piątek, 17 listopada 2017

Szachownica – symbol klęski tajnej władzy. Czyli jak biec albo nie biec jeszcze szybciej? Cz. V.

Rzekłbym nawet: totalnej klęski. Jeden z komentujących mój poprzedni odcinek tego cyklu, dokładniej pan Kamiuszek, przypomniał o innej jeszcze ważnej tezie tworzącej to, co nazwałem Brzytwą/szpadą Coryllusa: Władza jest święta albo tajna. I ta prawda stanowi nić przewodnią mojego dzisiejszego tekstu, strzelbę która pojawia się w pierwszym akcie i musi wystrzelić w ostatnim. Dokładniej wystrzeli w następnym odcinku.
Narazie jednak niech mi wolno będzie przypomnieć moje poprzedni odcinki tego cyklu, a zwłaszcza jeden, gdzie pojawia się właśnie szachownica, czyli odcinek z podtytułem:
„Czy pan Andrzej Rzepliński zostanie Wiedźminem?”
(http://mmmagazynier.blogspot.com/2017/04/jak-biec-jeszcze-szybciej-cz-1-czy-pan.html),
Ale również ten: „Teoria niespiskowa, najwyżej tylko trochę ...”
(http://mmmagazynier.blogspot.com/2017/04/jak-biec-jeszcze-szybciej-cz-ii-teoria.html),
i ten: „Fatima i św. Andrzej Bobola”
(http://mmmagazynier.blogspot.com/2017/05/jak-biec-jeszcze-szybciej-cz-iii-fatima.html)
Pierwszy tekst wyjaśnia skąd się bierze wspólny tytuł cyklu czyli „Jak biec jeszcze szybciej”: „Pamiętamy wszyscy tę bardzo ciekawą scenę (w „Alicji w krainie czarów”), kiedy królowa prowadzi Alicję na pole szachowe i biegną. Biegną i biegną aż dostają zadyszki. Alicja zatrzymuje się, bo dalej już nie może i widzi, że są na tym samym polu, na które weszli dopiero co. Nie zrobili żadnego postępu. Na jej pełne zdziwienia pytanie królowa odpowiada: ‘Trzeba biec jeszcze szybciej’. Oczywiście, kłamie. Alicja jest małą dziewczynką i ufa dorosłym. Królowa to wykorzystuje i wciska jej kit. Surrealistyczna bajka Lewisa Carolla jest powieścią polityczną.”
No i jest tu oczywiście szachownica, na której w pierwszym odcinku ośmieliłem się umieścić ex-prezesa Andrzeja Rzeplińskiego.
Oczywiście imputując w tym tekście panu Rzeplińskiemu, iż nagroda im. Kisiela była dla niego pocałunkiem śmierci politycznej, ponieważ zrównała go z Wiedźminem (twórcy Wiedźmina albowiem również zostali wówczas nagrodzeni), popełniłem naiwną pomyłkę. Bajdurzyłem po prostu. Bo wkrótce ujrzeliśmy pana Rzeplińskiego zasiadającego po prawicy, pardąs, po lewicy rzecz jasna, inaczej być nie może, tow. Franza Timmermansa na uroczystości z okazji nominacji człowieka roku gazety wyborczej, co miało być potwierdzeniem, iż antypolska frakcja polskojęzycznych aktywistów politycznych i medialnych wciąż wskazuje pana/tow. Rzeplińskiego jako swego kandydata w następnych wyborach prezydenckich. Był to swoisty bieg tryumfalny obu panów przez owo "pole szachowe" przeznaczone dla nich. Oczywiście człowiekiem gazownianego roku był tow. Franz. Jednak wcześniejsze zrównanie tow. Rzeplińskiego z Wiedźminem znaczyło tyle, co nowa fryzura Dolly Parton względnie masaż w ramach odnowy biologicznej, jakiś tam drobny interesik i razem jego nieustające pierwszeństwo na liście przebojów discopolo.
Lubo (choć) wolno mi nadal upierać się, że była to kpina z byłego prezesa Trybunału Konstytucyjnego. Dzisiaj gotów jestem dodać, że była to również kpina owego środowiska z samych siebie.
Ale wróćmy do szachownicy. Szachownica to symbol masoński. Moje odwołanie się do symboliki masońskiej nie oznacza bynajmniej, że zmieniłem zdanie na jej temat. Nadal uważam, że masoneria nie jest już tajną organizacją, być może nigdy nie była, zaś jej "tajność" to tylko chwyt marketingowy. I nie stanowi najwyższego poziomu tzw. tajnej władzy, bo za dużo o niej wiemy. Potrafimy nawet zgadywać, kto jest masonem, albo ma bliskie z tą sektą kontakty.
Na blogspocie jest ciekawy tekst:
(https://swiatowaliga.blogspot.com/2017/01/szachy-ezoteryka-i-masoneria.html)
W konkluzji tego tekstu znajdujemy jeszcze ciekawszy fragment który ostrzega, że: „Wszystkie teksty, wpisy copyright by Liga Świata / dydymus, bez prawa kopiowania, powielania, cytowania, dopisywania..., całkowity zakaz rozpowszechniania tekstów przez serwisy utrzymujące się z płatnej reklamy”.
Wnioskuję z niego, że ponieważ nie zamierzam ani powielać ani cytować go, oraz że Szkoła Nawigotorów nie utrzymuje się z reklam, wolno mi jako publikującemu na SN przynajmniej parafrazować fragmenty tego bardzo interesującego teksu.
Parafrazując zatem zwracam uwagę na sugestię zawartą w owym opisie i interpretacji reguł szachowych, mianowicie, że nasz świat jest złudny, podobnie i życie w nim. Wynika to z dualizmu między wewnętrzną dynamiką sumienia a zewnętrznym światem materialnym. (Skąd my znamy ten dualizm? Czy nie z kabały? Bo z pewnością nie z ortodoksyjnej teologii moralnej ani z realizmu św. Tomasza z Akwinu.) Z tej racji człowiek w zasadzie jest ofiarą owych nieubłaganych acz złudnych reguł świata i życia. A jednocześnie, mimo tej złudności, zarówno w grze świata, zwłaszcza politycznej walce na szczeblu najwyższym, dodałbym że również ekonomicznej walce, jak i w grze w szachy, liczy się wolna wola. Rzecz jasna bez rozumu, mówią tu już od siebie, który poznaje prawo naturalne, jak i zasady pola walki, wola nie jest wolna, jest ślepa, złapana w pułapkę i zniewolona. Nie wchodzę tu w szczegóły matematyczne, logiczne, astrologiczne i ezoteryczne, o których mowa w tym tekście. Zwracam jedynie uwagę na ciekawe stwierdzenie, mianowicie, że mądrzy ludzie nie grają w szachy, co tłumaczę sobie, mniej dosłownie, mianowicie, że nie przenoszą ich reguł w swoje życie, ponieważ wiedzą, że wchodząc na szachownicę, a raczej przenosząc jej analogię w swój świat, przyjmując jej reguły są już na starcie przegrani. Jedynym zwycięzcą w szachach, a to już jest niemal dosłownie wzięte z tego tekstu, jest właściciel szachownicy i jej reguł.
Moja parafraza rzecz jasna nie jest wierna wobec owego tekstu. Wierna być nie musi. Wydobywa bowiem z niego pewną zasadę, którą potwierdza Lewis Caroll w „Alicji w krainie czarów”, w scenie opisanej na początku mojego tekstu. Potwierdza, to że nie można utożsamić się z żadną figurą na szachownicy, nawet królową czy królem, ponieważ oznacza to ujęcie w pułapkę, odebranie światła poznania, zwłaszcza osądu moralnego, i skrępowanie wolności. Wygrywa tylko ten, kto włada figurami i przemieszcza je. Dlatego właśnie Alicja, choćby biegła nie wiadomo jak szybko, nie posunie się o krok. Konsumując meksykańskie, czy jakie tam, grzybki straciła wolną wolę. Ponieważ Lewis Caroll i Alicja są poddanymi korony brytyjskiej, po części również poddanymi City, niestety muszą czekać na niewidzialną rękę tajnej władzy, by doznać jakiego awansu. No chyba że ...
No to powiecie, mili państwo, że to tajni władcy są właścicielami polito-ekonomicznej szachownicy i jej reguł. Bez wątpienia. Ale oni jednak utożsamili się z figurami króla i królowej. Stworzyli swoją szachownicę, jej reguły i uwierzyli, że to jest właśnie prawo naturalne ustanowione przez wielkiego zegarmistrza świata. Niestety pomylili się, dlatego spadli o szczebel niżej. Mimo, iż wiele mogą, nie są wszechmocni. Wszak żaden czlowiek wszechmocnym być nie może, bo choćby nie wiem jak się natężył i ile połknął tomiszczy nawet samego tomizmu, to jednak zawsze pozostanie w jakimś tam wymiarze zawsze pozostanie bezradnym dzieckiem. Tak, prawo naturalne mówi o władzy, ale o świętej władzy, której nadnaturalnym wzorem jest Król odwieczny. Mimo iż jest on niewidzialny dla zmysłów, prawo przez niego ustanowione nie dopuszcza tzw. tajnej władzy, bo prawo naturalne odzwerciedla prawo odwieczne, a to jest po prostu Jego własną naturą. Tajni władcy nie są w stanie stworzyć od nowa natury naszej rzeczywistości, ani tym bardziej natury faktycznego Władcy i Stwórcy świata realnego. Wydaje się im, że wmawiając Stwórcy, Bytowi Absolutnemy i nadnaturalnemu, iż zamknięty jest w świecie naturalnym, że przez tę prymitywną sztuczkę w postaci kablistycznego mitu o duecie boskim żeńsko-męskim, czy w postaci koncepcji wielkiego zegarmistrza, zdobyli nad nim władzę, i mogą się wygodnie ustawiać w rozgrywce między Królem wszechświata a uzurpatorem. Pomyłka.
W owym tekście o szachach znaleźć można fragmenty, które mówią o symbolice wyższości elity władzy, a zatem tajnej władzy nad plebsem, m.in. plebsem katolickim, pospólstwem wierzącym w Kościół. Błąd teologiczny popełniony przez tajną władzę, mówiąc dokładniej jej ciemniactwo, w istocie odwraca tę relację. Fakt, tajna władza może wysłać katolicki plebs do niemieckiego obozu koncentracyjnego albo do rosyjskiej psychuszki względnie gułagu, albo na holenderski zmywak. Może pozbawić go naturalnej reprezentacji, np. w postaci ziemiaństwa, własnego bankierstwa lub właścicieli zakładów pracy. Ale mimo grożącemu katolickiemu plebsowi rabunkowi i zagładzie, to on jest wolny i to on znajduje się na polu prawa naturalnego, które nie zniewala. Poddaje się bowiem władzy ostatecznego Właściciela wszelkich szachownic, tych do gier i tych metaforycznych stanowiących rzeczywistą, hierarchiczną, bytową rzeczywistość.
Tak, my plebs katolicki musimy nieźle się zmużdżać, żeby przetrwać, zapewnić bezpieczeństwo swoim bliskim, i odczytać odpowiedź na pytanie: „Quo vadis, Domine?”. Wyrycie na pamięć dekalogu jeszcze tej odpowiedzie nie gwarantuje. Ale jednak mimo bólu głowy, czasem nawet serca, pobijanych żeber, dziur w portfelu, i zerwanych więzi rodzinnych, np. przez emigrację za pracą, wszystko jest w zasięgu naszych rąk. Ręce nasze muszą się sparzyć, ale Król odwieczny w końcu poda to, co jest potrzebne. Nikomu nie odmawia. Dar jednak musi ominąć przewrotnych tajnych pośredników. Król też musi wykonać slalom.
Awans i promocja jest możliwa tylko w świecie realnym, w którym nadnatura przenika naturę. Szachowa iluzja przeniesiona w świat niby realny jest pułapką. W świecie iluzorycznym nie ma żadnego awansu ani promocji, bo nie sposób w nim dostrzec królewskiego gestu, który otwiera nową drogę, wyższy poziom, faktyczne dobro, nową szansę.
Pozostaje tylko ten slalom. Ale od czego jest Brzytwa Coryllusa? To ona, lepiej lub nawet gorzej zastosowana, pozwoli zrozumieć ową konkurencję, jej zmienne, proteuszowe zasady i dojrzeć przelot między słupkami, gdzie trzeba w tym akurat momencie zainwestować wszystkie swoje aktywa. No może nie koniecznie wszystkie, powiedzmy trzy czwarte albo połowę.
Powie ktoś: ale szachownica ma pola czarne i białe. Czy to znaczy że białe to są dobre pola, a czarne złe? Tego niestety tekst o szachach nie tłumaczy. Trzeba by się nad tym zastanowić. Ale już w następnym odcinku.
Teraz zaś chciałem dla pokrzepienia serc podać tu link do ciekawego śpiewanego komentarza do kwestii szachownicy, do piosenki Jacka Kowalskiego "Wczele Czyli Legenda Zagłobitów", gdzie szachownica odgrywa niepoślednią rolę, ale nie ma tego nagraniu w sieciu. Warto ją odnaleźć w nagraniu z jakiegoś koncertu Korabity, rozstrzyga ona bowiem w sposób defenitywny kwestię wolności osoby względem reguł szachowych.
Teraz mogę polecić jako komentarz te dwie piosenki: https://www.youtube.com/watch?v=X8HoKn08fZw&list=PL3ZRYqHc4QnklHCZyi42RtdSG8ubSGexl&index=26
Co w wilię Wszystkich Świętych A. D. 2017 własnoręcznie spisałem - Magazynier

czwartek, 26 października 2017

Widziałem śmierć Uniwersytetu – pamiętajmy o nim w dzień zaduszny, w 600-tną rocznicę jego śmierci

Zobaczyłem ją w cichej zgodzie teologów akademickich z pewnej uczelni na otwarcie podyplomowych studiów genderowych. A potem w ich niechęci wobec ks. Oko. Powinienem był zakryć twarz. Nie zakryłem. Owionął mnie chłód grobu. Jeden z najnowszych objawów tej śmierci. I tak ze mną pozostał. Potem była akcja środowisku KUL-u, wiem to na pewno że nie całego, skierowana przeciw Ks. Guzowi. Staram się ich usprawiedliwić, owych teologów i wykładowców katolickich, bo to jest kwestia pieniędzy dla uczelni w tym finansowania instytutu teologicznego. Nie ma dziś innego sponsora jak tylko państwo i administracja unijna, no i może jeszcze korporacje, które mają jakiś interes do Kościoła. My zwykli katolicy jesteśmy za biedni, żeby utrzymać kościelne instytucje edukacyjne.
Ale wrażenie agonii jest. Bo skoro do takich kompromisów zdolni są Księża zatrudnieni na uczelniach, nawet zdawałoby się niezależnych jak KUL, skoro niektórzy wykładowcy z UKSW potrafią mówić publicznie o katolickiej rozgłośni i telewizji jako o problemie dla Kościoła, skoro zatrudnienie akademickie wiąże się z jakąś presją, mentalną i ekonomiczną, której przynajmniej niektórzy z nich nie potrafią się przeciwstawić, to znaczy, że słudzy Kościoła, powiedzmy niektórzy słudzy Kościoła, z łona którego Uniwersytet wyszedł, nie są w stanie obronić jego misji, misji Uniwersytetu, misji tworzenie i odradzania szerokiej wspólnoty skierowanej ku prawdzie i sprawiedliwemu bytowaniu ludzi dających posłuch tej prawdzie. Skoro wielu teologów akademickich, niezależnie od proporcji zbyt wielu, nawet jeśli to mniejszość, nie znajduje w sobie punktu oporu wobec kompromisu z programami zmierzającymi do wykluczenia wierzących w Chrystusa z życia publicznego, tym bardziej nie znajdą ich w sobie niewierzący pracownicy akademiccy, tym bardziej będą przyjmowali propagandę anty-kościelną.
Zmierzam tu do określenia mojej postawy wobec reformy szkolnictwa wyższego A. D. 2017 i wobec protestów przeciw niej. Jedno i drugie jest dla mnie czymś nieadekwatnym. Adekwatne są co najwyżej szczegółowe przepisy regulujące szczegółowe relacje związane z erygowaniem szkół wyższych, zarządzaniem nimi, tytułami naukowymi, stypendiami, itd.
Czemu te próby uzdrowienie tzw. uniwersytetu uważam, jak najbezczelniej, za nieadekwatne? Ponieważ szkolnictwo wyższe, o którym dyskutujemy w Polsce w związku z tzw. reformą „uniwersytetu”, to nie jest Uniwersytet. Uniwersytet jest Uniwersytetem tylko gdy jego inspiratorem, sponsorem i cenzorem jest Kościół. Są oczywiście takie Uniwersytety w świecie, ale w Polsce dziś jest tylko jeden toruńska Wyższa Szkoła Kultury Społecznej i Medialnej, stworzona przez Redemptorystów, no i kilka redut mężnie trzymających się na uczelniach państwowych i tzw. uczelniach katolickich. Dzisiaj wygląda na to, że w Polsce, tylko nieliczni duchowni i świeccy są w stanie intelektualnie podźwignąć misję Uniwersytetu. Finansowo zaś nikt. Jest jakiś podobno uniwersytet w Stanach sponsorowany przez bogatego przedsiębiorcę wyznania katolickiego. Nie wiem, jak tam w świecie, bo przecież są Uniwersytetu rzymskie, Gregoriański, Ambrozjański i jeszcze kilka, są Uniwersytety sponsorowane przez Kongregację ds. Edukacji Katolickiej.  Moje przeczucie mówi zarazem, że 90% katolików na świecie jest po prostu odarta z możliwości dorobienia się konkretnych, milionowych zysków i skapitalizowania ich na cel inwestycji np. edukacyjnych i uniwersyteckich.
„Uniwersytety” świeckie-państwowe i prywatne-świeckie nazwę tę, Uniwersytet, przywłaszczyły sobie, ukradły ją od Kościoła, a wraz z tym przywłaszczeniem uzurpują sobie pretensję do władzy duchowej, należnej tylko i wyłącznie religijnej, zhierarchizowanej wspólnocie o charakterze uniwersalnym, głoszącej nauczanie o charakterze uniwersalnym, wspólnocie w dużej mierze bezinteresownej, zainteresowanej przede wszystkim realizacją swej misji, misją służby w ramach Mistycznego Ciała Chrystusa. Bo ten, kto tworzy Uniwersytet, ma jakoby kompetencje do tego, czyli autorytet, moralny i intelektualny. A zatem stanowi świętą władzę, która posiada sankcję religijną, zbawczą.
Protest wobec gowinowskiej reformy szkolnictwa wyższego artykułuje tzw. Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej, ustami swego reprezentanta dr Aleksandra Temkina, filozofa, członka Narodowej Rady Rozwoju przy urzędzie prezydenta Rzeczypospolitej Polski, który określa ją jako maskaradę i brudny deal Gowina z establishmentem i rektorami”. https://wpolityce.pl/polityka/363135-nasz-wywiad-aleksander-temkin-przygotowana-reforma-szkolnictwa-wyzszego-to-maskarada-i-brudny-deal-gowina-z-establishmentem-i-rektorami
Mówi pan Temkin: Konsultacje Ustawy 2.0. przypominały ustawkę: odrzucono, pod nieprzekonującym pretekstem formalnym, projekt zespołu prof. Piotra Steca (z Uniw. Opolskiego). Minister Gowin twierdzi, że jego projekt popiera całe środowisko. Tymczasem krytykują je nie tylko szef klubu PiS, prof. Ryszard Terlecki, ale tak różne środowiska jak NSZZ “Solidarność” UW, Pracodawcy RP, Kongres Ruchów Miejskich czy Polskie Towarzystwo Socjologiczne. „Środowisko naukowe”, na które powołuje się minister Gowin, to przede wszystkim dobrze umoszczone w dotychczasowym systemie uniwersyteckim grupy interesu. Reforma przedstawiana jest jako wielka rewolucja, tymczasem widzimy, kto za nią stoi. I kto będzie głównym beneficjentem jej zapisów. Chodzi mu o „Oligarchię, która doprowadziła polską naukę do godnego pożałowania stanu, w którym dziś się znajdujemy. Mam na myśli towarzystwo rektorów, którzy teraz przebierają się w nowe szaty i udają nowe twarze.”
Przejrzałem tę ustawę, z pewnością zbyt pobieżnie, i nie dostrzegłem tam niczego, co byłoby sankcją dla absolutnej władzy rektorów. Niech mnie pan Aleksander poprawi i wskaże mi te niebezpieczne punkty owego dealu. Gotów jestem uznać jego racje, bo naprawdę nie miałem zbyt wiele czasu na przestudiowanie nowej ustawy: http://www.znpul.pl/wgrane_pliki/projekt-ustawy-prawo-o-szkolnictwie-wyzszym-i-nauce-16.09.2017.pdf
To prawda, że szkolnictwo wyższe w Polsce jest zdominowane przez największe uniwersytetu, które zgarniają największe dotacje państwowe. Przez te 27 lat od umowy okrągłostołowej polska akademia, czyli cech wykładowców i pisarzy akademickich, jak również badaczy ścisłowców, przyrodników i inżynierów, jak i inne cechy elitarne, związane ze sprawowaniem władzy i dzieleniem kasy, stał się krok po kroku zawodem zamkniętym, tak jak cech prawniczy.
W Centralnej Komisji nadającej tytuły akademickie jest podobno jakiś profesor marksista, który zajmuje się systematycznym i konsekwentnym utrącaniem wszelkich karier uniwersyteckich na bazie teologii czy filozofii chrześcijańskiej. Bez namysłu, jak automat zawsze głosuje w takich przypadkach na nie.
Tzw. „uniwersytet” w Polsce jest konglomeratem niejawnych, lub nie całkiem niejawnych klik, klanów, układów. Do nich należy również tzw. Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej. Reprezentuje on środowisko pseudouniwersyteckie, pseudouniwersytetem są albowiem uczelnie państwowe, które z innych pobudek działa niemal identycznie jak wyżej wspomniany profesor. Z pewnością, bo znam kilku przynajmniej jego sympatyków, są tam dziewczyny i chłopaki poczciwe, pracowite, którym jednak przydażył się pech - wpadli w objęcia tzw. świeckiego humanizmu, niby-etyki przypominającej w swej elastyczności i niespójności gumę do rzucia, a także w objęcia tej sitwy. Być może znajdą się w tym  środowisku chrześcijańscy personaliści lub pisarze wskazujący na głęboki chrześcijański humanizm poezji Norwida, Słowackiego, Herberta i św. Karola Wojtyły. Ale zaryzykuję tezę, że wolno im tylko powtarzać frazesy typu św. Jan Paweł II wielkim humanistą był, bo wielkim humanistą jest, ale ... nieco zacofanym, taki uparty dziadek z Watykanu. Nie wolno im sięgnąć dalej, np. do filozofii O. Mieczysław Krąpca OP, czyli do szkoły polskiego tomizmu, czy nawet to myślicieli francuskiego odrodzenia tomistycznego, takich jak Etienne Gilson. Dlaczego? Ponieważ O. Krąpiec popełnił niewybaczalny błąd. Zaangażował się w katolicko-nacjonalistyczny fundamentalizm Radia Maryja. Zamiast elegancko podeprzeć gazowniany Tygodnik Powszechny. Upolitycznił się. No a co? Tygodnik nie jest upoliticzniony? I to jeszcze od czasów komuny?
Niech ręka bosko-humanistyczna broni każdego, kto zamiast rozpływać się w „myśleniu z głębi metafory” zacznie rozkminiać poezję przy użyciu scholastycznej teorii analogii bytowej i metaforycznej, albo każdego, kto zechce udowadniać, że św. Wojtyła filozof tak naprawdę sięgnął po fenomenologię Husserla i Ingardena (np. w Osobie i czynie) nie po to, by powielać peany na ich cześć, ale po to by obrócić ją w puch i pył, by sprawdzić skuteczność koncepcji św. Tomasza z Akwinu. No i sprawdził. Trzeba się tylko w nią wczytać.
O co tu chodzi? O propagandę. O to by propagandę złą, propagandę nielogicznych, niespójnych zasad humanistycznych pseudo-etycznych, w zasadzie bardzo „gumowych”, rozciągliwych i naciągliwych, dających dużą swobodę artystycznym, politycznym i grabieżczym wybrykom, ubrać w aurę i majestat uniwersalizmu, czyli dobrej propagandy, czyli teologii i etyki, i praktyki zarządzania dobrami materialnymi, zakorzenionej w spójnej interpretacji Pisma Świętego, spójnej, bo podtrzymywanej i doskonalonej przez pisarzy kościelnych, o zgrozo, katolickich, w wielkim trudzie przez 2 milenia, często z narażeniem zdrowia i życia, przez pisarzy kapłanów, zakonników i świeckich. Chodzi o to, by poczciwym i pracowitym wyznawcom humanizmu świeckiego i wszelkich najhumanistyczniejszych komitetów nie przyszło do głowy poddawać krytycznemu osądowi, choćby dla zwykłej gimnasytki umysłowej, "autentycznych autorytetów" "autentycznej demokracji". Bo przecież wiadomo że scholastyka to martwa litera zasuszonych "martwych białych mężczyzn", "faszystów", zaś jasna strona mocy, wyklucza ciemną stronę mocy, i jeśli nie podoba się komuś jasna strona mocy, to już nie ma dla niego nadziei i musi zostać spuszczony z wodą albo jakąś taką ciemną cieczą w głąb "tartaru", jest albowiem skazany na tą "bezlitosną", "obesesyjną", "nieznośnie sztywną", "starczą" moralność katolicką i ten kult świętych dla "niegrzecznych dzieci". Dodam tylko, że wg niektórych podań obowiązujących po jasnej stronie mocy  katolicka etyka i teologia jest jednak dla "eunuchów", bo tylko oni idą do raju. Ale eunuch to też mężczyzna, którego uczyniono niezdolnym do poczęcia. Poza tym eunuchy podobno świetnie się biją.
Na te zabobony nie ma lekarstwa, bo w istocie świecki humanizm to religia, obłędna, heretycka, ale religia, która wierzy tylko w swoje "autentycznie demokratyczne autorytety", bo strach pomyśleć, co by było gdyby zanegować te "autorytety", podawane światłym i inteligentym do wierzenia, wraz z produkowanymi przez nich dźwiękami i literakami. Dlatego śmiem twierdzić, że oskarżenia pana Temkina są nieco na wyrost. Jest w nich jakaś doza realizmu, bo pracownicy polskich uczelni doskonale zdają sobie sprawę z gęstości owych peerelowskich układów, ale jak mi się zdaje, choć mogę się mylić, sama ustawa jest oczyszczona z wszelkich podejrzanych sformułowań. 
I jeszcze dodam, że ja też bym wolał przynajmniej zapoznać się z projektem prof. Steca i wyrazić swoją preferencję dla jego lub gowinowskiego projektu. A państwo?
Ciąg dalszy nastąpi.
P.S. 1. Był też taki hapenning na Uniwersytecie Gadńskim, śmierć uniwersytetu, zorganizowany przez tenże Komitet Kryzysowy Humanistyki, ale mi jak widać nie o to znaczenie śmierci Uniwersytety chodzi.





niedziela, 15 października 2017

Od Botoksu do Pittbulla i nazad. Zbierajmy materiały na proces beatyfikacyjny Patryka Vegi Krzemienieckiego.

W zamierzchłych czasach zimy tego roku, ponad 10 miesięcy temu zdecydowałem, że zacznę pisać na blogu (na dwu blogach, blogspocie i salonie24). Moim trzecim z kolei tekstem debiutanckim (z 13 stycznia br.) był wredny, jak sto zmutowanych szczurów, tekst na temat filmu pana Krzemienieckiego vel Vegi Pittbull. Nowe porządki: Czy Patryk Wega Krzemieniecki zabił Daniela z Ełku? Obejrzałem tą miernotę, bo chciałem, że tak powiem na swoje usprawiedliwienie, być na bieżąco. Ale zaraz odechciało mi się tej bieżączki, po obejrzeniu Pittbulla. By uczcić premierę Botoksu (Jeszcze nowszych porządków), przedstawiam państwu obszerny fragment tego tekstu.
Pomijam tu fragment dotyczący tragicznej śmierci młodego człowieka z Ełku z ręki nożwonika zatrudnionego w ełckim Prince Kebabie, sprawie która wygląda, jakby miała "10 den" (1 dno, 10 den). Wykreśliłem też fragmenty dotyczące artykułu Art 196 KK dotyczącego "ochrony uczuć religijnych", żeby nie powtarzać się i przez szacunek dla swoich nerwów. Wystarczy nam tego absurdu kinowego. Jeśli będziecie państwo nalegali, wkleję je w dyskusji.
Do powrotu do mojego tekstu zainspirował mnie pan Osiejuk swoim wczorajszym tekstem: http://krzysztof-osiejuk.szkolanawigatorow.pl/czy-patryk-vega-zaatwi-nam-u-pana-bogaa-sukces-dobrej-zmiany. W zasadzie to od niego dowiedziałem się, że premiera Botoksu odbyło się dopiero co. Już po samym Pittbulluwiedziałem, że kolejnych filmów pana Patryka nie obejrzę. Trailery, które zlustrowałem pod wpływem ich recenzji autorstwa tegoż samego pana Osiejuka, utwierdziły mnie. Nie tylko z powodu braku tam jakichś nowości w twórczości pana Krzemienieckiego, ale przede wszystkim z racji tego strumienia patolo-rynsztoku. Przytaczam tu fragment mojej recenzji Pittbulla, a nie recenzji Botoksu, bo one prawdopodobnie różnią się tylko jednym szczegółem, o którym w konkluzji. Prawdopodobnie, bo nie zamierzam tego sprawdzać naocznie.
Oto mój tekst: 
Obejrzałem niedawno Pitbulla. Nowe Porządki. Po części z nadzieją, że będę miał o czym pisać. Nie zawiodłem się. Jak państwo wiecie, zaczyna się prawie jak u mistrza Alfreda H. Z tym, że najpierw jest nie trzęsienie ziemi, tylko trzęsawka. Dokładniej trzęsawka dwu obnażonych ciał, kobiecego i męskiego, spółkujących ze sobą. Czyli orgazm. Ale taki, że … ech … drżyjcie narody. (Nie wiem jak się zaczyna Botoks i wiedzieć nie chcę.)
Jak najskromniej spuściłem wzrok, przesłoniłem ekran dłonią. Ale to, co zobaczyłem, wystarczyło. Wystarczyło bym poczuł to coś z razu nieokreślonego, co potem kojarzyło mi się z zawstydzeniem, a właściwe było odczuciem mdłości. Mam taką ambicję by być nie tylko staromodnym ale i wyrozumiałym, dlatego długo nie chciałem się do tego przyznać przed sobą samym. Ale ten problem rezerwuję tylko dla siebie.
Zatem Pitbull 2 zaczyna się „niemal” jak u Hitchcocka, na tym jednak podobieństwa kończą, bo zamiast lepiej, dalej jest już tylko gorzej. Dzień po obejrzeniu Pitbulla 2 zadałem sobie pytanie, który z holiłudzkich filmów, albo angielskich, a nawet szwedzkich, a nawet jugosłowiańskich, zaczyna się od takiego pornosa. Emmanuel, powiecie. Nie wiem, nie oglądałem, być może. Nie jestem koneserem kina. Być może państwo mnie poprawicie, ale nie przypominam sobie żadnego. Jest taki film z Melem Gibsonem, gdzie, jak relacjonują podglądający go policjanci, uprawia on sex z panią swego serca przez cztery godziny. Jest nawet niedyskretny rzut oka przez lornetę na miłosną parę, ale są tam jakieś zasłony. W innym filmie O czym myślą kobiety, owszem, jest nawet uniesienie erotyczne, ale nie ma tam ani takiej „krowa na rowie” golizny, przepraszam, „kawa na ławę” golizny ani takiej trzęsawy jak w Pitbullu.
Czemuż, ach czemuż? Zachodzę w głowę. Zachodzę i wychodzę, aż mnie ta głowa zaczyna bloleć. (...) Państwo, którzyście zmarnowali te parę gdzin na wszystkie trzy, a choćby i te 133 minuty na Pitbulla 2, wiecie jak wygląda tam ów „strumień świadomości”, to znaczy strumień pomyj.
Choćby ten fragment, kiedy kolejna kochanka Miami’a wyznaje mu miłość, licytując ofertę tej poprzedniej kobiety, chyba tej, z którą spółkował on na początku filmu, obietnicą plasterków ogórka dodawanych codziennie do kanapki. Bohater wymięka. Jego serce zostaje podbite za pomocą plasterków ogórka. Chciałbym, żeby to było śmieszne. Niestety, Miami wyraża to za pomocą znanego wulgaryzmu zaczynającego się na literę k, który w slangu, oznacza kobietę rozwiązłą, nadto spełnia często funkcję znaku przestankowego lub przerywnika, pauzy do namysłu.
Najważniejszy jednak moment w tym nurcie rynsztoka, moment kulminacyjny, moment najwyższego najpięcia, po którym atmosfera stopniowo opada, następuje kiedy, młody gangster Zupa (Krzysztof Czeczot), wódz gangu mokotowskiego zostaje aresztowany. Ogląda właśnie sobie spokojnie pornosa, widocznego wyraźnie bez przesłon na dużym telewizyjnym ekranie (drugi już orgazm w tym filmie), tymczasem policja pod wodzą Miami’a szturmuje drzwi do jego pokoju. Drzwi stawiają opór. Policjanci wołają do niego przez drzwi by się od nich odsunął i położył się z rękami na głowie. Wszystko realistycznie i prawidłowo. Zupa leży, czeka aż oni rozwalą te drzwi i cichutko nuci sobie ni mniej ni więcej tylko pieśń religijną, pogrzebową, „Przybądźcie z nieba” znaną również jako „Anielski orszak”. Właśnie to, nic innego. Spokojna liryczna melodia, jak i treść pieśni stanowią właściwy kontrast do dramatyzmu chwili. To z nerwów i ze strachu, powie nam pan Wega Krzemieniecki. Nic innego nie może śpiewać. Jakże przenikliwy psychologizm socjologa filmowego i razem reżysera, kandydata na Oscara.
Czemuż, ach czemuż, zpyta leśny dziadek? Czemu nie nuci ten Zupa „Stairway to heaven” albo „Freedom”, albo „Cygańskiej rapsodii” albo coś z diskopolo? Przecież diskopolo to jest naturalna muzyka jego środowiska. A bo to nie tak prosto, odpowie nasz pretendent do Oscara. Przynależność do grupy społecznej nie jest tak jednoznaczna. Jego rodzice są przeciętnymi warszawskimi mieszczanami. Ja się znam na tym, mam dyplom z socjologii. Aha, zmiesza się elokwentny, choć niezbyt domyślny, dziadek: Znakiem tego oni są katolami. Pan to powiedział, wzruszy ramionami Krzemieniecki reżyser. Katoliccy mieszczanie, poza tym, nie słuchają ani Led Zeppelin ani Mercury’ego. Aha, zmiesza się znowu starszy pan, to takie są owoce kato-dulszczyzny. Mieszczaństwo katolickie wychowuje swoich synów na gangsterów, erotomanów i homoseksualistów – bo w podtekście scenariusza Zupa ma jakiś problem ze swoją tożsamością płciową, jest na jej punkcie przewrażliwiony, ogląda pornosy, żeby potwierdzić swoją męskość. Krzemienicki socjolog skromnie spuści oczęta, błyśnie łysiną, zamruga powiekami i cicho szepnie: Pan to powiedział, nie ja. (...) 
Dlatego ludzi wierzących należy właśnie potraktować jak drażliwych dziwaków. Można sobie robić jaja z tzw. wartości religijnych, ale trzeba rzucić im jakiegoś ochłapa, jakąś protezę prawnej ochrony, bo się dziadki i babcie wściekną i jeszcze coś gorszego wymyślą. Inkwizycję albo co? (...)
Katoli trzeba tępić jak wszy, sugeruje Wega Krzemieniecki, bo zatruwają tylko atmosferę i psują smak życia. To jest głos bestialstwa! Powtórzę dla lepszej słyszalności, to jest zakamuflowane bestialstwo, zawoalowane pozorami realizmu psycho i socjologicznego. To jest patologia. (...)
I jeszcze jedno. Czemu Pitbull 2 jest taki paskudny? Nie tylko przez ten dęty seks i ten rynsztok. Również przez tą kretyńską, obleśną kompozycję długiego nosa i czarnej brody Miami’a z jego irokezem ala De Niro z Taksówkarza. Nie ma szans. Pan Krzemieniecki Oscara nie dostanie. Z resztą nie za to mu płacą. Wszak jest on socjologiem. Jego działka to formatowanie tubylców tak by nie wychylili się ponad poziom grupy niewolniczej.
Jaka jest różnica między Pittbullem 2 a Botoksem, której nie zamierzam sprawdzać? Ano taka, że znane mi trailery nie pokozują sceny analogicznej do tej z bandziorem Zupą wychowanym jakoby w katolicko-mieszczańskiej rodzinie. Być może dlatego, że miejsce Zupy zajęła cała służba zdrowia, ale to nie jest do końca jasne. Brak czytelności tej "poetyckiej metafory" w Botoksie , doprowadził być może właśnie do tych religijnych wyznań pana Patryka. Może być też inaczej, może rzeczywiście miał on wypadek i przestraszył się, że Bóg chce dobrać się mu do skóry i zaczął mu stawiać ową przysłowiową świeczkę. Niestety jego "ogarek" przeznaczony bynajmniej nie dla Boga wciąż się świeci. Inaczej być nie może. Pan Patryk podpisał już cyrografy z instancjami bardzo poważnymi. Tu szczegóły: http://natemat.pl/201841,odsuneli-go-od-pitbulla-ale-vega-nie-sklada-broni-szykuje-mocniejsze-produkcje-bez-cenzury-i-komprompisow .
Z tego wywiadu dowiadujemy się, że będzie on kręcił filmy, gdzie aktorzy będą mówić po angielsku. Domyślać się nam wolno, że będą mówili o tym jakimi patologicznymi szmatami są Polacy, zwłaszcza katole, i w taki sposób ich pokazywali. Zapewne po to, by odwrócić uwagę społeczności globalnej od nieubłaganych statystyk, ujawnionych nam przez znakomitego Deszcznocity, według których, jako pijacy, Polacy są daleko w tyle za Anglikami (23 półlitry polskie na 73 półlitry angielskich, w rachunku tygodniowym). 
Kontynuacja owej łopatologii patolo-propagnadowej, jest poważnym zamówieniem i pan Patryk nie jest w stanie z tego się wykręcić. No chyba, że zdecyduje się na długotrwały proces o wielką kasę zakończony swoją porażką i ostatecznym pobytem w szpitalu, nawet psychiatrycznym.
W końcu przychodzi mi jeszcze inna wredna myśl, że mianowicie, sam pan Patryk zdecydował się zastąpić Zupę udzielając owego "religijnego" wywiadu i stając się, jak to określił pan Osiejuk, twarzą "dobrej zmiany". Jeśli mam rację, albo jeśli tylko po części, bo raczej pan Patryk sam by na to nie wpadł, nie jest to pomysł oryginalny ani subtelny. Albowiem zabieg ten jest podobny do tego, co uczynił sam Heinrich Luitpold Himmler, niemiecki zbrodniarz, Reichsführer-SS, głowa satanistycznej sekty zwanej SS (Die Schutzstaffel der NSDAP), który na swoją obronę, gdy już usłyszał wyrok, miał rzec, iż chodziło tylko o "obronę Kościoła Katolickiego" (sic! Dlatego zapewne był współautorem masakry dziesiątków tysięcy kapłanów, zakonnic i zakonników katolickich).
Jest jakieś podobieństwo między religijnym coming-outem pana Krzemienieckiego a próbą skompromitowania Kościoła przez Himmlera, rzucenia na niego podejrzenia o współpracę ze zbrodniarzami. Ale i razem prymitywizm podróbki, najprawdopodobniej niezamierzonej, w typowym dla pana Patryka stylu chałtury do wynajęcia, jego własny podpis, podpis faceta bez charakteru.

środa, 11 października 2017

Brzytwa Coryllusa. Czyli jak biec albo nie biec jeszcze szybciej? Cz. IV.

Część IV, ponieważ jest to kontynuacja moich rozważań, które zamieściłem wcześniej na blogspocie. Oto ich podtytuły, bo tytuł główny to „Jak biec jeszcze szybciej?”, co jest aluzją do znanej sceny z „Alicji w krainie czarów”: „Czy pan Andrzej Rzepliński zostanie Wiedźminem?”, „Teoria niespiskowa, najwyżej tylko trochę ...”, „Fatima i św. Andrzej Bobola”.
Ale przede wszystkim, co to jest brzytwa Coryllusa?
Czytelnikom jego blogu nie trzeba chyba wyjaśniać. Błyska przed oczyma naszego umysłu niemal codziennie, tak jak w dzisiejszym tekście, w którym to pan Maciej „Szpic Bródka” Świrski został ogłoszony możliwym następcą Jarosława Kaczyńskiego. Nie chodzi o to, że tak się faktycznie stanie, ale o to, że przykładając tzw. „brzytwę Ockhama” do fałszywych wyobrażeń o życiu publicznym i władzy, czyli do tzw. polityki, wycinając w pień na tym polu byty fikcyjne, płonne nadzieje i pobożne życzenia, otrzymujemy możliwy wynik rozgrywek politycznych a nade wszystko faktyczne zależności w nich obecne, czyli „brzytwę Coryllusa”. To chyba wystarczy jako wyjaśnienie.
Ale niech mi wolno będzie jeszcze przypomnieć, że rąbnęła nas ona w sam środek myśli w niedawnym bardzo ważnym tekście Coryllusa „Niepodległość jako funkcja dystrybucji”, (https://coryllus.pl/niepodleglosc-jako-funkcja-dystrybucji/), gdzie zobaczyliśmy przerażającą analogię między handlem słowiańskimi niewolnikami w księstwie pierwszych przedmieszkowych Piastów, i nawet w księstwie samego Mieszka I, a masową emigracją zarobkową Polaków w wieku 20 i 21. I jeszcze tenfragment: „realizm polityczny w praktyce polega na tym, że dla oceny sytuacji stosujemy nie swoją ale obcą perspektywę rozwoju wypadków. Dla nas najlepiej byłoby gdybyśmy swoją sytuację oceniali poprzez pryzmat polityki brytyjskiej. Jest to dobra szkoła, stara i nie znająca wahań. Polscy politycy, czują się jednak więźniami obszaru położonego pomiędzy Niemcami a Rosją i nic ponad konsekwencje tego faktu się dla nich nie liczy.” (https://coryllus.pl/media-masa-memlanie/).
Dlatego poczułem się zachęcony by zmodyfikować nieco tytuł główny tego cyklu jako „Jak biec albo nie biec jeszcze szybciej?”.
Onegdaj syntezę owej „brzytwy” dotyczącą nieco innego pola, ale pokrewnego, skompilował Shork:
1. Każde wydarzenie ma swoją przyczynę i ma swojego płatnika.
2. Nie istnieją artyści jednocześnie niezależni i znani.
3. Najwięcej zarabia się na rzeczach najtańszych i dla monopolu nad rynkiem tychże finansuje się upadek nawet całych państw
4. Nauczanie ekonomii istnieje tylko w celu oszukiwania i tworzenia armii idiotów
5. Trwa odwieczna wojna miasta z wsią (czyli gospodarki opartej na bezwartościowym pieniądzu i gospodarki opartej na własności)
6. Podręczniki piszą propagandyści
7. Jednostka ludzka ma dużo większe znaczenie niż może się wydawać.
8. Państwo powinno posiadać doktrynę
9. Symbole są bardzo ważne.
Komentator-bloger Tytus dodał 10 punkt:
10. Ważniejsza jest kontrola nad kanałem dystrybucji niż sama produkcja.
To dla uzupełnienia i przypomnienia, i większego zagmatwania sprawy.
Z niedawnego tekstu pana Maciejewskiego o Cyranie de Bergerac zgaduję, że wolałby byśmy tę „brzytwę” nazywali „szpadą Coryllusa”. No dobrze, niech mu będzie, „maczeta Coryllusa”. Co z tego wynika? Mianowicie to, że ma on prawo autorskie do „szpady (maczety) Coryllusa”, prawo wyłączności, ale jakimś dziwnym trafem, zrządzeniem Opatrzności, „szpada/maczeta Coryllusa” stała się własnością publiczną, więcej nawet dobrem wspólnym wszystkich czytelników jego bloga i publikacji, potencjalnie własnością dużej liczby Polaków. Na razie jest zamiatana pod dywan, ale za parę dekad jacyś potomkowie Mendelsona mogą toczyć zacięte boje o prawa autorskie, czyli wyłączność publikacji tekstów pana Maciejewskiego.
Jak tam będzie, trudno zgadywać. Ale już teraz widzimy, że jest to narzędzie, a zachowuje się jak wirus. Wcześniej, całkiem niezależnie podobnym „rapierem” posługiwał się Toyah, podobną „szablą” Pink Panthera. Chodzi tu o dociekliwość w badaniu publicznej teraźniejszości i przeszłości. I to się rozszerza, staje pandemią. Nie chodzi tu o tworzenie jakiejś, nie daj Boże, kultowej akademii corylluso-toyaho-pinkpanterowej, ale raczej o własną ciesiółkę, o dzieło, o którym niedawno pisał Coryullus, które zresztą widzimy na portalu Szkoła Nawigatorów w wykonaniu różnych autorów.


No i co z tego? Ano coś. Właśnie coś. O czym w kolejnym odcinku, nie V, ale raczej VI. Bo V przebiera nogami i nie może się już doczekać
Na razie tyle, bo i tak nie lubicie, mili państwo, długich tekstów. Może się mylę, ale i tak wszyscy my jutro na 7 do roboty.

sobota, 2 września 2017

Podróż na Litwę, czyli ciąg dalszy o kanclerzu koronnym Hipolici Korwinie-Milewskim - niepodległość i organizacje



Oba tomy dostępne na:
https://basnjakniedzwiedz.pl/produkt/hipolit-korwin-milewski-wspomnienia-tom-ii/
Najpierw muszę podziękować pani Kossobor za inspirację do przyspieszenia pracy nad recenzją 70 lat wspomnień Korwina-Milewskiego.
Następnie muszę wyjaśnić, że do dalszego ciągu zainspirował mnie pewien bloger, który skomentował mój tekst na salonie24. Nie namawiam do odwiedzania tego portalu, ale jeśli ktoś chce znać szczegóły może tam zajrzeć (https://www.salon24.pl/u/magazynier1/805513,podroz-na-litwe-i-nie-tylko-czyli-ostatni-kanclerz-koronny-hipolit-korwin-milewski-70-lat-wspomnien). Ja się na owego komentator podstępnie rzuciłem, nałożyłem na niego "ostry nadzór egzaminacyjny", ale zaraz pożałowałem tego, bo chyba on nie taki znowu troll, jakby to wynikało z jego nicku. Napisał on, że pojęcie ziemiaństwo odnosiło się do "ogółu ludności zajmującej się rolnictwem (chłopi i szlachta), ale nie jest ono trafne w odniesieniu do resztek szlachty polskiej, która mimo różnych represji zaborców utrzymała swój stan posiadania. Owszem, na przełomie XIX i XX wieku , a także w II Rzeczypospolitej, ziemianinem nazywano każdego wielkiego i średniego posiadacza gruntów rolnych i leśnych, ale tak naprawdę nijak się to ma do polskich tradycji, bo takim ziemianinem mógł zostać każdy, kto sobie ziemię kupił, a nie tylko ten co na niej gospodarował przez pokolenia i przez pokolenia płacił za nią daninę krwi na polach bitew I Rzeczypospolitej."
Zgodziłem się z nim, w swoim kolejnej mniej ofensywnej odpowiedzi, że ziemianinem mógł nazywać każdy, kto kupił ziemię pod koniec XIX w. i w 20-leciu międzywojennym i przeprosiłem go "za pogróżki", ale to nie znaczy, że był on dopuszczany do wąskiego kręgu liderów ziemiańskich, do którego należał niewątpliwie Hipolit Korwin-Milewski, czyli do ziemiaństwa per se. Przypomniałem, że "To właśnie Milewski nadał ostateczne znacznie historyczne pojęciu ziemiaństwo na początku swoich wspomnień. Chłopi zawsze byli włościanami, nazwa ziemiaństwo było dla nich obce jeśli nie odpychające. To szlachta zaściankowa w drugiej Rzeczypospolitej zbliżała się do włościaństwa." Rozbieżność w rozumieniu ziemiaństwa wynika pewnie z różnych szkół. Dlatego też przeprosiłem owego komentatora i odwołałem "nadzór egzaminacyjny z możliwością zbanowania".
Komentator ów mógł naczytać się historiografii rodem z kuźnicy kołłątajowskiej. Niestety z tym rozziewem pojęciowym musimy jakoś żyć, powiedzmy jak z cierniem z bucie. Dni tradycji kołłątajowskiej są już policzone, choć zdaje się wszystkim, że ona ma się dobrze, bo skoro św. Jan Paweł II w swojej encyklice społecznej pisał, iż komunizm upadł mocą swego błędu antropologicznego, to przecież ów obłędny fizjokratyzm jako podstawa polskiej tradycji oświeceniowej, a w zasadzie niemal nieskrywana nienawiść Kołłątaja do średniozamożnej szlachty czyli ziemiaństwa i żądza rabunku, jest błędem nawet nie antropologicznym, jest jądrem ignorancji i zakłamania. To nawet nie są krótkie nóżki, to jakieś chyba wypustki skoczogonków. Co znaczy, że jeśli do tej pory to nie padło, to tylko dlatego, że na nieuctwo zwane oświeceniem, wciąż jest niezła kasa, pardąs, dotacje.
Dalej ów komentator napisał: "Bohater Pańskiej notki, aczkolwiek pochodzący (zwłaszcza po matce ) z bardzo majętnej szlachty, swoją polskość traktował jako swego rodzaju przypadłość etniczną, a bliżej mu było do definiowania się jako Litwin, Rosjanin czy kosmopolita. Być może w tym rozumieniu był XIX-wiecznym ziemianinem, ale Polakiem hmmm umiarkowanie."
Czego już mój choleryzm nie mógł zdzierżyć, stąd pierwsze słowa mojej pierwszej nieprzejednanej odpowiedzi: "Co pan powie? Ale dziękuję za tę podpuchę. Zdradza ona pośpiech w radosnym tworzeniu koncepcji na kolanie."
Oświadczyłem, że: "W kwestii, co to jest Polak i Polskość Milewski wypowiedział się bardzo jednoznacznie, ale nie w kategoriach etnicznych, zdecydowanie w kategoriach politycznych. Polskość to narodowość polityczna, udział w niej mogę mieć i mieli również Rusini, Litwini, Żydzi, Ormianie, Tatarzy, ktokolwiek kto był lojalny wobec państwa Polskiego. Etniczne pojęcie narodu jest manipulacją na potrzeby takich przekrętów jak Traktat Ryski." Tu od razu wskazuję na źródło tej tezy - chociaż to przecież nie jest nawet teza, to po prostu prosty wniosek wynikający z opisu sytuacji - więc źródłem tego opisu i wniosku jest znakomity a zwięzły artykuł p. Jacka Drobnego "Albośmy to jacy tacy, czyli historia czerwia polskiego" z polskiej edycji Szkoły Nawigatorów (nr 11, Czerwiec 2016). Był to dla mnie jeden z ważniejszych tekstów jakie w owym pamiętnym roku przeczytałem. Mogę zatem spokojnie podawać się za kandydata na ucznia p. Drobnego na polu staropolskiej filozofii polityki.
Potem walnąłem samym Milewskim: "Na skargę rosyjskiego ambasadora na polską "zdradę" wobec Rosji (czyli wypowiedzenie poddaństwa przez Radę Regencyjną) w lutym (lub marcu) 1917 r., kiedy to powstał rząd Kiereńskiego odpowiedział tymi słowy: Tak, panie ambasadorze, i ja sam należę do tych renegatów, ... pan i bardzo wielu Rosjan nigdy sobie nie zdawaliście sprawy, na czym spoczywa w oczach nas Polaków nasz związek z państwem rosyjskim. Nie wyobrażaj pan sobie, że wśród polskiego narodu był kiedykolwiek jakiś Polak który by przyznawał zwierzchnictwo narodu rosyjskiego względem polskiego. Owszem zawsze uważaliśmy siebie jako przodujących mu w cywilizacji, starożytności, zasługach przed ludzkością i blasku naszej historii. Ale przynajmniej w moim obozie, Polacy są przekonani że jedynym ustrojem, mogącym im zabezpieczyć porządek, ład wewnętrzny i rozwój swoich sił kulturalnych, jest ustrój monarchiczny. ... Mikołaj II nie był dla nas Cesarzem, lecz dla takiego Zamoyskiego Królem Polskim, dla mnie Wielkim Księciem Litewskim ... wam Rosjanom podobało się ten potężny lecz jedyny węzeł, który nas wiązał z Rosją, przeciąć. Tego dnia kiedy pan ... ślubowałeś ... wierność Rządowi Tymczasowemu, jednocześnie zwolniłeś mnie i moich rodaków od wierności Rosji; odtąd każdy dla siebie, a Bóg dla wszystkich.' -- Izwolski zamilkł i przeszedł na inny temat. 
Nikt tego tekstu Milewskiemu nie podyktował, ani on sam tego nie napisał sobie wcześniej. To było wyznanie polskości które nosił po prostu w swoim sumieniu."
Jest też jeszcze inny znakomity fragment, gdzieś pod koniec drugiego tomu, gdzie nasz ostatni kanclerz koronny zaleca by młodych Polaków nie kształcić za granicą, choć on sam przecież przeszedł taką edukacją i jako podrostek i jako młodzieniec. Małych chłopców owszem można wysyłać do pensjonatów francuskich i ... angielskich (sic!). Młodzieńców trzeba kształcić w kraju, albowiem Polska i Polacy to starożytny naród i ma swoją tradycję i swoje metody kształcenia postawy moralnej i obywatelskiej.
Mili państwo, żeby to zrozumieć do końca, trzeba nie tylko przeczytać do końca jego wspomnienia, w zasadzie traktat polityczny. Trzeba również czytać między wierszami i powiększyć odległości między wyrazami tak by stały się dla nas naoczną analogią przepaści, jaka dzieli pana Hipolita od naszego pokolenia, a nawet od pokolenia naszych dziadków i rodziców. Pan Hipolit albowiem mówi o wychowaniu obywatelskim jako o wychowaniu do aktywności w organizacji ziemiańskiej, nazwanej swego czasu przez pewnego klasyka, organizacją sieciową. Organizacja ziemiańska to ekwiwalent narodu politycznego. Jakąś wersją narodu politycznego, trochę jednak mniej sprawną, było włościaństwo. Mogłoby nim być mieszczaństwo, gdyby współtworzyło z ziemiaństwem organizacje finansowe nastawione na długi marsz ku niepodległości opartej na własności, na własności przeliczalnej na wielki budżet, takiej jak gospodarstwa wielkoobszarowe. Mogły być nimi warsztaty, fabryki, spółdzielnie. Ja tylko znam przykłady spółdzielni tworzonej przez Ks. Blizińskiego wraz z włościanami, kasy Ks. Wawrzyniaka i Skok Stefczyka.
Nasze pokolenie nie jest już tym samym narodem politycznym. Dlatego, że nie jesteśmy organizacją sieciową i nie mamy swoich organizacji finansowych, kupieckich, politycznych. Dobra zmiana aspiruje do jakości którą byśmy nazwali naszą organizacją polityczną, i być może są tam ludzie którzy chcą iść w kierunku polskich organizacji ekonomicznych. Na razie naszymi organizacjami, wg mojej wiedzy, ale dopiero kiełkującymi, są organizacje prawników Ordo Iuris i Niepokonani'2012, oraz organizacje obrońców życia. Nie wiem jak tam z Polonią. To wciąż za mało.
Między wierszami traktatu historiozoficznego naszego ostatnie kanclerza koronnego jest następująca teza: nie ma niepodległości bez organizacji sieciowych o dużych budżetach. Naród bez własnych organizacji sieciowych i finansowych nie jest narodem politycznym. To jest nasz przypadek, który wyraźnie widzimy w powyższym niezrozumieniu pojęciu ziemiaństwa, być może pochodnym od tradycji kołłątajowskiej. Nie ma się co dziwić i oburzać. Jesteśmy narodem któremu sukcesywnie odbierana jest obrona ze strony faktycznych organizacji niepodległościowych, czyli tzw. sieciowych z silnym zapleczem ekonomicznym. Organizacje socjalistyczne, seksuolo-wyzwoleńcze i eko-wyzwoleńcze to najemnicy na dziwnych dotacjach, często nieświadomi do czego się ich wykorzystuje. Nasze tzw. tradycyjne organizacje niepodległościowe mogą za takie uchodzić tylko z racji nieobecności, czyli wycięcia w pień faktycznej organizacji niepodległościowej, kasty rycerskiej, posługującej się bronią białą i palną tylko w skrajnych przypadkach, na codzień traktującej koncepcję, inicjatywę i budżet jako analogię do broni białej, posługującej się nimi ze sprawnością mistrza fechtunku politycznego.
I na koniec przypomnę radę Coryllusa dla nas dzisiejszych Polaków z tego fascynującego spotkania w Roninie: Dzisiaj Polacy powinni tworzyć silne organizacje religijne ...

czwartek, 31 sierpnia 2017

Podróż na Litwę i nie tylko, czyli ostatni kanclerz koronny: Hipolit Korwin-Milewski '70 lat wspomnień'


Ośmielam się nazwać pan Hipolita Korwina-Milewskiego ostatnim kanclerzem koronnym Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, ponieważ jest to umysł i osobowość tej miary. Stworzony i wykształcony do złożonych pojedynków i kampanii prawnych, politycznych i ekonomicznych. W drugim tomie tych wspomnień w okresie tymczasowej emigracji we Francji spowodowanej działaniami I wojny światowej, gdy toczą się ważne oficjalne i zakulisowe rozgrywki dotyczące Polski, gdy potrzebna jest interwencja, polska arystokracja zwraca się w pierwszym rzędzie przeważnie do pana Hipolita, prosząc go o interwencję. Podobnie jest w pertraktacjach między ziemiaństwem kresowym a Naczelnikiem państwa w kwestiach dotyczących ustroju ziemskiego Litwy. Pan Hipolit staje wówczas naprzeciw marszałka jako ich reprezentant. I to na nim spoczywa podejrzliwe a skryte spojrzenie Marszałka.
Daleki jestem od podawania Korwina-Milewskiego za świętego. Choć zawsze trzyma się on blisko katolickich monarchistów. Sam uważa się za takiego. Ma swoje niedoskonałości, ale można je usprawiedliwiać wychowaniem i wykształceniem w środowisku męskim. Pięknie zresztą pisze w I tomie o swojej młodzieńczej edukacji w elitarnym, męskim gimnazjum w Paryżu, nazwanym tu pensjonatem p. Cousin.
Oba tomy to fascynująca podróż w przeszłość, na Litwę, do Francji, Warszawy, Petersburga itd.. A ponieważ drugi tom ujawnia nam mniej znane źródła II Reczypospolitej i niepodległości, jest to przeszłość, która jest nieustannie obecna w teraźniejszości.
Można w ogóle całą lekturę zacząć od drugiego tomu, bo jest to nie tylko kryminał polityczny, ale nadto horror, że tak powiem, niepodległościowy. Czegoś inna nazwa mi nie przychodzi do głowy. Pan Korwin-Milewski nie tylko trzyma nas w napięciu, ale nadto swoimi demaskacjami wywołuje głębokie wstrząsy w patriotycznej duszy polskiej. Można później uzupełnić lekturę pierwszym tomem, który, prócz licznych podróży, oferuje kompendium wiedzy naocznej na temat kresów, ziemiaństwa, Rzeczypospolitej, Rosji, Francji, i ówczesnej Europy. Wiele wyjaśni np. w kwestii historii ziemiaństwa na Litwie, historii samego rodu Milewskich, w kwestii dlaczego można uznać pana Hipolita jednym z książąt polskiego ziemiaństwa, nie tylko litewskiego, w kwestii dziwnie konserwatywnych podstaw, jakoby katolickich nawet, kultury francuskiej, kraju który powolnym acz swobodnym tokiem zsuwa się ku państwowości socjalistycznej i to na oczach pana Milewskiego, ale wciąż osiąga sukcesy imperialne mocą owego ducha niepiśmiennego barona i niemal cysterskiej dyscypliny pracy i intelektu, kwestii Dumy petersburskiej i udziału w niej polskich ziemian i polityków, przede wszystkim pana Dmowskiego, w kwestii zwycięskich zmagań polskich ziemian z władzą carską a przede wszystkim z rosyjskimi biurokratami niższych szczebli, którzy w owym czasie (druga połowa XIX w.) tworzą już masę rewolucji socjalistycznej i dlatego są zarazą i przekleństwem i dla Rosji i dla Polski. Dlaczego, zapyta ktoś, zatem rewolucja nie wydarzyła się wtedy? I owszem już się wydarzała w postaci zamachów bombowych na carskich polityków. Ale czemu nie wydarzyła się na skalę masową? Bo rewolucja nie jest ruchem oddolnym. Jest to oczywisty wniosek wypływający z lektury 70 lat wspomnień.
Drugi tom wymaga mocnych nerwów. Dla nas Polaków 21 w. przyjmujących propagandę za historiografię niesie on szok za szokiem. W zasadzie powinienem doradzać czytanie go kawałek po kawałku, ale w moim przypadku to nie było możliwe. Z powodu właśnie szoku poznawczego. To co wciąga to niemal genialna synteza ukrytych manipulacji politycznych. Ale to nie pan Hipolit jest scenarzystą tego toku wydarzeń. On po prostu ma niezwykłą zdolność do wydobywania tego co faktyczne i realne. Jak to dzisiaj mówimy, pisze jak jest. To nazwałbym politycznym osądem egzystencjalnym, bez żadnych złudzeń, gawęd, nagi szkielet molocha zwanego historią. Nie będę streszczał drugiego tomu, żeby nie zepsuć wam, mili państwo, tych bezsennych nocy. 
Wymienię tylko dwa fakty, żeby podrażnić waszą ciekawość. Pierwszy to niemal przyjacielskie relacje z Henrykiem Sienkiewiczem i jego niekłamany aplauz dla długiego eseju Korwina-Milewskiego „Obecny stan kwestii polskiej”, którego proces powstawania (w 1916 r.) ilustruje niezwykły talent autora nie tylko pod względem realnego osądu danej sytuacji politycznej, ale również wyczucia właściwej chwili propagandowej. Przytoczę tylko dwa punkty tego tekstu (niestety tylko streszczonego przez autora), które dziwnie współbrzmią z późniejszym przesłaniem Prymasa Tysiąclecia: "Przyszła Polska powinna być jedna, jedna i jedna. … Ta Polska powinna być dosyć wielka, aby żyć własnym życiem, nie powinna być bez końca okrajana w minię jakiejś mniemanej, do absurdu posuniętej etnografii, której żaden wielki naród nie przyznaje" (70 lat wspomnień, str. 86).
Drugi fakt to kampania roku 1920 już po Cudzie nad Wisłą, kampania na Litwie. Już po spotkaniu Marszałka z ziemianami i po słynnej mowie Korwina-Milewskiego na temat ustroju ziemskiego i statusy Litwy. Rodowy majątek Korwina-Milewskiego, Łazduny staje się kwaterą sztabu, czegoś dziwnie odległego od linii frontu, który i tak wciąż przesuwa się na wschód. Bolszewicy albowiem po prostu wieją. Niemcy zostawili go zmodernizowanym na potrzeby swojej armii, choć bibliotekę ograbili. Bolszewicy nie zdążyli splądrować. Demolki dokonuje wojsko niepodległej Polski. W sąsiedztwie zdarzają się sporadyczne pożary jakichś pojedynczych budynków. Czasem eksmitowani są właściciele z racji wyższej konieczności wojennej. Mieczysław Jałowiecki w Na skraju Imperium potwierdza tę tendencję do nadszarpywania majątków ziemskich, zwłaszcza do pożarów, choć nie jest to pandemia. Natomiast w majątku Korwina-Milewskiego płoną najważniejsze gospodarcze budynki w tym skład z ziarnem, co znaczy niemożność obsiania ziemi w następnym roku, czyli rolny krach, ruinę kompletną. Autor znajduje się już wtedy w Poznaniu. Wraca na krótka by zlustrować sytuację. W roku 1921, autor piszę skargę z żądaniem odszkodowania. Pewien generał polski, niewymieniony z nazwiska, wcześniej już przyznając mu rację od strony prawnej jednocześnie uprzedza, że takich pieniędzy nigdy on nie zobaczy. I tak się dzieje faktycznie. Dowództwo Okręgu Korpusu nr III w Grodnie konstatuje w odpowiedzi, że nie znajduje podstaw do wypłaty odszkodowania. Pan Hipolit żyje skromnie, niemal w biedzie. Odchodzi do wieczności w 1932 r. Swoje wspomnienia kończy nader gorzkim esejem o alegorycznym rozwodzie „Jadwigi” z „Jagiełłą”.
To ledwie zarys dwóch faktów z 70 lat wspomnień Korwina-Milewskiego. Zaś takich faktów, obserwacji i wniosków jest tam bez liku. Wszystkie bezcenne dla naszej niepodległości, w przededniu jej 100-lecia naszej.

środa, 30 sierpnia 2017







O Matce Bożej Ostrobramskiej będzie niestety tylko kilka słów wstępnych, bo tekst rozrósł się niespodziewanie. Więcej o niej w kolejnym odcinku.
Na Wilno miałem niestety tylko niecałe dwa dni. Zdążyłem obfotografować kościół parafialny w Taboryszkach, pierwszą parafię Bł. Ks. Sopoćki, z którą związana jest historia jego heroicznych starań u dowództwa niemieckiego o pozwolenie dla okolicznej ludności na swobodne przemieszczanie się na Msze Święte niedzielne. Odetchnąłem unikalną atmosferą tego miejsce. Zdążyłem jeszcze zdumieć się ogłoszeniami parafialnymi w parafii jakoby litewskiej, blisko białoruskiej granicy, przypiętymi do płota, spisanymi w języku polskim, czystym, poprawnym, bezbłędnym. Wróciłem do Wilna przeszedłem się raz jeszcze do Ostrej Bramy, po starym mieście, do Sanktuarium Jezusa Miłosiernego. Mało czasu ale naoddychałem się tego i napatrzyłem. No i nadelektowałem się chłodnikiem litewskim.
Jak już pisałem w poprzednich odcinkach nocowałem u bardzo gościnnych Sióstr Jezusa Miłosiernego, w ich domu, który został utworzony w byłej plebanii obok kościoła Najświętszego Serca Jezusa, kościoła niestety do tej pory nie odbudowanego. Obok niego znajdował się klasztor Sióstr Wizytek, którym Bł. Sopoćko posługiwał jako spowiednik. Obecnie budynek ten został odbudowany i przeznaczony na Hospicjum im. Bł. Michała Ks. Sopoćki. Hospicjum to, miejsce opieki nad ostatnimi chwilami życia ludzi, którym z różnych przyczyn ich rodziny nie mogą zapewnić godnych warunków, ciągle potrzebuje wsparcia. Dlatego podaję jeszcze raz link do informacji o nim i jego konta bankowe: http://www.faustyna.eu/hospicjum-wilno.htm:
Nordea Bank Finland Plc Lietuvos
Kod Banku:21400
BIC, SWIFT kod: NDEALT2X
LT 832140030002856355 LTL
LT 232140030002856368 EUR
LT 392140030002856371 USD
LT 762140030002856384 PLN
W pokoju, w którym odpoczywałem po moich eskapadach, na ścianie zawieszone były kopie dwu najważniejszych dzieł malarskich Wilna, obrazu Matki Bożej Ostrobramskiej, Matki Miłosierdzia, autorstwa nieznanego, XVII-wiecznego malarza, i wizerunku Jezusa Miłosiernego pędzla Eugeniusza Kazimirowskiego, zwanego przez Bł. Sopoćkę obrazem Króla Miłosierdzia. Obrazy te oglądam codziennie, w swoim mieszkaniu, ale tu po raz pierwszy zobaczyłem je zestawione razem. Doskonała kopia obrazu „Jezu, ufam Tobie” była powiększeniem oryginału, tak iż Jezus na nim miał rozmiary niemal monumentalne. Kopia ikony ostrobramskiej była w swoich naturalnych rozmiarach, czyli dość duża, w wersji oryginalnej, czyli bez ozdobnej sukienki. Po raz pierwszy miałem możliwość spojrzeć uważnie na oblicza, odmalowane na tych obrazach, Matki Bożej i Jezusa Króla. Wieczorem, po kolacji, zamiast odmówić różaniec, dokonałem autopsji z bliska. Długo przyglądałem się, mruczałem sobie pod nosem katolickie zaklęcia i porównywałem oba wizerunki. I doszedłem do wniosków, które powinny być w zasadzie oczywiste.
Napiszę o nich, przepraszam niecierpliwych, niestety dopiero w kolejnym odcinku. Tym bardziej przepraszam, że sam jest niecierpliwcem i wiem, co znaczą dla nas, w gorącej wodzie kąpanych, takie obiecanki cacanki.
Teraz niech mi wolno będzie zająć się pewnym dramatem, nie tragedią bynajmniej, ale jednak historią pełną napięcia, które w sąsiedztwie prawdziwej świętości siostry Faustyny i Ks. Sopocki, oraz ich klasy i klasy Eugeniusza Kazimirowskiego, historią, która w bliskości tych „książąt niezłomnych” pozostaje dla wszystkich czymś całkowicie nieuświadomionym. Nadto w stylu iście litewsko-stoickim, w stylu prawdziwych „żubrów” wileński, bo Bł. Ks. Michał i jego przyjaciel byli faktycznymi „żubrami” litewskimi, historia ta została wręcz celowo ukryta, schowana przed oczami osób trzecich, by jaśnieć jedynie przed Obliczem Pańskim. I w tym jest ich zasługa. Moja żadna, bo to tylko wścibskość. Nawet nie faktografia, ale naszkicowanie prawdopodobieństwa tej historii. Wścibskość iście nie litewska. Wstydzę się, ale brnę w nią dalej.
Przytoczę zatem pewien fakt mniej znany wszystkim czcicielom Bożego Miłosierdzia, mianowicie, że Eugeniusz Kazimirowski prowadził pracę nad tym obrazem „Jezu ufam Tobie” przez około pół roku, rzecz jasna pod kierownictwem św. Faustyny, zleconym przez Bł. Ks. Michała na podstawie prywatnych objawień jego podopiecznej i w zasadzie, w sensie wiedzy teologicznej, jego uczennicy. Inny fakt, znany z Dzienniczka św. Faustyny, to taki, że była ona ogromnie rozczarowana, aż do gorzkich łez, ostatecznym kształtem tego dzieła, skądinąd niezwykle wysublimowanego w zasadzie arcydzieła malarstwa religijnego. Wynikało to z niemożności przelania na płótno wizji, której twórcą był sam Najwyższy Sztukmistrz, wizji nie jednowymiarowej, ale wielowymiarowej, a nawet wykraczającej poza wymiary przestrzenne, bo dla osoby obdarzonej kontemplacją wlaną wizja ta, będąca owocem łaski mistycznej, miała nieskończenie więcej wymiarów i znaczeń.
Kolejny fakt to taki, że Najświętsze Oblicze Zbawiciela z obrazu Kazimirowskiego było przez niektórych teologów porównywane z Obliczem z całunu turyńskiego, z konkluzją pozytywną, mianowicie, że oba Oblicza pokrywają się, co miało udowodnić nałożenie na siebie obu za pomocą rzutnika. Ubocznym efektem tych porównań było przekonanie, że Kazimierowski malował przez pół roku właśnie samo Najświętsze Oblicze, co nie jest prawdą. Są też inne sprawy związane z tymi eksperymentami, o których znowu niestety dopiero w kolejnym odcinku.
Teraz trzeba stwierdzić jedno, że pan Kazimirowski z pewnością poświęcił na odmalowanie Oblicza Pańskiego wiele czasu, ale oprócz tego musiał zmierzyć się z proporcjami ciała w ruchu. Zbawiciel na tym obrazie, jakby nieznacznie, ale jednak, kroczy w kierunku oglądającego. Z pewnością wiele trudności, od strony farb olejnych, sprawiły mu promienie wychodzące z rany w boku. Szkice do tego obrazu, według mojej wiedzy, nie zachowały się, ale możemy sobie wyobrazić ból głowy malarza, w pierwszym rzędzie uczciwego rzemieślnika i razem realisty, słuchającego relacji wizjonerki, duszy kontemplatywnej, i do tego jeszcze niewiasty, a nawet damy – prawdziwej damy, mimo jej wiejskiego pochodzenia, a nawet „dziecka królewskiego”, jak ją nazwał sam Zbawiciel – obdarzonej wrażliwością poetycką, która widzi Boga i cały świat w subtelnych relacjach hierarchicznych, i to w hierarchiach duchowych i moralnych, w niezliczonych subtelnościach.
Rzekłbym nawet, że nie każdy kontemplatyk ma takie poczucie jedności Piękna, w jego wielorakich detalach, i razem Dobra i Prawdy. Bo niepiśmienna św. Katarzyna ze Sieny, średniowieczna tercjarka dominikańska, machnęłaby ręką na wierność wizerunku wobec wizji, tak mi się zdaje, i nawet by tym głowy nie zaprzątała swojemu spowiednikowi. Raczej zastanawiałaby się, jak obraz ten przemówi do głów koronowanych jej współczesnych i do Namiestnika Chrystusowego. Być może prosiłaby Zbawiciela o dodanie jakichś insygniów władzy papieskiej i królewskiej do całości. Mistycy tacy jak św. Bernard z Clairvoux, z rodu rycerskiego, inspirator wypraw krzyżowych, czy św. Ignacy z Loyoli, były rycerz i dworzanin, inaczej ex-hidalgo, zastanawialiby się, czy nie można by dodać miecza jako, rzecz jasna, symbolu Słowa Bożego, które „żywe jest, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny”, zdolne rozdzielić „duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca” (Hebr 4:12). Być może św. Franciszek i św. Pio nic by nie chcieli dodać.
Zaś, najwyższy autorytet w teologii mistycznej, scholastyk, teoretyk i najbardziej doświadczony praktyk w prowadzeniu dusz kontemplatywnych, św. Jan od Krzyża, syn ubogich, żydowskich konwertytów, bodajże w drugim czy trzecim pokoleniu, schowałby tę wizję głęboko w swoich notatkach i poddał ją 10-letniemu rozeznawaniu. A w sumie i tak z tej wizji zostałby mu Święty Krzyż Pański, dosłownie i w przenośni.
Tu wypada naszkicować tło duchowe owej ikony „Jezu, ufam Tobie”, tło, które podsuwa nam właśnie św. Jan od Krzyża. Według niego zasadą kontemplacji wlanej, kryterium faktyczności łaski tzw. mistycznej nie są wizje ani głosy, ani żadne fajerwerki anielskie, lecz wiara, czysta wiara, nić i noc wiary. I nic więcej. I według tego kryterium kierownik duchowy, wierny syn Kościoła Katolickiego, winien doradzać duszy o powołaniu kontemplatywnym, czyli tzw. mistycznym, i według niej prowadzić ją.
Dlaczego? Bo wizje i głosy, nawet jeśli pochodzące od Ducha Bożego, odwołują się do wyobraźni zmysłowej, nawet jeśli subtelnej i absolutnie podporządkowanej prawdom wiary, to jednak zmysłowej. Rękojmią prawdziwości poznania wszelkiego nie są zmysły. Również w sprawach nadprzyrodzonych jest nią weryfikacja (rozeznanie i potwierdzenie) prostego osądu, którego ledwo jesteśmy świadomi, który najczęściej jest przesłonięty analizą treści i sposobu istnienia danych bytów, czyli ich formy, osądu streszczającego się w podstawowy zdaniu: to jest, to naprawdę jest. Poznanie sposobu funkcjonowania danego bytu jest jednak konieczne do potwierdzenia i pogłębienia pierwszego osądu, powiedzmy hipotezy takiego osądu. Potrzebne jest do życia w tzw. realu. Ale to, co daje pewność i swobodę w poruszaniu się w realu to właśnie ów sąd: to istnieje.
Tzw. osąd egzystencjalny, jest dla poznania tym, czym jest powietrze dla organizmu. Jest on początkiem i celem poznania. Jest on egzystencjalny, ponieważ dotyka istnienia danego bytu. Wiara jest takim osądem egzystencjalnym. I tylko ona, według św. Jan od Krzyża, jest zdolna doprowadzić ludzki umysł, wolę i uczuciowość do poznania Boga. W uproszczeniu, filozofia bytu, dowodu na istnienie Boga, doprowadzają do stwierdzenia faktu istnienia. Słowo Boże i cnoty teologalne potwierdzają to stwierdzenie i … prowadzą dalej. Dają poznać, „jaki” jest ów Byt Abosolutny.  A jest on nieskończony w swoich przymiotach. Jego piękno, dobro i prawda, jego subtelność i razem waleczność nie mają po prostu żadnego dna, żadnej granicy ... Bo Jego istota, czyli jaki jest, jest jednym z Jego istnieniem. Zaś przed tą nieprawdopodobną jednością umysł naturalny może tylko skapitulować. Dalej idzie tylko wiara, nadzieja i miłość.
Teraz w trzech akapitach przypatrzmy się posłudze kierownictwa duchowego ze strony Ks. Sopoćki wobec siostry Faustyny. Proszę sobie teraz wyobrazić, mili państwo, jazdę jaką miał ze Św. Faustyną, prosty a mądry, racjonalny acz choleryczny syn ubogich litewskich arendarzy, Bł. Ks. Sopoćko. Jazdę bez trzymanki z duszą przypominającą nawet nie pegaza, ale mitycznego feniksa. Nie sztuka byłoby okiełznać i „rzucić nią o glebę”. Nie sztuka byłoby zdusić tę delikatną acz mocną duszę, wezwaną do dzieła wielkiego. Ale to by znaczyło sprzeciw wobec woli Najwyższego. Chodziło tu, by poddać ją faktycznemu prowadzeniu łaski wlanej, chodziło o pogłębienie, wysubtelnienie, osiągnięcie dojrzałości jej osądu egzystencjalnego nie w jej wizjach, ale w jej kontemplacji, czyli w jej aktach wiary, w których Bóg zamierzył ją udoskonalić. Pośród wizji i przesłań Ks. Sopoćko musiał zachować kurs tej duszy kontemplatywnej na prawdę, na czystą wiarę, bo według św. Jana od Krzyża, wiara, czyli prawdy wiary objawione w Ewangelii, to Mądrość Boża, to sam Chrystus, i nic nie można już dodać do Jego Objawienia się ludziom, zresztą tak jak mówi ostatnie zdanie Apokalipsy św. Jana. Trzeba tylko to przemedytować i przeżyć do końca. A tu proszę, nowe jakieś objawienie, jakoby prywatne, ale skierowane do całego Kościoła i całej ludzkości. No ludzie, wytrzymać nie idzie. Jak to okiełznać? I jeszcze żądanie namalowania tego obrazu. A dusza ta faktycznie jest Boża i kontemplatywna, potencjalnie święta. Przeważnie zrównoważona i prosta, o swych przeżyciach wewnętrznych mówi tylko z kierownikiem duchowym i przełożonymi, jak pisał o niej Bł. Michał w swoich Wspomnieniach z przeszłości (str. 64). Silna osobowość, nie uległa żadnej depresji psychicznej. Jedynie miewała dołki duchowe. Nie depresje nerwowe, ale doświadczenia pokus, niepokoi, lęków, wątpliwości. Napięcie nie emocjonalne, ale intelektualne i wolitywne, duchowe, czyli doświadczenia walki wewnętrznej, które znosiła cierpliwie, aczkolwiek doświadczała ich i to bardzo boleśnie.
Dlatego na jego barkach, na głowie kierownika duchowego, spoczywa cała odpowiedzialność nie tylko za wzrost cnót tej duszy, ale wręcz za zbawienie. Bo ten Ikar, siostra Faustyna nie cofa się przed żadną ciemnością i niebezpieczeństwem, byleby miała przekonanie, że taka jest wola Oblubieńca jej duszy. Dlatego poddana jest kuszeniu. Przecież duch zły ukazał się św. Faustynie jako anioł światłości i kazał jej zniszczyć wszystkie swoje notatki. I ona to zrobiła. Gdyby nie mądrość Ks. Sopoćki (również innego jej kierownika, Jezuity, O. Andrasza), nie byłoby św. Faustyny. Może inna dusza kontemplatywna otrzymałaby to zadanie. Ale Faustyna musiałaby się skonfrontować z niebezpieczeństwem anihilacji swego powołania. Życie kontemplatywne nawet bez nadzwyczajnej misji jest wystarczająco trudne i nawet momentami niebezpieczne, o czym przypomina często św. Jan od Krzyża. Bo to nie jest kontemplacja naturalna np. jeziora łabędziego. To nie jest naturalna rozkosz umysłu. Kontemplacja wlana to agonia umysłu i woli. Nie przesadzam. Wystarczy poczytać sobie Dzienniczek św. Faustyny na wyrywki. O nadzwyczajnej misji w ogóle nie warto mówić, bo nie mamy zielonego pojęcia, czym taki agon może być. Dlatego dany jest tylko ludziom o silnych, zdrowych nerwach, takich jak u prostej, wiejskiej dziewczyny spod Łodzi. Dość powiedzieć, że św. Faustyna miała w pewnym momencie szczerze i serdecznie dość tej misji, nie ukrywała tego przed Ks. Michałem i O. Andraszem i prosiła Boga o uwolnienie jej od niej. I warto tu dodać, że było to bardzo ważną wskazówką dla kierownika duchowego co do autentyczności tych objawień.
Dlatego nie ma samotnych mistyków ani mistyków poza Kościołem. Ludzie podawani nam do wierzenia przez humanizm literacko-liberalny, a nawet przez schizmatyków, to albo oszuści albo zaburzeni emocjonalnie. Niektórzy z nich być może mieli powołanie kontemplatywne, ale bez pomocy Kościoła zmarnowali je i doznali szkody na duszy przez głupotę innych i własną, i przez podstępy ducha zniszczenia, Appoliona.
A teraz powróćmy do tego niemałego acz niezauważalnego dramatu, który wydarzył się w relacji między św. Faustyną, Oblubieńcem jej duszy, bł. Sopoćką, i mistrzem Kazimierowskim, i samym obrazem. Wyobraźmy sobie, mili państwo, pana Kazimierowskiego, który z dumą odsłania gotowe arcydzieło, owoc ciężkiej pracy rzemieślniczo-twórczej, w którą, według słów Bł. Sopoćki, włożył weń „dużo pracy, by dostosować się do wskazówek” (bł. Michał Sopoćko, Dziennik, str. 98). A w stylistyce litewskiej, oszczędnej i ascetycznej, jedno słowo waży tyle, co jeden tom gawęd lwowsko-kijowskich. I widzi mistrz Eugeniusz tylko konwencjonalną wdzięczność siostry Faustyny, kątem oka zaś jakiś cień smutku. Na szczęście nie widzi jej późniejszych łez, ataku melancholii, i depresji, której jakoby miała nie przeżywać. Owszem przeżywała depresję duchową, jako walkę wewnętrzną, taką na jaką stać osobowość silna. A był to kryzys intelektu, który szuka odzwierciedlenia piękna doskonałego i nie znajduje go. Rozczarowanie to ukryła głęboko w swoim sercu i nie mało, jak sama pisze, napłakała się w kaplicy (św. Faustyna Kowalska, Dzienniczek, akapit 313).
Dla mistrza Eugeniusza największą nagrodą byłaby eksplozja radości inicjatorki tego dzieła. A tu skromny uśmiechu głównej winowajczyni. Czyż nie zauważył, że siostra Faustyna coś ukrywa przed nim? Czyż był całkiem ślepy na ten cień melancholii, który przemknął przez jej twarz? Co czuł, kiedy np. po czasie uświadomił sobie, że coś było nie tak? Kazimierowski nie był megalomanem, miał zaś tę cnotę najważniejszą u rzemieślnika i twórcy, cnotę osądu i potrafił ocenić wartość swojego dzieła. Wystarczało mu docenienie ze strony przyjaciela i nadzorcy całej sprawy, Ks. Michała. Ale nawet jeśli mistrz Eugeniusz był niespotykanie spokojnym człowiekiem, jak to się może zdarzyć tylko na przeważnie chłodnych kresach litewskich, to jednak naturalna cnota ma swoje granice. Nawet jeśli siostra Faustyna starała się ze wszystkich sił okazać mu wdzięczność, nawet jeśli odczucie rozczarowania z jej strony dotarło do niego ze szczęśliwym opóźnieniem, nawet jeśli nie chciał spuścić ze schodów świętoszkowatej idealistki, to i tak diabeł go kusił, choćby do jakiegoś rozgoryczenia, np. żeby powiedzieć coś Ks. Michałowi, albo żeby wyprowadzić się z plebanii i nie widzieć jego, a tym bardziej jego rąbniętych zakonnic, przez jakie 3 lata. Musiało dla niego to być, prędzej czy później, ciosem.
I tu znowu musimy założyć zbawienną rolę tzw. kierownika duchowego, prawdziwego herosa ducha, który musiał po pierwsze powstrzymać swój własny choleryzm, a miał go dość w zanadrzu, zmagał się z nim przez całe swoje życie. Po drugie musiał nadać kierunek owej „łasce mistycznej” swojej podopiecznej, duszy feniksalnej. Nakierować ją znowu na wewnętrzny głos Króla jej serca, jej Oblubieńca, który już lepiej będzie wiedział, co z tym swoim królewiątkiem zrobić. I nie pomylił się. Zbawca powiedział, co trzeba i jego słowami z objawienia prywatnego, acz naświetlającego uniwersalną, powszechną wartość owej ikony, możemy się radować i je smakować po dzień dzisiejszy „Nie w piękności farby ani pędzla jest wielkość tego obrazu, ale w łasce mojej” (Dzienniczek, akapit 313). Po trzecie być może w pewnym momencie musiał podnieść na duchu rzemieślnika i artystę w jednej osobie, i stać się buforem między nimi. Być może, w odpowiedzi na pytanie, jeśli takie padło, o odczucia siostry Faustyny, Ks. Michał dał do zrozumienia swojemu przyjacielowi: „To jest czysta dusza, ale marzycielka, idealistka, nadto baba po prostu, estetka. Obraz jest genialny.” Bo jest. I taką to krotofilę, etiudę dramatyczną zgotowała naszym bohaterom i nam Opatrzność Boża.
Co w dzień po święcie Matki Bożej Częstochowskiej, na jej większą chwałę, własną ręką spisałem – Magazynier.