tak zaognionej jak obrona życia dzieci poczętych nienarodzonych oraz sprzeciwu wobec genderu, to jednak musiałaby mieć pozycję naprawdę bardzo silną, żeby stanąć wbrew całemu molochowi koncernów farmaceutyczynych. A to jest monstrum stugłowe. I jestem daleki by namawiać miłą panią Magdeleną do rujnowania sobie nerwów i życia. No chyba, że się mylę. I pani Ogórek ma moce i siły zdolne do podjęcia tego trudu. Wszystko zależy od jej rozeznania. Być może pan Jan i jego prawicowi, medialni przyjaciele podjęli dialog z panią Ogórek i jej przyjaciółmi przy wieczornym grillu, który w ich środowisku nazwany bywa nawracaniem, no może składaniem świadectwa. Niech zatem pomogą rozeznać, czy wchodzić w to szaleństwo, czy jeszcze nie.
   Czy namawiam Polską Federację Ruchów Obrony Życia do takiej brawury? Tak, namawiam. Nie naciskam, bo trzeba liczyć siły na zamiary. Ale namawiam do policzenia tych sił i możliwości. Być może już to zostało policzone i Obrońcy Życia wyciągnęli wniosek, jaki widzimy. Wtedy przepraszam. Namawiam jednak, by nie zapominali o chemii i zielarstwie poronnym i o in vitro, i szukali takich mocy i sił wokół siebie, w sobie, i ponad sobą. Rzecz jasna, najważniejsze są te moce nadprzyrodzone, na nie możemy liczyć zawsze i niezawodnie.
   Namawiam, ponieważ mam taką ufność, że dzieciobójstwo, szpitalne i gabinetowe, zostanie wkrótce nazwane po imieniu. Bo jest ono mordem. Czasem nie całkiem świadomy ze strony oszukanej matki i oszukanego ojca, ale jednak mordem. Ten, kto go dokonuje, tzw. ginekolog, widzi to i rozumie. Gdy zatem zostanie ono zakwalifikowane jako zbrodnia, wówczas zobaczymy, że moloch czystej aryjskiej chemii poronnej jest większy niż moloch przemysłu aborcyjnego. Przynosi większe, bo globalne zyski. Proszę poprawić mnie jeśli się mylę. Podobnie in vitro. Jest większym źródłem dochodu. Lepszy geszeft. 
  Przemysł dzieciobójstwa fizycznego to faktycznie arystokrata pośród demonów, wyrafinowany, przewrotny, niesamowicie sprytny, sprytniejszy od demona cracku i chlania, porównywalny tylko z demonem mafii. Lecz nawet demon musi liczyć się z ludzką rachunkowością. A może raczej, jest gdzieś na dalszym planie, za zyskiem. Są przecież ludzie, którzy wysługują się upadłemu aniołowi a razem są przekonani, że należy on do świata bajek. Wydaje mi się, że to jest większość w tej grupie. No może nie mają stuprocentowej pewności, ale przeważnie, „most of the time”, skłaniają się raczej ku takiemu właśnie przekonaniu. Dlatego warto zastanawiać się i szukać tych mocy i sił, które dadzą nam zwycięstwo również nad tymi dwoma molochami, molochami zysku z zalegalizowanego, niesłusznie i niesprawiedliwie, przestępstwa.
Co w święto Świętego Józefa, doskonałego małżonka i pokornego opiekuna Syna Bożego, własną ręką spisałem i podpisem poświadczyłem, Magazynier
 
Ps. Przypominam zasady na mojego bloga:
Do nieznanych mi blogerów i komentatorów będę zwracał się per Pani/Pan. Różnie to bywało z moją korespondencją z innymi komentatorami. Czasem mówiłem do nich per pani/pan a czasem per ty do tych samych osób. Zatem wszyscy, którym odpowiadałem, albo odpowiadali mi w komentarzach, mogą do mnie zwracać się według upodobania, per ty albo per pan.
Ogólnie zachęcam komentujących do używania zwrotów grzecznościowych. To jest wielkie osiągnięcie naszych przodków, że te słowa Pani, Pan, Państwo tak się upowszechniły w naszym narodzie, iż niezależnie od dochodu i statusu społecznego do osoby, którą znamy krótko lub powierzchownie, zwracamy się za ich pomocą. Słowa te wyrażają szacunek i zachęcają do wzajemności.
Nie będę przechodził na ty z moimi nowymi korespondentami. No chyba, że spotkamy się w realu i uściśniemy się serdecznie. Jeśli mój nowy korespondent/komentator uporczywie będzie zwracał się do mnie per ty, zbanuję bez litości. No chyba że mnie powali na kolana swoim komentarzem, to wtedy podaruję. Ale tylko pod tym warunkiem.
Panie Siostry, Panowie Bracia, drodzy Państwo za język wulgarny będę banował, nie za pojedyncze słówka typu d…, pojedyncze przekleństwa typu cholera, kurcze, nawet ku… m… , ale za uporczywe sprowadzanie naszego języka do rynsztoka. Ja nawet dla siebie nie rezerwuję języka rynsztokowego. Bardzo nie lubię wulgarnych określeń intymnych części ciała i słów typu je..ć, pier...ć. Proszę uważać. Mam adhd, lekkie lub średnie.
Będę banował za świadome i wredne trollowanie, za uporczywe trwanie w poglądach błędnych i głupich, za lenistwo, czyli za brak chęci do wysiłku intelektualnego, za chamstwo.
Będę banował za wredne pyskówki między komentatorami, nie za wymianę zdań, ale za brak kultury w sporze. Trzymajmy poziom.
 

niedziela, 19 marca 2017

Pani Magdalena Ogórek zakłada skrajnie prawicowy ruch przeciw pigułce „dzień po” (Ellaone) czyli Rebacca Kiessling w Polsce. cz. I

   Na wstępie chciałbym przeprosić wszystkich zainteresowanych tak długą przerwą na moim blogu. Problemy z oczami, eksperymenty rysownicze, artykuł z terminem 3-tygodniowym (moja własna wina, nadgorliwość, i niczyja inna), spadek kondycji. Ale nowe okulary mam, do kondycji powoli powracam, artykuł doręczyłem, nadgorliwość zachowałem.
   Ad rem. Wszystko miało miejsce w czwartek 16 marca w telewizorze, tzn. w tvp1, w programie „Warto rozmawiać” pana Jana Pospieszalskiego (https://www.youtube.com/watch?v=-CPS-6kSW1w), któremu bardzo jestem wdzięczny za inspirację. Niestety tytuł mojego tekstu to oczywista prowokacja. Wszystkich, którym narobił on nadziei na jeszcze lepszą zmianę, serdecznie przepraszam. Jestem blogerem na dorobku, a to stwarza liczne pokusy pisarskie, którym trudno mi oprzeć się. Tak sobie też myślę, że tak samo dobrym tematem byłby ten: „Jak pani Magdalena Ogórek ZMIAŻDŻYŁA zwolenniczką dzieciobójstwa u Pospieszalskiego”, bo z takim mniej więcej tytułem ukazało się jedno z jutubowych nagrań owego programu, zapewne ze względu na tych mniej uświadomionych widzów youtube’a, którzy pewnie nie zauważyliby jak i kiedy zwolenniczka dzieciobójstwa została zmiażdżona przez panią Ogórek.
   Więc to wyglądało tak, że owa rzeczniczka ludzkości pani Martyna Równiak, jako wykładowca tzw. Uniwersytetu Zaangażowanego, cokolwiek by to znaczyło, i jako student medycyny (sic!), radykalnie i autorytatywnie skorygowała znaczenie takich pojęć jak dziecko, zarodek i embrion, i rozstrzygnęła, że podręczniki medycyny (tylko które) określają dziecko przed urodzeniem tylko i wyłącznie jako zarodek vel embrion (sic!). (Musi że Światowa Organizacja Zdrowia wydała jakieś nowe księgi objawione. Drżyjcie narody!) Następnie znokautowała wszelkie zarzuty wobec pani Wandy Nowickiej, znanej lobbystki proaborcyjnej, opłacanej przez koncerny farmaceutyczne, zarzuty wypowiedziane przez pana Jana i zdaje się przez panią Kaję Godek z Ruchu Obrony Życia, takie, iż p. Nowicka została dopuszczona z wykładami na Uniwersytecie Warszawski, co, w świetle odwołania prelekcji pani Rebeki Kiessling na UW, miałoby dowodzić, według podstępnych wrogów ludzkości, podwójnych standardów ze strony władz uczelni i dyskryminacji nie tylko pani Kiessling, ale również całej krytyki dzieciobójstwa. Pani Równiak udowodniła, że za wykłady pani Nowickiej z genderu studenci UW płacą, a jak płacą, to znaczy, że chcą jej słuchać. Logiczne. Pani Ogórek zauważyła w tym momencie, że pani Równiak nie ma racji co do obiektywizmu naukowego w podejściu pani Kiessling – a raczej jego braku w jej poglądach – na co napakowana mądrością i zadziwiającą pewnością swoich poglądów pani Równiak wyprowadziła kolejny cios, tym razem w stronę pani Ogórek. Bezczelnie jej przerwała i powiedziała, że widziała ten wykład w necie i p. Ogórek nie może jej mówić czy ona ma rację czy nie, „bo to nie jest coś, co da się falsyfikować”. Tak powiedziała. „Falsyfikować”. Po czym została faktycznie zmiażdżona, owszem, ale raczej przez widownię, która nagle, nie wiedzieć czemu, się roześmiała szczerze a wylewnie. Roześmiała się raczej z racji chciejstwa pani Równiak, naiwnego a tupeciarskiego. Bo słowo falsyfikacja wcale nie było śmieszne. Najwyraźniej widownia i dyskutanci nie zrozumieli jej przesłania lub nie dosłyszeli. 
  Kamera wzięła na celownik panią Ogórek, która skromnie spuściła głowę powstrzymując śmiech, a następnie pana Jana, który wykazał się równą niemal, jeśli nie większą jeszcze powściągliwością.
   Może ja już jestem jakiś przymulonym, zwapniałym dziadkiem, ale ja naprawdę nie widzę w tej reakcji pani Równiak nic śmiesznego. „Nie może tego pani falsyfikować” oznacza, że prelekcja pani Kiessling jaka jest, każdy widzi, a według p. Równiak jest ta prelekcja zmanipulowana emocjami. (Nie zgadzam się z tą obłędną argumentacją, ale to jest zgodne z założeniami pani Równiak, jest ona po prostu konsekwentna.) W dalszym ciągu programu pani Równiak w krzyżowym ogniu dyskusji, wręcz kłótni, wyznaje własne bardzo drastyczne zranienie, które, jeśli prawdziwie, tłumaczy, dlaczego ta szczerość pani Kiessling, jej uczucia towarzyszące opowieści o historii jej poczęcia i poszukiwania swojej naturalnej matki, są tak rażące dla p. Równiak. Gdyby nie spłycenie tego wyznania przez gwałtowny spór, w tym momencie „Warto rozmawiać” zamieniłoby się niemal w reality szoł, nabrałoby atmosfery sensacji wykraczające poza jakiś elementarny szacunek dla prywatności. Pani Rebeka, która zdaje się mieć wyczucie mediów, jeśli tłumaczono jej te wypowiedzi, musiała poczuć wtedy nieswojo, nawet mimo jej amerykańsko-katolickiej szczerości. Wyglądało to tak, jakby pani Równiak chciała po prostu przelicytować dramatyczną biografię pani Kiessling. 
  Jakie to zranienie, można się dowiedzieć oglądając filmik z tym programem. Ponieważ nie wiem, czy p. Równiak powiedziała prawdę, wolę to przemilczeć i swoją dyskrecją wyrazić szacunek dla możliwego cierpienia, które wiele tłumaczyłoby w jej zachowaniu. Nie wiem, ponieważ młodym rewolucjonistom, oczku w głowie starych, wiele uchodzi w mediach, nawet nawoływania do aktów przemocy wobec duchownych. Pani Równiak niech gniewa się na mnie do woli, ale nie za mój brak zaufania do tych enuncjacji. Muszę mieć czarno na białym zwłaszcza ze strony rozpuszczonych jak dziadowski bicz młodzieńców i młodych kobiet. Nie dowierzam, tak jak pani Godek.
   Zastanawiam się tylko dlaczego ta widownia nie ryknęła gromkim śmiechem, kiedy pani Równiak wywróciła do góry nogami kanon położnictwa, pojęcia dziecka, zarodka i embriona, nie podając nawet źródeł tych rewelacji (revelatio – objawienie). No może widownia się przeraziła widząc taką pewność siebie ciemniactwa. Ja faktycznie byłem bliski przerażenia. Ale zastanawia mnie ta praca kamery i ta reakcja widowni. Czy to możliwe, żeby to była ustawka? Czy pani Ogórek przyprowadziła tam swoją publikę? A jeśli tak, to dlaczego pani Równiak zgodziła się na taką kompromitację swojej osoby? Czy chciała jak ten Rejtan rozedrzeć szatę i własną piersią zagrodzić drogę ciemnogrodowi, teraz przychodzącemu już z wielkiego świata, mówiącemu po angielsku, w języku reżymu genderowego? Czy to była desperacja?
   Być może. Wszak sama Kazimiera Szczuka odtrąbiła już odwrót od genderu w wywiadzie dla Krytyki politycznej. Była rzekła, że: Wszyscy się już połapali że gender to ściema. Już o nim nie słychać.” (http://krytykapolityczna.pl/kraj/szczuka-gotowanie-zaby/) Wyznawcy genderu muszą być wściekli, zdrada w szeregach. Jak nie słychać, jak wszędzie na polskich uczelniach aż huczy? 
   A tu na dodatek Pospieszalski umieścił byłą kandydatkę lewicy na prezydenta RP po stronie wrogów ludzkości. Świat się wali. Znak to najwyraźniejszy, że humy genderowe, a może nawet wszystkie humy, muszą brać się za jakieś szkolenia zawodowe, policjant, cieśla, spawacz, sprzątaczka, krawcowa, kucharka, może strażnik więzienny (niektórym powinno w tym fachu pójść całkiem całkiem). Ocaleją tylko historycy, którzy przecież mieli pójść na odstrzał. A teraz co? Będą znowu robić kariery polityczne? Niedoczekanie. Własną piersią. Po moim trupie (nie autora tylko ich, obrońców postępu).
   Co gorsza pani Ogórek nokautuje obrońców ludzkości, no niby również stojących po lewo, tak jak ona. I to w jakim stylu! W stylu skromnej „Zosieńki” ze szlacheckiego dworku w Brzezinach! Buźka w ciup, oczka w dół. Nic nawet nie powiedziała, wręcz przeciwnie zmilczała. Chociaż w świetle tej irracjonalnej logiki przyjętej przez p. Równiak, nie ma w tej jej „falsyfikacji” nic śmiesznego. Przecież to oznacza, że po prostu z punktu widzenia założeń niby naukowych przyjętych przez p. Równiak, nie da się sfalsyfikować, czyli zfałszować, zadać kłam jej interpretacji tego wykładu. Embrion nie jest dzieckiem, a pani Kiessling przyjmuje wykładnię przeciwną, nienaukową według postępowej nauki.
   Pani Równiak faktycznie zdaje się być śmieszną, i razem irytującą, ale tylko do czasu, do momentu tego dramatycznego wyznania, ze względu nie na to słówko falsyfikacja, ale z powodu swojego zadęcia, arogancji i naiwność, i, jak mówię, tylko do czasu.
   Były jeszcze dwie inne dyskutantki, pani Kaja Godek, medialny awatar sił ciemności, i to tych najgorszych, i pani Szachowicz-Sempruch, wykładowca UW i przedstawiciel Fundacji Świat Ludzkich (S)Praw. I jeśli mam komuś przyznawać jakieś punkty bokserskie to zdecydowanie techniczne, za bardzo rzetelną technikę i tylko pani Godek, zwłaszcza za wypowiedź w obronie kobiet będących ofiarą gwałtu, w których przypomina, że należy się im wszelka opieka, prawna, rodzinna i terapeutyczna, również w formie zakazu zabijania dziecka poczętego wskutek przemocy seksualnej, ponieważ zakaz taki ratuje ją przed czynem, który przyniesie jej cierpienie większe jeszcze niż ów akt przemocy.
   Chciałbym albowiem zwrócić uwagę na jeszcze jeden szczegół, mianowicie na samym początku pan Jan zapowiada, że za chwilę widzowie poznają historię pani Rebeki Kiessling z jej własnych ust. Ta chwila to prawie pół godziny sporu (sic)!!! Nie zawsze na poziomie. Pani Kiessling pojawia się w ostatniej jednej trzeciej tego tok-szoku. Dwadzieścia minut w telewizorze to dużo. Czego się czepiam? Ano czepiam się, bo uważam, że prawo gościnności, jak również inne prawa nakazują poświęcić pierwszą połowę dla gościa, który przyjechał z bardzo daleka, drugą dla dyskutantek. 
  Dlaczego zatem pan Jan tak nie uczynił? Zaraz wyłożę moją teorię spiskową. Ale najpierw o Pani Rebecce. To jest fest dziewczyna, silna fizycznie i psychicznie. Nie tylko wielkiej urody. Spójrzcie na jej ramię. Nie chciałbym zarobić od niej sierpowym. Trenowała gimnastykę, o ile rozumiem, sportową lub artystyczną. Zdaje się, że jest katoliczką, na pewno prawnikiem, prowadzi własną organizację zapewniającą prawną i duchową opiekę osobom poczętym wskutek przemocy seksualnej. Zatem łączy swój interes zawodowy, finansowy, jak również medialny z własną dramatyczną historią i z moralną misją obrony ludzkiego życia. Wolno. I jest w tym, co robi dobra. Raczej dużo wie o mediach. Może nie wszystko, ale dużo. Jest uświadomiona. Może mniej wie na temat propagandy akademickiej. Ja doradzałbym jej, bo wysłuchałem jej wykładu z Lublina, by zmodyfikowała porządek swoich prelekcji. Żeby najpierw zaczynała od mocnego uderzenia prawniczego, o przedstawieniu swojego profilu zawodowego i organizacji, a potem dopiero przeszła do historii własnej.
   Tu jeszcze bardzo ciekawa dyskusja w jakimś amerykańskim telewizorze o cofnięciu dotacji dla Planned Parenthood, w której pani Kiessling gra pierwsze skrzypce:
   A tu wywiad we Wnetcie:
https://www.youtube.com/watch?v=u4KA3JfN5Is
   Wnioski. Pani Kiessling nie była w tym programie najważniejsza. Kto był? No jak to kto? To widać gołym okiem, ta, która "ZMIAŻDŻYŁA" jakoby rewolucjonistkę proaborcyjną. Pani Ogórek potrafi się zachować, jest elegancka, ma styl, ale widz, taki jak ja, mógł słusznie oczekiwać, że ten program będzie poświęcony pani Kiessling, a nie rozgrywkom „bokserskim” między przedstawicielkami 21-wiecznego socjalizmu. Ja rozumiem, że, siłą rzeczy, z racji namiętności politycznych i nie tylko, środowisko sponsorowane od co najmniej trzech wieków przez tzw. tajną władzę nie może być ani jednolite ani zgodne. Rozumiem, że jako protegowana pana Millera, pani Ogórek, tak jak SLD, jest poza tym sponsoringiem i musi sobie radzić. Ale co z tym ma wspólnego pan Jan redaktor? Muszę przyjąć, że ma. Bo corpus delicti aż bije po oczach. Pani Ogórek miała po prostu zaliczyć punkty medialne. Widać było jej tremę. Zaliczyła, ale w bardzo dziwny sposób. Hasło, że niby „ZMIAŻDŻYŁA” tę dziewczynę z organizacji Medical Students for Choice, to duża przesada. Za bardzo się spięła i nie potrafiła znaleźć właściwej koncepcji ataku.
   Lubię tę jej zaściankową, zosieńkową urodę. To jest naprawdę wartość. Szkoda tylko, że postponuje ją w tym kulawym tańcu. Muszę też przyznać, że jest oczytana. Ale uważam, że marnuje się w polityce. Jest w tej swojej walce politycznej za bardzo spięta. Cieszę się, że ma dziecko. Do prawdy nie śmiem jej nic doradzać.
   Pan Jan natomiast potwierdza tylko czarne myśli Toyaha, Coryllusa i Pink Panthera. (Ach, ci blogowi malkontenci!) Medialne zaplecze Pisu aspiruje do dziwnych układów. W zasadzie ten układ już jest. Układ typu Hide Park. Czemu Hide Park? Bo jak w Hide Parku, nie można w „prawicowych” programach mówić źle o królowej, rzecz jasna angielskiej. I naprawdę nic na ten temat w nich nie znajdziecie, mili państwo. Chętnie obejrzę lub przeczytam coś, co skoryguje mój sąd. A jeśli na królową narzekać nie wolno, to również nie wolno wyrzekać na jej sponsorów z City. Z wiadomych względów, nie wolno też kwestionować historycznego sojuszu, prawo-lewego, na polskiej scenie politycznej „ponad podziałami”. Nie wolno też źle mówić o Henryku Krzeczkowskim, jakoby ojcu naszego nowego konserwatyzmu. I jeszcze nie wolno mówić o Śląsku, powiedzmy można mówić, ale nie za dużo. Dlaczego? To temat na inny tekst, który napiszę, ale nie wiem kiedy.
   Ktoś powie, że to teorie spiskowe. Jednak nie. Nie spiskowe. Więc jakie? O tym za kilka notek.

Ps. To mój drugi tekst na blogspocie, czwarty w sieci, dwa pierwsze w salonie24. Wprowadzam następujące zasady na moim blogu:

Do nieznanych mi blogerów i komentatorów będę zwracał się per Pani/Pan, to znaczy pani lub pan, małą literą, bo inaczej staw serdeczny mi wysiądzie od tego shifta. Różnie to bywało z moją korespondencją z innymi komentatorami. Czasem mówiłem do nich per pani/pan a czasem per ty do tych samych osób. Zatem wszyscy, którym odpowiadałem, albo odpowiadali mi w komentarzach, mogą do mnie zwracać się według upodobania, per ty albo per pan.
Ogólnie zachęcam komentujących do używania zwrotów grzecznościowych. To jest wielkie osiągnięcie naszych przodków, że te słowa Pani, Pan, Państwo tak się upowszechniły w naszym narodzie, iż niezależnie od dochodu i statusu społecznego do osoby, którą znamy krótko lub powierzchownie, zwracamy się za ich pomocą. Słowa te wyrażają szacunek i zachęcają do wzajemności.
Nie będę przechodził na ty z moimi nowymi korespondentami. No chyba, że spotkamy się w realu i uściśniemy się serdecznie. Jeśli mój nowy korespondent/komentator uporczywie będzie zwracał się do mnie per ty, zbanuję bez litości. No chyba że mnie powali na kolana swoim komentarzem, to wtedy podaruję. Ale tylko pod tym warunkiem.
Panie Siostry, Panowie Bracia, drodzy Państwo za język wulgarny będę banował, nie za pojedyncze słówka typu d…, pojedyncze przekleństwa typu cholera, kurcze, nawet ku… m… , ale za uporczywe sprowadzanie naszego języka do rynsztoka. Ja nawet dla siebie nie rezerwuję języka rynsztokowego. Bardzo nie lubię wulgarnych określeń intymnych części ciała i słów typu je..ć, pier...ć. Proszę uważać. Mam adhd, lekkie lub średnie.
Będę banował za świadome i wredne trollowanie, za uporczywe trwanie w poglądach błędnych i głupich, za lenistwo, czyli za brak chęci do wysiłku intelektualnego, za chamstwo.
Będę banował za wredne pyskówki między komentatorami, nie za wymianę zdań, ale za brak kultury w sporze. Trzymajmy poziom.