wtorek, 15 sierpnia 2017

Gospodarka nowożytna w epoce ekspansji ekonomicznej znad Zatoki Perskiej czyli zdrajca Kotilaine

Zacznę od tego, że główny trzon tego tekstu to tłumaczenie artykułu dr Jarmo Kotilaine’a na temat problemów żywnościowych w rejonie Zatoki Perskiej. I od tego, że w nagłówku tego artykułu, jest adres emailowy do niego: j.kotilaine@ncbc.com , gdyby „ktoś” chciał zrobić z nim wywiad, np. w formie kilku pytań wysłanych pocztą elektroniczną. Nie wiem, czy to poskutkuje, ale co tam. Nie takie numery już robiliśmy.
Zanim dojdę do tłumaczenia, muszę skreślić kilka akapitów wstępnych.
Przytoczę tu cytat ze znanej piosenki Stanisława Klawego, z polskim tekstem, z burzliwych lat 80-tych ubiegłego stulecia: „Gaście światła, obywatele, elektrownie czekają na prąd. Lepsza przyszłość naszym jest celem. Lepiej będzie widoczna stąd.” Po to aby, pochwalić się moją wredną parafrazą z pierwszej hybrydowo-mutanckiej dekady wieku obecnego, czyli z dnia dzisiejszego: „Co drugiego kartofla, puszyści Słowianie, odmawiajcie sobie. Głodujący Bahrain czeka na skrobię ...”. Nie ma rytmu, ale jest rym.
Chciałem najpierw nadać temu tekstowi inny tytuł: „Zdrada dr Kotilaine’a czyli obowiązkowe kontyngenty dla głodującego Bahrajnu.” Wybrałem tytuł, który widać w nagłówku, żeby nie powtarzać niektórych słówek i żeby podsunąć tu krypto-reklamę fascynujących tekstów pana Stalagmita (zamieszczonych w internetowej Szkole nawigatorów) na temat gospodarki starożytnej śródziemnomorskiej jak również bliskowschodniej tego właśnie obszaru, Bahrajnu i wybrzeży Zatoki Perskiej. Co ciekawe, tłumaczenie, które poniżej dziwnie „rymuje się” z jego pamiętnym tekstem o starożytnym handlu w tym właśnie rejonie. Strasznie mnie to nakręciło ...
Jeśli mam napisać coś o samym autorze to to, że moja złośliwości poetycka, nie jest ona bynajmniej adekwatna do miary, jaką trzeba by oszacować, znanego, przynajmniej w „niektórych kręgach”, badacza historii gospodarczej 17-wiecznej Rosji i Syberii, dr Jarmo Kotilaine’a, pisarza przemilczanego i skazanego na zapomnienie, być może jako zdrajcy, który najpierw zdradził europejską akademię ujawniając swoje analizy na temat dojenia „woziwody Europy” czyli Rosji Iwana Groźnego i jego następców, a potem przez przyjęcie oferty nie do odrzucenia, intratnej pozycji w ważnej organizacji finansowej i to wcale i w ogóle nie unijnej ani brytyjskiej (chyba), ani jankeskiej, lecz o zgrozo … muzułmańskiej.
Jest on dziś głównym ekonomistą NCB Capital (of the National Commercial Bank Arabii Saudyjskiej), czyli pełni funkcję podobną do funkcji Stratigosa na dworze bizantyńskich cesarzy. Ufundowany w 2007 jako gałąź bankowości inwestycyjnej i zarządzania zasobami, NCB Capital udziela swoim klientom porad w dziedzinie zintegrowanych usług inwestycyjnych. Dziś jest on największym Administratorem Zasobów w Królestwie Arabii Saudyjskiej i największym Zarządcą Zasobów zgodnych z prawem Shariatu w skali globalnej posiadającymi wartość 75 billionami SAR-ów(Saudi Arabian Rial - waluta saudyjska). Nie przesadzimy zatem, jeśli porównamy NCB Capital ze średniowiecznym dworem bizantyńskim.
Nie kto inny, ale pan Krzysztof Laskowski zwrócił moją uwagą na dr Kotilaine’a, pod tekstem Coryllusa „Korzenie Europy. Kilka powierzchownych refleksji”, za co mu szczerze dziękuję. Onyx zaś zaskarbił sobie moją wdzięczność podając kilka linków do jego historyczno-ekonomicznych tekstów. Dzięki nie mu znalazłem również ten tekst, którego fragmenty przetłumaczyłem. Rosyjskich tekstów Kotilaine’a jeszcze nie przeczytałem, ale nawet powierzchowne prześlizgnięcie się po spisie treści lub po pierwszych zdaniach akapitów robi wrażenie.
Dodam jeszcze, że zdrajca Kotilaine ma na co zasłużył. Wikipedia ani polsko-języczna ani angielsko-języczna nic o nim nie wie. Wylądował zasłużenie „w Tartarze”. Po nazwisku i sympatycznym, szwejkowym niemal portrecie dostępnym w sieci, wnioskuję, że jest fińskim gourmetem.

No i oczywiście smakoszem treści ekonomicznych i historycznych. Być może on wcale zdrajcą nie jest, ani nie jest traktowany na Bliskim Zachodzie i Dalekim jako taki, ale jakoś muszę sobie wytłumaczyć brak jakiejkolwiek informacji na jego temat we wszystko-wiedzącej wikipedii. Wiem o nim tyle, co wyczytałem pod wyżej wymienionym linkiem i co zobaczyłem w dostępnych w sieci publikacjach. Mimo, że to niewiele, to widać jednak, że mamy tu do czynienia z pewnością z człowiekiem sukcesu, który z pozycji akademickiej wskoczył na poziomo, który nam trudno określić, ale z pewnością znacznie wyższy niż tzw. akademia. I nawet nie musiał „biec szybciej”, jak doradzała Alicji w krainie czarów pokrętna królowa po drugiej stronie lustra, dokładniej na szachownicy. Dlatego niemal jestem pewien, że moje złośliwości nie dosięgną nawet jego podeszw, zaś on nigdy się o nich nie dowie.
Ponieważ jeden z wątków w wyżej wymienionym tekście Coryllusa dotyczył tzw. imigrantów i ogólnie muzułmanów w Europie, pomyślałem sobie, że w dyskusji pod jego tekstem, trzeba by wstawić kilka zdań Kotilaine’a na temat bliskowschodni. Znalazłem w jakichś przypisach w google books tytuł jego artykułu „Bridging the Food Gap” z jakiegoś periodyku o wyraźnie arabskim skrzywieniu. Za tym tropem poszedłem. No i proszę, podaję państwu tłumaczenie krótkiego wstępu i nagłówków poszczególnych rozdziałów obszernego artykułu autorstwa tegoż jegomościa. Ja się kompletnie nie znam na analityce ekonomiczno-rolniczej, dlatego spodobało mi się, bo coś z tego tekstu zrozumiałem. A to, co zrozumiałem, albo, jak mi się zdaje, zrozumiałem, przybrało w mojej chorobliwie podejrzliwej wyobraźni kształt owej powyższej zjadliwości wyrażonej w parafrazie niepokornej piosenki pana Klawego.
Teraz tłumaczenie i link do tekstu angielskiego:
Dr Jarmo Kotilaine (j.kotilaine@ncbc.com)
„Wypełniając przepaść żywnościową” („Bridging the Food Gap”) (http://www.gulfbase.com/ScheduleReports/GCC_Agriculture_Sector_March2010.pdf)
„Wstęp: W obliczu gwałtownego przyrostu naturalnego i ekonomicznej ekspansji, bezpieczeństwo żywnościowe przedstawia się jako nagląca troska polityczna w rejonie Zatoki Perskiej. W reakcji na ten problem, rolnictwo w tym regionie jest przekształcane przez odchodzenie od samowystarczalności żywnościowej, obecnej w latach 70 i 80 ubiegłego stulecia, na korzyść bezpieczeństwa żywnościowego zdefiniowanego szerzej. Przy skrajnych wewnętrznych ograniczeniach zasobów, GCC (Gulf Cooperation Council, Rada Współpracy Zatoki Perskiej) dąży do outsourcingu produkcji rolnej przez zdobywanie ziemi poza swoim terytorium. Jednak, cel ten nie likwiduje potrzeby większej efektywności i długoterminowej wydajności własnego rolnictwa.
Streszczenia rozdziałów tego artykułu:
Kraje GCC przesuwają rolnicze priorytety z samowystarczalności ku bezpieczeństwu żywieniowemu.
Rolnictwo dostarcza tylko ok 1%-4% budżety krajów GCC, zaś ich odpowiedniki (czytaj rywale, Indie, Chiny) wchodzące na rynki osiągają 10%-20% wkładu rolnictw do swych budżetów.
Rosnąca konsumpcja i ceny w ostatnich kilku latach zmusiły GCC do skupienia się na rolnictwie.
Gwałtownie rosnące populacje i konsumpcja na głowę są kluczowymi motorami wzrostu konsumpcji żywności w krajach GCC.
Niewielka ilość uprawnej ziemi i wody ograniczały wzrost rolnictwa w GCC.
Ograniczone zasoby wody ograniczały ekspansję upraw do koniecznego minimum.
Poziom wody w regionie spadł znacznie w ostatnich latach.
Wzrost zbiorów rolnych, zwłaszcza w Arabii Saudyjskiej, w ostatniej dekadzie pomógł w zwiększeniu produkcji zboża.
Region GCC, znajdujący się już pośród największych importerów żywności, zwiększy jeszcze import produktów rolnych w przyszłych latach.
Wzrastająca konsumpcja w skali globalnej i wzrost produkcji biopaliw z ziaren zbóż doprowadziły do zmienności cen rolniczych towarów.
Inflacja cen żywności w okresie 2007-2008 była głównie wywołana przez strukturalne niedopasowanie popytu do podaży.
Stosowanie kukurydzi i rapspeed (nie umiem przetłumaczyć)
do produkcji etanolu i biodiesla było kluczonwym czynnikiem w inflancji 2007-08.
Poziomy rolniczej giełdy spadały nieustannie od trzech dekad w głównych krajach konsumenckich takich jak USA.
Przy ich zależności od importu, kraje GCC są znacząco narażone na inflację i ryzyko ilościowe.
Prawie wszystkie kraje GCC doświadczyły wzrostu cen żywności w tempie niespotykanym i podwojonej inflacji osiągającej w okresie 2007-2008.
Rosnący popyt na żywność, zwłaszcza w Chinach i Indiach, naraża GCC na znaczne ryzyko.
GCC importuje większość ryżu z Indii i Pakistanu, które doświadczają wzrostu wewnętrznego zapotrzebowania.
Silna fiskalna pozycja GCC pozwoliła im na przeniesienie produkcji rolnej za granicę.
Rozwijające się kraje były świadkiem inwestycji sięgających $20-30 bilionów w ciągu ostatnich kilku latach.
Kraje GCC zachęcają prywatnych producentów do zdobywania ziemi za granicą (overseas – za morzami).
Wzrastające inwestycje zachęcało ekonomie takie jak Sudan (sic!) do dalszego przyciągania inwestorów.
Zdobywanie zagranicznych upraw naraża GCC na znaczne ryzyko geopolityczne i klimatyczne.”
Kilka streszczeń pominąłem, ale to zdaje mi się wystarczy. Przyciąganie inwestorów w Sudanie np. inwestorów muzułmańskich przez powiększanie zasięgu prawa Shariatu metodami militarnymi, mówiąc nieprzyzwoicie oględnie. Jest to analiza z roku 2008. 6 lat później wybuchła wojna hybrydowa na Ukrainie. Znowu moja wybujała wyobraźnia podsuwa mi obraz żyznych pól ukrainnych i naszych. Z pewnością przesadzam. To Anglicy, Holendrzy i Niemcy kontrolują ten teren. Ale nie umiem odsunąć od siebie tych skojarzeń.
I jeszcze na koniec w apendiksie jest analiza inwestycji grupy BinLaden*. Klan BinLaden nie zniknął z powierzchni ziemi, wraz ze śmiercią Osamy. Dlaczego by klany-organizacje finansowe nie miałby mieć swego zbrojnego ramienia, tak jak Gazprom? Nadto wszystkie wróble w necie ćwierkały natomiast o wspólnych interesach Bushów i BinLadenów, przynajmniej o kontach jednych i drugich w tych samych bankach.
*”In August 2008, the BinLaden Group signed an agreement to invest at least USD4.3bn, on behalf of a group of 15 Saudi investors known as the Middle East Foodstuff Consortium, to develop 500,000 ha of rice farmland in Indonesia. The aim is to produce basmati for export to Saudi Arabia, reportedly using Saudi seeds. On 14 August 2008 the BinLaden Group signed a memorandum of understanding with the Sultra provincial government, under which the BinLaden Group will be "provided" with 80,000 ha of land. The Jakarta Post reports that the BinLaden Group will also "acquire" land in the Merauke Regency of Papua Province. The investment plan runs to USD43mn per 5,000 ha and implementation was to start after Ramadan in 2008. Local partners include Medco (oil and mining), Sumber Alam Sutera (hybrid rice seeds) and Bangun Cipta Sarana (construction). The Saudi rice venture is part of a larger agricultural development project involving a total of 1.6m ha for not only rice but also maize, sorghum, soya beans and sugar cane, much of which will be converted to biofuels. The BinLaden Group owns a 15% stake in the Indonesian oil palm plantation and mining conglomerate Bakrie & Brothers.”

czwartek, 27 lipca 2017

Coś dla prostej postawy: numer specjalny Szkoły Nawigatorów, ŻYDOWSKI



Dla prostej, albowiem obowiązujące wyznanie wiary w nieskazitelność nowożytnych potomków narodu wybranego, podkreślanie przez polskojęzyczną inteligencję medialną wyższości szabasowych świec nad Świecą Paschalną, nieznośnie ortodoksyjną, są jak młyńskie koło na karku. Nader łatwo indukują skrzywienie postawy, garb, ociężałość umysłu, odkształcenie sumienia, grymas źle skrywanej wściekłości za fasadą humanistycznej miłości do ludzkości. Nie znaczy to, że główny redaktor Szkoły Nawigatorów, Gabriel Maciejewski, wraz z głównym twórcą tej antologii, Jolantą Gancarz podali nam, jak znana skądinąd broszura przedwojenna, bezbłędny przepis na to jak rozpoznać Żyda albo wyjaśnienie dlaczego Żydzi są zdegenerowani moralnie, albo dlaczego są podludźmi. O nie. Wręcz przeciwnie. W blogowym tekście „Nie udało się … antysemityzm nie istnieje”, reklamującym tę edycję Szkoły Nawigatorów, pan Maciejewski skarży się, że nie udało się znaleźć tekstów przedstawiających poważne argumenty antysemickie: „przyświecała nam myśl taka, by zebrać w jednym miejscu teksty prawdziwie antysemickie okazało się, że takich prawie nie ma. To jest prawdziwa katastrofa, ale tak jest w istocie. Kwartalnik zawiera bowiem nie tylko teksty autorskie, nie tylko tłumaczenia przygotowywane specjalnie na tę okazję, ale również niechętne żydom teksty z przeszłości. Obraz jaki ukazał się naszym oczom po złożeniu numeru był straszliwy. Nie ma żadnego antysemityzmu. To bluff. Najcięższe antysemickie armaty, wyprodukowane w zakładach Kruppa, czyli w różnych poważnych niemieckich uniwersytetach, to – a widać to dopiero po latach – wyraz szczerej paniki przed ekonomicznym terrorem i zablokowaniem rynków, ale także przed przewagą intelektualną i organizacyjną. Tam jest tylko podziw. (…) Jeszcze gorzej jest z Polakami, tam nie ma nawet podziwu. Tam – w tych tekstach publicystycznych, powieściach antysemickich z XIX wieku – jest wyłącznie strach przed nędzą i wykluczeniem. Okazało się, że jedyny prawdziwie antysemicki, nacechowany pogardą i obrzydzeniem tekst napisał kiedyś Antoni Słonimski.” (https://coryllus.pl/nie-udalo-sie-antysemityzm-nie-istnieje/)
I faktycznie, gdy porównamy ten właśnie tekst Słonimskiego, „O drażliwości żydów” polskiego żyda i masona, zamieszczony w tym tomie z pozostałymi, tylko w nim znajdziemy biologiczną nienawiść do narodu żydowskiego. Słonimski zaś jest nie tylko antysemitą, ale i antypolonusem i generalnie mizantropem, dla którego jedynym przedmiotem miłości może być internacjonalny socjalizm. Nawet „Pająki” Klemensa Junoszy Szaniawskiego, również włączone do tego tomu, nowelka mówiąca o pasożytniczych praktykach wyłudzania pieniędzy przez żydowskich lichwiarzy, choć opowiada o cynicznym, nielegalnym procederze, to jednak eksponuje również ich niezwykłą sprawność i jakby częściowo ich tłumaczy, ukazując jak bardzo nieludzki relatywizm był wpisany w ich mentalność, w zaskakująco bliskim sąsiedztwie zwykłej ludzkiej wrażliwości.
Scenariusz, linia argumentacyjna całego tomu, dzieło pani Gancarz, krok po kroku wyłania się z kolejnych artykułów, znajdując swoją konkluzję w końcowym dwugłosie w postaci tekstu Wernera Sombarta „Żydzi a życie gospodarcze” i artykułu pani Jolanty „Anglikańskie misje do żydów a brytyjska geopolityka, czyli o cudownych koincydencjach”.
Pierwszy tekst, po słowie wstępnym, F. Roderyka Stoltheima „Zagadka powodzenia żydowskiego” mówi o pseudo-etyce talmudycznej. Stoltheim nie pisze tego wprost, ale apologia egoizmu etnicznego, ukazana jako istota Talmudu, przywodzi na myśl niebiblijne inspiracje stojące u jego podstaw, jakby wychodzące z agresywnego środowiska merkantylnego, które świat postrzegało jako ostrą walkę organizacji przestępczych. Zarazem eksponuje on ekonomię i historię gospodarczą jako główne podejście do pytania o fenomen żydowstwa.
Tekst Dariusza Razmusa, „Początki początków. Osadnictwo żydowskie u progu naszej państwowości”, prezentuje odmienny ton, życzliwy wobec społeczności żydowskiej obecnej na naszych ziemiach od początków piastowskiej państwowości.
Kolejny, neutralny w swym tonie i fascynujący artykuł pani Gancarz, w tytule zawierający akronim napisany po hebrajsku, a oznaczający imię jednego z najwybitniejszych myślicieli żydowskich z XI wieku, Rabbiego Szlomo Icchakiego, łączy historię tego mędrca z tajemnicą nazwy miasta Olkusz, tajemnicą do samodzielnego zgłębienia przez szczęśliwych nabywców tej Szkoły nawigatorów.
Tytuł tekstu prof. Mikhaila Kizilova z oksfordzkiego Merton College, „Niewolnicy, pożyczkodawcy i strażnicy więzień: Żydzi a handel niewolnikami w i jeńcami w Chanacie Krymskim”, przetłumaczonego przez Aleksandrę Żak, mówi sam za siebie. Dotyczy okresu od XVI wieku do XVIII, kiedy to handel niewolnikami w Chanacie Krymskim był głównym źródłem dochodu.
Edward Kniażycki w „Blues, Inc.” daje ciekawy, pełen humoru a nawet ironii, wstęp do swego tłumaczenia tekstu słynnego historyka amerykańskiego, Benarda Bacharacha, „Polityka żydowska we wczesnośredniowiecznych Włoszech”, który pokazuje organizacyjną zwartość i siłę diaspory żydowskiej w starciu z chrześcijańską władzą Italii.
„Ariel Toaff i jego ‘Krwawa Pascha’” Marcina Żaka odnosi się, w sposób niezwykle wnikliwy i ciekawy sposób, do słynnej książki dotyczącej mordów rytualnych przypisywanych Żydom. Moje jedyne zastrzeżenie do tego tekstu jest takie, że za mało miejsca poświęca stronie propagandowej całej historii tej publikacji, t. j. wycofaniu się Ariela Toaffa, syna Naczelnego Rabina Rzymu, ze swoich tez o faktyczności mordów rytualnych. Historia nagonki na niego przekazana jest przez p. Żaka rzetelnie, ale brakuje wniosków dotyczących funkcji propagandowej owych badań nad i oskarżeń o mordy rytualne. Fenomen mordów rytualnych zawiera się albowiem nie tylko w ich przerażającej praktyce, na szczęście niezwykle rzadkiej, ale również w umiejętności wykorzystania przez społeczność żydowską oskarżeń o nie na swoją korzyść.
„Znajdziesz to w aptece. Praktyki kabalistyczne i medycyna naturalna w Rzeczypospolitej Obojga Narodów (1690-1750)” to tłumaczenie Aleksandry Żak obszernego i ciekawego tekstu Yohanana Pietrovsky’ego-Shterna. Tytuł wszystko wyjaśnia.
Krzysztof Laskowski w „Eugenice po żydowsku” w sposób intrygujący pisze o żydowskiej strategii łączenia krok po kroku „wysokiego ilorazu inteligencji i wysokiego wykształcenia z dużym majątkiem”.
Krzysztof Osiejuk w swoim tekście „Familia Warburgów”, w znanym wszystkim swoim charakterystycznym stylu, opisuje dzieje tego klanu i ich największego osiągnięcia, firmy inwestycyjnej Warburg Pincus.
Tekst Ewy Rembikowskiej „Grube ryby w mętniej wodzie” z detektywistyczną pasją opowiada o karierze braci Kalfusów, zajmujących się kolejno handlem skórami, następnie rybami, by w latach trzydziestych dojść do przemytu eterem, środkiem narkotycznym silnie uzależniającym produkowanym w nazistowskich latach 30-tych na pograniczy niemiecko-polskim, następnie kolportowanym nielegalnie na stronę polską jako lekarstwo od siedmiu boleści.
„Pająki” Szaniawskiego i esej Słonimskiego były już wcześniej przedstawione. Podobnie fascynujące teksty Wernera Sombarta i pani Gancarz zamykające cały tom silnym akcentem z oscylującym między ekonomiczną kryminalistyką a politologią.
Ostatni tekst pani Marii Sztajer „Okradzione miasto” pokazuje podobne praktyki kryminalne, acz już nie związane z inwestorami żydowskimi, drenaż mało znanego acz ważnego ośrodka przemysłowego w Polsce, Czeladzi.
Materiał tego tomu jest kopalnią wiedzy i to wiedzy niezbędnej dla realnej oceny tzw. historii gospodarczej, jak i ekonomicznej teraźniejszości. Jest on modelowym przykładem analityki gospodarczej, propagandowej i politycznej, rysującej meandry kilku dziedzin ekonomicznych i propagandowych opanowanych przez aktywistów żydowskich, analityki dając trzeźwą orientację w ważnych obszarach ekonomii.

poniedziałek, 24 lipca 2017

Coś na odtrutkę czyli historia Polski pisana na nowo: POLSKI numer 11 Szkoły Nawigatorów




„Historię polski trzeba napisać na nowo” - tak brzmiało przesłanie słynnego wywiadu z prof. Wieczorkiewiczem (http://blogmedia24.pl/node/11708). Zadania tego podjęli się autorzy 11 numeru Szkoły Nawigatorów, numeru polskiego. Ta co prawda wydana tylko ponad rok temu, ale ciągle mnie na nią bierze. Ma w sobie coś, co ciągle czynią ją świeżą. Co takiego? Historię, mianowicie, opowiedzianą z pasją detektywistyczną. I nie tylko, również z pasją filozoficzną. Tę znajdziecie państwo w tekście Gerarda Warcoka „O dziwnej miłości ludzi do władzy, która ich niszczy”, który mówi o psycho-manipulacjach władzy rzekomo demokratycznej i obywatelskiej, i choć dziś mamy inną sytuację, socjotechniki stosowane dziś „na ulicy i za granicą” nie pozwalają nam zapomnieć o ważnym pouczeniu zawartym w tym artykule, który czyni tę edycję SN wyjątkową aktualną. W tekście Jacka Drobnego „Albośmy to jacy tacy, czyli historia czerwia polskiego”, znajdziecie państwo przebłysk fascynującej, staropolskiej filozofii polityki, który wyjaśni wartość zjawiska zwanego narodem politycznym w kontraście z konstruktem zwanym narodem etnicznym. Pełna iluminacja filozoficzna jest również w streszczeniu filozofii międzywojennego myśliciela, Księdza Pawła Siwka, pióra K. Laskowskiego.
Zaś dociekania historiograficzne to demaskacja, „jazda bez trzymanki”, wstecz od demaskacji środowiska sanacyjnego, przez podwójną moralności panów Żeromskiego i Kasprowicza, przez walkę Polaków z grandziarstwem francuskim w dwudziestoleciu międzywojennym, przez autentyczną wartość politycznej pracy rzekomo sanacyjnego premiera Kazimierza Bartla, przez manipulacje propagandowe i finansowe u podstaw tzw. Komisji Edukacji Narodowej, przez zapomniane karty historii z okresu wojen moskiewskich i kozackich, przez działalność wywiadowczą irlandzkiego medyka u boku Jana Sobieskiego, przez działalność mafijną tzw. humanistów z epoki jagielońskiej, przez politykę finansową Aleksandra Jagiellończyka, historię Piastówny Ryksy, królowej Hiszpanii i „Zapomnianej cesarzowej”, po zamach w Meserburgu na Bolesława Chrobrego.
Oto sekwencja, która w zupełnie nowym świetle ukazuje doniosłość polskiej historii.

Podróż do Wilna II

Droga z Białegostoku do Wilna była bardzo przyjemna. Ja po prostu lubię te mazurskie pejzaże. Mieczysław Jałowiecki pisze, że Litwin - ma na myśli przede wszystkim Polaka żyjącego na Litwie zjednoczonej z Rzeczypospolitą, względnie Białorusina, być może i kownieńskiego Litwina – ma zawsze w podświadomości las. Chociaż ja siódma woda po Litwinach to jednak mazurskie wakacje i grzybobrania w lasach kujawskich zostawiły w mojej świadomość podobny imprint. Gdzieś na horyzoncie zawsze musi być las, puszcza, jakby drugi dom. Najpierw były podlaskie pola, soczyście zielone z tymi rozłożonymi po obu stronach drogi domkami. Ale zawsze z lasem w tle. Minąłem zjazd na Sokółkę oddając z odległości cześć cudownemu Sanctissimum z żywą tkanką Najświętszego Serca Zbawcy. I wjechałem w Augustowskie lasy. Jest tam chyba jedna tylko droga do Augustowa z Białegostoku i dalej na Litwę. I tam przez kilka kilometrów czy nawet kilkanaście po obu stronach drogi ciągnie się ten niesamowity świerkowy las, jakby relikt epoki polodowcowej, z tymi rozłożystymi świerkami, pod rosochami których zdaje się leśnemu wędrowcy, że znajdzie jakby naturalny szałas, przynajmniej schronienie przed wiatrem i deszczem.




Są też drogi proste jak oszczepem rzucił, które ciągną się kilometrami przez mazurskie pola, w wrześniu już zżęte, nakreślone apodyktyczną ręką carskiego urzędnika i posłusznie wydeptane przez chłopów pańszczyźnianych.
Potem było to dziwne przejście graniczne i to miasteczko z tą dwupasmówką jak boisko i puste niemal drogi litewskie. Znowu z polami i lasami albo w tle albo po obu stronach drogi.
Miejsce u Sióstr Jezusa Miłosiernego, sopoćkowych Faustynek, miałem już umówione wcześniej. Była to zresztą moja druga wizyta w Wilnie i razem u Sióstr. Ich dom wileński mieści się w domu, w którym mieściła się plebania kolejnej parafii, chyba drugiej, gdzie Bł. Michał Sopoćko pracował. Pierwsza była w Taboryszkach małej wioseczce obecnie blisko granicy litewsko-białoruskiej. O niej za chwilę.
Parafia, w plebanii której obecnie stacjonują Siostry Jezusa Miłosiernego, miała kościół pod wezwaniem Najświętszego Serca Zbawiciela, wspaniała barokowa świątynia, która niestety do tej pory nie została odrestaurowana po komunistycznym zniszczeniu.


Wezwanie Najświętszego Serca Zbawiciela łączy się z Siostrami Wizytkami i tam właśnie swój klasztor miały owe Siostry. Ks. Sopoćko był wówczas ich kierownikiem duchowym. W ich dawnym klasztorze mieście się obecnie Hospicjum im. Bł. Ks. Sopoćki. Miejsce ostatnich zmagań ludzi stojących na progu odejścia z tego świata. Prześwietnie zorganizowane z doskonałą i przesympatyczną obsługą. Otoczone modlitwą i empatią sióstr.


Osobą, która zawiaduje tym przedsięwzięciem jest S. Michaela Rak, która po całym świecie składa świadectwo Bożemu Miłosierdziu i kwestuje na rzecz tego hospicjum. Teraz planuje rozbudowę obecnego hospicjum o oddział dziecięcy. http://www.wilnoteka.lt/pl/artykul/s-michaela-rak-i-znowu-nie-majac-nic-powiedzialam-quottakquot


Ofiara na wsparcie tego hospicjum jest celem jak najbardziej godnym. Podaję tu konto ze strony http://www.faustyna.eu/hospicjum-wilno.htm:
Nordea Bank Finland Plc Lietuvos
Kod Banku:21400
BIC, SWIFT kod: NDEALT2X
LT 832140030002856355 LTL
LT 232140030002856368 EUR
LT 392140030002856371 USD
LT 762140030002856384 PLN
W klasztorze Sióstr Jezusa Miłosiernego ich kaplica znajduje się w pokoju, gdzie swoją pracownię miał Eugeniusz Kazimirowski. Jego właśnie, zanim otrzymał zlecenia na obraz Jezu, ufam Tobie, Ks. Michał przygarnął do siebie. Dał mu miejsce do mieszkania i pracy. Skąd go znał, nie wiem. Ale wybór Kazimirowskiego na wykonawcę tego wspaniałego obrazu nie był przypadkowy. Nie tylko z powodu przyjaźni. Siostry w owym czasie urządziły na trawniku, tuż obok wejścia do swego klasztoru, wystawę reprodukcji Kazimirowskiego pod chmurką.
Popatrzcie, mili państwo, sami. Mamy tu malarza nietuzinkowego, świetnego portrecistę i ciekawego pejzażystę.


Miałem ledwie dwa dni czasu na Wilno i głównym moim celem były Taboryszki. Dojechałem tam zrobiłem kilka zdjęć tego dość dużego starożytnego, drewnianego kościoła. I widać że zadbanego. Do środka nie weszłem, bo osoba, która miała mnie wpuścić, nie dojechała z Wilna. Ale weszłem na dziedziniec. Obeszłem go do okooła i obcykałem. Zdjęcia tu podane nie są moje. Są ogólnie dostępne w internecie. Wygląd jesienny:
I letni:


Nawdychałem tej atmosfery litewskiej wsi i ku mojemu zdziwieniu, prawie tuż przed odjazdem, na bramie znalazłem ogłoszenia parafialne w języku polskim. W polskim języku ogłoszenia parafialne na „litewskiej” Litwie. Bez komentarzy.
Wybaczcie mi zmysłową przyziemność, ale Litwa to dla mnie też smak potraw, którymi zajadałem się w domu moich dziadków, przede wszystkim chłodnik litewski i kołduny. Chołodźca litewskiego nigdy nie jadłem, ale jakaś namiastką było w moim dzieciństwie zsiadłe mleko z ziemniakami, koperkiem i świeżym ogórkiem. Chołodziec albowiem to wędliny podane właśnie ze zsiadłym mlekiem, ziemniaki też mogą być. No cóż, nie potrafię oddać w piśmie tego niepowtarzalnego smaku chłodnika, zawsze też innego zależnie od kucharza. Jedyne, co mogę powiedzieć to to, że jest potrawa królewska.
W końcu Wilno to dla mnie również starówka wileńska z jego niepowtarzalnymi świątyniami w owym odlotowym zupełnie stylu wileńskiego baroku, zwłaszcza ze świątynią św. Piotra i Pawła:

św. Kazimierza:

św. Anny, dla odmiany gotyckiej wykonanej prawdopodobnie przez mistrza gdańskiego:
i sanktuarium Miłosierdzia Bożego w małej acz zgrabnej kaplicy w sercu starówki:
Ostra Brama i ikona Matki Bożej Miłosierdzia oraz ikona Jezusa Miłosiernego namalowana mistrzowską dłonią pana Kazimirowskiego to osobny temat na ostatnią III część tego cyklu.

c.d.n.















czwartek, 13 lipca 2017

Podróż do Wilna cz. I

Dziewięć miesięcy temu, z małym hakiem, tzw. rzutem na taśmę, w ostanim prześwicie między kolejnymi zrywami w robocie, wyruszyłem do Wilna, tuż przed rozpoczęciem roku akademickiego. Via Białystok. Powiem szczerze, że nie lubię tego określenia „podróż sentymentalna”. Bo w ogóle, tak jak moi litewscy przodkowie, nie lubię sentymentalizmu. Owszem jestem albo bywam sentymentalny. Ale z przekonania sentymentalizmu nie darzę zaufaniem. Tak więc nie była to podróż sentymentalna. Raczej podróż marzeń. W Szkole Nawigatorów źle się kojarzy pojęcie aspiracji, ale nie potrafię inaczej tego przedsięwzięcia opisać jak tylko jako podróż aspiracji. Była to również pielgrzymka. Nadto wyczyn sportowy.
Z Opola do Białegostoku kawał drogi. Kilka godzin za kółkiem. Po drodze nasza stolica duchowa, ze wspaniałym wyszynkiem w domu pielgrzyma i Msza św. przed świętym obliczem Królowej Polski. Trzy godziny dwupasmówką i stolica administracyjna. Sam przejazd przez Warszawę to ze dwie godziny. Autostrady wygodne, ale w sumie przerażające. Jechałem oczywista nieekonomicznie, bo inaczej nie umiem. W drodze powrotnej miałem potworne jakieś odczucia księżycowe na tych autostradach. Jeszcze trochę a zacząłbym gadać do opon tirów, które mijałem. Gdyby nie czas, wolałbym jechać przez wioski. Ale dojechałem. Wprost na Świętych Archaniołów i razem na imieniny bł. Ks. Michała Sopoćki, apostoła Bożego Miłosierdzia i spowiednika św. Faustyny Kowalskiej. Białystok miasto miłosierdzia, tak nazwał je poprzedni wielki dziedzic ewangelicznych apostołów w Białymstoku, Ks. Bp Stanisław Szymecki, miasto bł. Michała (co pięknie przedstawia ten dokument https://www.youtube.com/watch?v=k882OTKOyzo, wypowiedź Bp Szymeckiego w 6'42''). Jest nazwane miastem bł. Ks. Sopoćki nie tylko dlatego, że on tam mieszkał, ale również z powodu cudownego uratowania całego miasta przed katastrofą ekologiczną, mówiąc dokładniej przed wyciekiem chloru z 4 rosyjskich cystern kolejowych (w składzie 12 cystern), które wykoleiły się 9 marca 1989 roku o 2 w nocy, co ciekawe, opodal domu Sióstr Jezusa Miłosierniego na ul. Poleskiej, gdzie mieszkał w ostatnich latach swojego życia bł. Ks. Michał. Był on albowiem założycielem tego zgromadzenia i razem wykonawcą testamentu św. Faustyny, albo raczej wykonawcą woli samego Zbawiciela. Chlor nie wyciekł. Miasto ocalało. Kościół w Białymstoku przypisał ten szczęśliwy finał uprzedzającej interwencji Bożego Miłosierdzia i wstawiennictwu błogosławionego (szczegóły tutaj: http://sopocko.pl/artykuly/29-bialostocki-znak-milosierdzia-bozego/). W tamtym miejscu stoi teraz kamienny krzyż, pod którym kwiaty i świece są odświeżane przez okrągły roczek.
Białystok to również małe Wilno. Białystok, choć stolica Podlasia, w dwudziestoleciu międzywojenny należał do województwa wileńskiego. Zaś po wojnie, mała mieścina, niegdyś w połowie żydowska, nawet więcej niż w połowie, powstała z gruzów dzięki wygnańcom z Wilna i Litwy, by w końcu rozwinąć się do rozmiarów prawie 300-tysięcznej metropolii. Jest kilka miejsc w Białymstoku, które upamiętniają Wilno i Wilnian, ale czymś naprawdę wyjątkowym jest kościół Zmartwychwstania Pańskiego utrzymany w przepięknym stylu tzw. baroku wileńskiego, upamiętniający świątynię bazyliańską z Berezwecza k. Głębokiego na Białorusi, którą władze sowieckie zniszczyły całkowicie około 1970 r.,
http://www.ciekawepodlasie.pl/image/3989/Kosciol_pw_Zmartwychwstania_Panskiego.jpg
Rozgościłem się właśnie w domu Sióstr Jezusa Miłosiernego. Rzecz jasna, nie spadłem im jak grom z jasnego nieba. Swoją wizytę zapowiedziałem. Odwiedzałem ich tam nie pierwszy raz. Bardzo gościnną siostrę przełożoną Marię Kalinowską znałem jeszcze z moich wizyt w Gorzowie Wielkopolskim. Sam dom Sióstr Jezusa Miłosiernego jest naprawdę nie tylko miejscem historycznym, ale i urokliwym,
z małym muzeum, w którym siostry zebrały szereg przedmiotów codziennego użytku, osieroconych przez ich założyciela, binokle sutanna, kapelusz, nawet buty, maszyna do pisania, piękne, wileńskie, rzeźbione krzesła, takaż szafa, notatki błogosławionego, książki (http://www.faustyna.eu/oredzie_pl2a.htm).
W drugim cała kolekcja pamiątkowych zdjęć.
Miałem również zaszczyt rozmowy z Ks. profesorem Tadeuszem Krahelem, historykiem diecezji wileńskiej, autorem kilku bardzo cennych książek na temat duchowieństwa litewskiego. Jego najnowsze wydane w tym roku monumentalne dzieło to Martyrologia polskiego duchowieństwa archidiecezji wileńskiej 1939-1945., monografia, jak ją określił magazyn wileński, jakiej jeszcze nie było. Niestety zmartwię was, państwo mili, bo jest ona już poza zasięgiem zwykłego czytelnika. Trzeba szukać po bibliotekach seminaryjnych.
Słuchałem jego świadectwa o Wilnie, o Białymstoku jako małym Wilnie, o martyrologii kresowych, kapłanów i kleryków z wileńszczyzny w czasie II Wojny Światowej, na temat obecnego stanu katolicyzmu litewskiego. Moje horyzonty znacznie się poszerzyły. Ks. Krahel mówi do mnie wprost: „Litwa, Wilno? Dla nas to nie jest zagranica. My tam jeździmy do siebie, na nasze stare miejsca. To nasz dom”.
Wieczorem uroczysta Eucharystia transmitowana przez Trwam, wspaniała homilia Bp Ciereszki, postulatora procesu Beatyfikacyjnego i procesja, marsz miłosierdzia ulicami Białegostoku, doskonale zorganizowany i zaplanowany, z udziałem duchownych, wiernych, wojska, młodzieży akademickiej, z inscenizacjami w wykonaniu młodych. Przeżycie duchowe niezwykłe, moc wspólnej modlitwy i obecność Króla Miłosierdzia pośród swoich poddanych. I razem przeżycie sportowe. Marsz kończy się w nocy. Nie czuję nóg. Na szczęście Białystok nie jest duży.
Wracam na kolację do Sióstr i tam z bardzo sympatyczną siostrą, która wróciła właśnie z misji w RPA. Słuchamy sobie rozmów niedokończonych i plotkujemy. Uszy mi rosną. RPA to kraj nieustannej wojny. Zasieki, mordy i rabunki na porządku dziennym, kraj bez miłosierdzia, gdzie nie można nawet swobodnie przejść się po mieście, zwłaszcza niewtajemniczonemu, bo grozić to może dosłownie śmiercią z rąk ochroniarzy albo lokalnych bojówkarzy, gdy niewtajemniczony za bardzo zbliży się do rewiru. Owoż i skutki herezji. Apartheid wyrósł bowiem wprost z kalwinizmu holenderskich Boerów, z tej naciąganej idei predestynacji, która służyła również jako usprawiedliwienie niewolnictwa i segregacji rasowej, jakoby czarni byli potomkami Kaina. Czarna skóra miałby być owym znamieniem, którym Bóg pokarał pierwszego zabójcę, ale w Piśmie Świętym znamię Kaina nie ma dokładnego opisu. To równie dobrze mogła być biała skóra, albo po prostu inne znamię na skórze. Nadto było przecież ono również ochroną dla Kaina przez mordem i wszelką przemocą. Zajrzyjcie państwo do Księgi rodzaju.
Świadomość, że my w Polsce, mimo tego naporu rynsztoku i wręcz zorganizowanej przestepczości, mamy zupełnie inną sytuację, wzbudził we mnie wielką wdzięczność. Jakie my mamy szczęście, że jest ta Polska, jej historia związana z historią Kościoła, że jest to Wilno z jego historią i św. Faustyna wraz ze swoim kierownikiem duchowym bł. Ks. Michałem.
c.d.n. wkrótce
P.s. Oczywiście Siostrę Marię jak i wszystkie Siostry z Białegostoku i Siostrę przybyłą z RPA, a także Bp Ciereszkę i Ks. Krahela serdecznie pozdrawiam, i dziękuję za gościnność. 

sobota, 8 lipca 2017

Książka jak wino: Krzysztof Osiejuk Toyah, 39 wypraw na 9 krąg, Klinika Języka, 2016.



Jak wino, im starsza tym lepsza. Ta co prawda ma dopiero roczek. Ale klaruje się jak reńskie, z tą różnicą, że z zadziwiającą szybkością. Po roku smakuje dwadzieścia razy bardziej niż za pierwszym czytaniem. Lubo ma w sobie i cierpkość wytrawnego i słodycz słodkiego. Każdy coś znajdzie. Zacznę od mojego ulubionego fragmentu z rozdziału „Zara”, o twórcy tegoż konglomeraty tekstylnego Amancio Ortedze Gaonie (nie wiem czy dobrze odmieniam, mianownik: Amancio Ortega Gaona): „Motocyklista zatrzymał się na czerwonym świetle, tuż obok wytwornego, czarnego lincolna. Z wnętrza limuzyny jej pasażer rzucił okiem za kono i ujrzał czekającego na zmianę świateł chłopaka na motorze. Zauważył też jego strój – jeansową kurtkę z naszytymi łatami, co mu przypomniało dawne lata 70. Mężczyzna w lincolnie, starszy już bardzo człowiek, znacznie starszy od chłopaka , kurtkę obejrzał dokładnie, złapał za telefon i jak głosi legenda, zadzwonił do swojego biura. Nie spuszczając oka z motocyklisty, opisał człowiekowi pod drugiej stronie z najdrobnieszymi zcxzegółami to, jak kurtka została uszyta, jej kształt i kolor, a następnie odkładając telefon, wydał krótką i jednoznaczną instrukcję: ‘Hacelda!’ – Uszyjcie mi to.”
I taki ton, rzeczowy i razem trzymający w napięciu jest obecny w całej narracji, we wszystkich rozdziałach tej książki. Oprócz ciekawego tekstu, jakby proroczego, na temat Donalda Trumpa, napisanego zanim jeszcze zaczął kandydować na prezydenta USA, znajdujemy tam rozdziały na temat świętych niemal milionerów takich jak Gaona, trzech pokoleniach rodu Ferrero, twórców włoskiej Nutelli, Phineasie Taylorze Barnum, mistrzu przemysłu rozrywkowego, a także o bogaczach z piekła rodem, takich jak, du Pont de Nemours, dziwnym odprysku angielskich interesów we Francji przeniesionym w obliczu rewolucji francuskiej do nowego świata, Rotschildowie, przy omawianiu których pan Osiejuk pokazuje swój kieł politologiczny (tak, właśnie, nie inny tylko taki, który należy nazwać kłem filozofii polityki), Roosveltowie, czy Durstowie, przy omawianiu których wychodzi z niego kryminolog.
Truizmem będzie, jeśli powiem, że czyta się to lepiej niż kryminał. Bo są to historie, których nie wymyśli żaden Chandler ani Agata Christi. A są tam takie momenty, że King wysiada. (O Brytolu Doyle’u czy Szwedzie Nebo lepiej z litości w ogóle nie wspominać). Dlaczego, bo to, co pisze King wystrugane jest z przysłowiowego gorącego, jankeskiego kartofla. A tu są horrory, które faktycznie miały miejsce. Powiedzieć, że one są piekielne, nie wystarczy, jakby nie uchodzi, nie uchodzi.
Wszystkich tytułów rozdziałów i nazwisk nie wymienię, bo już dostaję skurczy palców od tego klikania, i również dlatego, że resztę musicie doczytać sami. Powiem tylko, że mamy tu 39 nazwisk z których wiele pokrywa się z listą z książki 60 families Lundberga, który zresztą jest wprost cytowany przez autora. Nie sprawdzałem ile i którzy, ale ta analogia nasuwa się sama. Dlatego jest to lektura obowiązkowa dla Polaka w 21 wieku, który chce wiedzieć, w jakim żyje świecie, co to znaczy pieniądz i kapitał, co to znaczy pracować na sukces, na duży sukces, jakie są progi, przeszkody i prawdziwe piekielne, zaczadzone labirynty na tej drodze, jaka jest etyka walki na tym polu bitewnym i gdzie, w jakich okolicznościach i z jakich racji można spaść na ów dantejski 9 krąg złajdaczenia. Bardzo ciekawe zasady walki, walki w najlepszym stylu, o duże pieniądze, czyli zasady etyki tego pola walki, znajdziecie, mili państwo, w rozdziale drugim poświęconym Samuelowi Truetowi Cathy’emu, w całej jego historii i w jego 14 zasadach uczciwego życia w tym niełatwym świecie kapitału. Nie, nie zacytuje ich. Bo chlor znowu napisze, że walnąłem spoilera, poza tym ścięgna palców. Wiecie, jak jest.
Dodam tylko ostrzeżenie, byście nie dali się zwieść pozorom. Pan Osiejuk Toyah lubi zakładać pułapki na naiwnych. Mnie zresztą też uważa za naiwniaka. Między nami mówiąc, wolno mu. Chodzi o to, że onegdaj ogłosił, że jest „socjalistą”. W tej księdze znowu próbuje nas zwieść jak wytrawny lis slalomista. Pisze albowiem o Michelle Ferrero i jego systemie zabezpieczeń socjalnych i wszelakich dla swoich pracowników, jakoby czyniąc cienkie poetyckie aluzje do swojej, osiejukowej „socjalistycznej” ekstrawagancji, co następuje: „To co wydaje się wyróżniać Michele Ferrero na tle większości z wielkich przedsiębiorców i ludzi biznesu, to fakt, że jeśli przyjrzeć się temu, w jaki sposób on prowadził swoją działalność i jakim był człowiekiem, należy stwierdzić, że nawet jeśli nie powiemy, że był on socjalistą, to z całą pewnością miał więcej wspólnego z socjalistami, niż z tak zwanymi liberałami.” Sęk w tym, że jak sam to wykazał w swoim tekście o pewnym ministrze, szczerzy liberałowie to tak naprawdę zakamuflowani najemnicy czyli socjaliści. Nadto w tym samym rozdziale ekonomiczna analiza poczynań Ferrero i ekspansji jego firmy pokazuje jaki to „socjalista” z pana Osiejuka, to znaczy pokazuje swoją rzetelna wiedzę ekonomiczną i umiejętności analityczne, których nie powstydziłby się sowicie opłacany analityk z informatycznej korporacji Oracle. No cóż, wybiegi i zabiegi pana Osiejuka służą, jak widać, efektownie i efektywnie jednemu celowi, wskazaniu socjalistom i szczerym liberałom z nadania banksterskiego, gdzie ich miejsce na tym śmietniku kapitału i historii. Dlatego, mili państwo, zwróćcie uwagę na taki cytacik z rozdziału poświęconego milliardowemu interesowi rodzinnemu Cargill-MacMillan, w którym pan Osiejuk Toyah pisze o ich dziwnym statusie niby gdzieś na szarym końcu listy najbogatszych: „Otóż to, co jest niezwykle ciekawe, i co rzuca się w oczy niemal w jednej chwili, to fakt, że najbogatsza z nich wszystkich (Cargillów-MacMillanów) Pauline MacMillan Keinath na liście Forbesa zajmuje bardzo dalekie, dopiero 254 miejsce, co by mogło wskazywać na to, że Cargill to biznes taki sobie. Tymczasem firma, o której mówimy, jest dziś największą prywatną korporacją w całych Stanach Zjednoczonych. (…) I zagadki owej skromności Cargillów i MacMillanów nie wyjaśnia nawet fakt, że przez ową niechęć do emisji aukcji, swój wzrost firma zawdzięcza przede wszystkim reinwestowaniu dochodów (dziś stanowi to jakieś 80% z owych zarabianych przez nich każdego roku milliardów), co siłą rzeczy musi mieć wpływ na osobistą sytuację każdego z nich.” Dalej jest tylko ciekawiej.
Na koniec cytat politologiczny, powalający, z rozdziału o Rotschildach, w którym cytuje słowa drugiego w chronologii klanu Rotschilda, Nathana Meyera, na temat pacynkowego charakteru monarchów brytyjskich i prawdziwej władzy nad brytyjskim Imperium spoczywającej w rękach tego, kto kontroluje emisję funta, czyli w rękach jego samego. To tylko wstęp, cytat jest tutaj: „Des Griffin w swojej książce Descent into Slavery opisuje City (centrum finansowe brytyjskie i razem globalne – przyp. Magazynier) jako niezależne państwo i sugeruje, że od czasu gdy w roku 1694 Bank of England przeszedł w prywatne ręce, to tu podejmowane są wszelkie decyzje dotyczące Wileki Brytanii. (…) Natomiast E.C. Knuth w innej książce Empire of the City sugeruje, że kiedy Królowa wjeżdża do City staje się poddaną Lorda Mayora oraz złożonego z 12-14 osób komitetu, popularnie noszącego nazwę Korony (…). Jak pokazuje tradycja, od roku 1820 Lord Major jest wybierany prze Dom Rotschildów.”
Ośmieliłem się imputować kiedyś panu Osiejukowi, na podstawie tego fragmentu, że w zasadzie jest monarchistą, tylko nie wie o tym. Pokazuje on bowiem, najskuteczniejszą monarchię w historii, najskuteczniejszą, bo niejawną i poplątaną z niejawną arystokracją, czyli oligarchią, co oznacza nie możność pociągnięcia owych władców do odpowiedzialności. W tzw. prawie salickim, ustanawiającym zasady monarchii wyrastającej z Kościoła Rzymsko-katolickiego, monarcha może być pociągany do odpowiedzialności poprzez uznanie go niegodnym swojej funkcji, a raczej powołania.