piątek, 23 czerwca 2017

Komisja Edukacji Narodowej, Hugo Kołłątaj i Stanisław Staszic. Czyli fizjokracja na dwu skibach. Cz. II


(Tekst opublikowany w Szkole Nawigatorów, kwartalniku Kliniki Języka, wydanie poświęcone sprawom polskim)
Podkreślić należy fakt, iż KEN została powołana na życzenie Stackelberga. Oraz to, że polskie opracowania historyczne, od Staszica po Konecznego, opisują KEN jako jedyny pozytywny owoc owej katastrofy dziejowej, wielkie szczęście w ogromnym nieszczęściu, zbawienie narodu, które wydobyło Polskę z zapaści sarmackiej i jezuickiego obskurantyzmu. Żeby zrozumieć naturę tego przedsięwzięcia należy naszkicować sytuację, w której Komisja weszła na areną historii. Sejm rozbiorowy zwołany został na 19 kwietnia 1773 r. Zaś 10 sierpnia tego roku w Polsce została ogłoszona kasata Jezuitów, o możliwości której zapewne zaufani z różnych zakątków Europy donosili zainteresowanym, być może nawet z samej Stolicy Apostolskiej. 14 października 1773 r. powołano na wniosek Stackelberga Komisję Edukacji Narodowej, która jako pierwsza w Europie, jeśli nie w świecie, centralna, państwowa instytucja edukacyjna, miała przejąć majątek rozwiązanego zakonu. Na drodze tym intencjom stanęły zabiegi sejmowego marszałka Adama Ponińskiego, sowicie opłacanego przez kolejnych ambasadorów rosyjskich, który dążył do uchwalenia tzw. emfiteuzy, sprzedaży dóbr pojezuickich szlachcie rodowej „z obowiązkiem wnoszenia do skarbu państwa przewidzianej sumy od dochodu”.1 „Wobec niepowodzenia tej koncepcji (...) Poniński usiłował nie dopuścić do powstania organu, który stałby się spadkobiercą substancji pojezuickiej, tj. KEN. Gdy 14 października 1773 uchwalono jej ustawę konstytucyjną, marszałek zdołał odwlec przejęcie przez Komisję pojezuickiego majątku do czasu jego dokładnego zlustrowania.”2
Zabiegi te miały na celu stworzenia dogodnej sytuacji do rabunku pojezuickiego mienia. Co ciekawe Stackelberg nie interweniował, mimo iż Komisja Edukacji Narodowej była jego dzieckiem. Dał Ponińskiemu wolną rękę. Najwyraźniej był on spokojny o jej dalszy los. Zatem słynny ambasador podchodził do sprawy polskiej „profesjonalnie” i gotów był przyglądać się z ukontentowaniem, jak jego „dzieci” sekują się wzajemnie, zarazem grzebiąc Rzeczpospolitą w mroku intryg. Po to wydawał owe „dzieci” na świat.
Komisje administracyjne sejmu rozbiorowego (edukacyjna i lustracyjna, następnie rozdawnicza, litewska i koronna) posłużyły jako rabusie i paserzy upłynniający mienie pojezuickie. Ambroise Jobert, francuski historyk, autorytet w sprawia KEN, pisze w pierwszej kolejności o spontanicznym skoku tłumu chciwców na majątek jezuicki przez:
Marszałkowie konfederacji mieli wyznaczyć lustratorów; Adam Poniński postarał się jak najszybciej wykorzystać tę prerogatywę. (…) Jedynie inwentarz pozwoliłby poznać wielkość dóbr pozostałych po zakonie. Massalski (inny człowiek Stackelberga, Biskup wileński, gorący orędownik KEN, wkrótce jej pierwszy przewodniczący i beneficjent – W. G.), czy ludzie z jego otoczenia, mówili nawet o dziewięciu milionach złp dochodu. Lustratorowie prowadzili dalej w sposób zorganizowany rabunek (…) wierzyciele Towarzystwa, spadkobiercy jego dobroczyńców, tysiące osób, zgłaszających mniej lub bardziej uzasadnione pretensje, rzuciły się na dobra, położyły rękę na zbiorach.3
W owym czasie los samych Ojców Jezuitów był opłakany, kilka miesięcy biedy. Oburzony Nuncjusz Apostolski, Giuseppe Garampi skarżył się Papieżowi na skorumpowanych polskich biskupów. Bliski był odkrycia, iż w istocie są oni karierowiczami wprowadzonymi w hierarchię Kościoła dla zabezpieczenia interesów magnackich środowisk. Nazywał Polakównarodem bezprzykładnym”.4 Lustratorowie formalnie podlegali Komisji Edukacji Narodowej, ale Poniński podporządkował ich sobie. Ogromne pieniądze rozchodziły się do prywatnych kieszeni wysokich urzędników komisji rozdawniczej. Marszałek Poniński zagarnął 200 000 złp, Biskup poznański Młodziejowski 300 000, Woroniecki 400 000, wojewoda kaliski Twardowski 450 000, książę Lubomirski 535 000, August Sułkowski, tak jak Poniński i Massalski protegowany Stackelberga, 237 000.5 Król Staś również otrzymywał podarki z tej puli. Wartość mienia Jezuitów, zarówno formalnie wykupionego jak i rozgrabionego po kasacie, szacuje się na 32 mln złp,6 co dziś w przybliżeniu równa się ok. 1 mld euro.7
Kasa samej Komisji była w tym okresie dość skromnie uposażona, ale Ignacy Massalski, pierwszy przewodniczący KEN do 1776, był jednocześnie administratorem kasy wileńskiej, ściągającej mienie pojezuickie na Litwie.8. Na upłynnienia jezuickich naczyń liturgicznych zyskał 600 000 złp. 300 000 natomiast przywłaszczył sobie z „funduszy przeznaczonych na edukację”.9 Jako instytucja, KEN musiała zadowolić się jakimiś resztkami. Massalski ponawiał skargi. Jej oficjalne wpływy w latach 1773-1776 wynosiły tylko 1 852 420 zł.10 Podczas, gdy realne dochody ze szkół pojezuickich wynosiły 3 mln rocznie. Porządki w finansach KEN, jakie zaczęto wprowadzać wraz ze zwołaniem nowego sejmu w 1776, wykazały złodziejstwa lub, biorąc pod uwagę ówczesny stan moralności publicznej, nonszalancję Massalskiego. Zaciągał on w niej wysokie pożyczki, których nie zwracał. Natomiast braki w zarządzanej przez niego kasie wileńskiej wynosiły 51 939 złp. Z tych i innych przyczyn Massalski musiał ustąpić i zwrócić, na zasadzie ugody, część przywłaszczonych środków. Trzeba mu oddać jednak to, że, jak pisze Jobert, „choć bardzo niechętnie, spłacał długi”.11 Powszechna juma zakończyła się wraz z zamknięciem sejmu. Po rozliczeniu z działalności pierwszego okresu i objęciu przewodniczenia przez Biskupa Michała Poniatowskiego, według Joberta, KEN mogła „pracować spokojnie”.12
Oznaczało to powrót do założeń Stackelberga, które w słynnym przemówieniu z 8 lutego 1773 r., jako jego zaufany, wygłosił sam Ignacy Massalski, wskazując na braki w wykształceniu narodu jako główną przyczynę rozbiorów, doradzając królowi kompromis z zaborcami i pouczając posłów o konieczności konstytucji „opartej na porządku natury, niezmiennym jak ona”, która „zapewni wszystkim Polakom własność ziemi”.13 „Załóż, Wasza Królewska Mość, nowe królestwo”, wzywał Massalski, „pamiętne na zawsze i przedmiot pragnień rodzaju ludzkiego, na prawach wiecznych i niezmiennych!”14
Skoro tak prawił kapłan Pański, spadkobierca Apostołów, jakżeby inaczej mógł czynić król, Boży Pomazaniec, dziedzic Piastów i Jagiellonów. „Prawa wieczne i niezmienne” mogły być tylko świętym lex divinae, Boskim Prawem. Być może tylko wtajemniczeni, łącznie z samym Stanisławem Augustem, zwrócili uwagę na słowa poprzedzające owo wezwanie: „porządek natury” i „własność ziemi”. Ale czyż porządek natury nie wynika z prawa Bożego? Czyż Stwórca nie dał swym dzieciom ziemi na własność?
1. Zofia Zielińska, „Adam Poniński h. Łodzia”, w: Internetowy Polski Słownik Biograficzny, http://ipsb.nina.gov.pl/index.php/a/adam-poninski-h-lodzia.
2. Ibid.
3. Ambroise Jobert, Komisja Edukacji Narodowej w Polsce (1773-17794), tłum. Mirosława Chamcówna, Warszawa, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, 1979, str. 16.
4. Komisje Rozdawnicze: Koronna i Litewska, https://pl.wikipedia.org/wiki/Komisje_Rozdawnicze_Koronna_i_ Litewska.
5. Ibid., str. 19.
6. Jerzy Besala, Mirosław Nagielski, „Biorą nawet ryby”, „Polityka”. 12 (2393), 2003-03-22. [dostęp 2011-07-11], za wikipedią.
7. Boson, Król Staś, Sułkowski i reszta über złodziei, http://boson.salon24.pl/684139,krol-stas-bracia-sulkowscy-i-reszta-ber-zlodziei.
8. Ambroise Jobert, Komisja Edukacji Narodowej w Polsce, str. 21.
9. Komisje Rozdawnicze: Koronna i Litewska.
10. Ibid., str. 65.
11. Ibid., str. 64.
12. Ibid., str. 65.
13. Ibid., str. 5.
14. Ibid.

niedziela, 18 czerwca 2017

Komisja Edukacji Narodowej, Hugo Kołłątaj i Stanisław Staszic. Czyli fizjokracja na dwu skibach. Cz. I

(Tekst opublikowany w Szkole Nawigatorów, kwartalniku Kliniki Języka, wydanie poświęcone sprawom polskim)

Dziesięć lat po trzecim rozbiorze Polski, 22 września 1805 r., Hugo Kołłątaj napisał bardzo ciekawy list do Tadeusza Czackiego. Jest on w zasadzie mową pochwalną na cześć Aleksandra I i jego szczodrobliwego ukazu z 1803 r. (do którego wydania walnie przyczynił się książę Adam Jerzy Czartoryski, kurator okręgu wileńskiego, prawa ręka cara w dziedzinie edukacji na Litwie), przywracającego Uniwersytetowi Wileńskiemu część jego pierwotnej nazwy1, zatwierdzającego „układ nauk dla guberni wołyńskiej”, którego polscy poddani JM Aleksandra I „rządali dla swego potomstwa”2, i nadającego Uniwersytetowi Wileńskiemu szeroką autonomię, z czym wiązać się musiały również wysokie dotacje, w tym również autonomię posługiwania się językiem polskim. Uniwersytet Wileński okazał się największym i najsilniejszym ośrodkiem edukacyjnym w całej dziewiętnastowiecznej Rosji. Zarazem „układ nauk” był tryumfem samego Kołłątaja. Czartoryscy albowiem, zarówno ojciec (Adam Kazimierz) jak i syn (Adam Jerzy), przyjęli jako swój własny oświeceniowy, racjonalistyczny program zrealizowany przez Kołłątaja w Akademii Krakowskiej. Polegał on na wyniesieniu na plan pierwszy matematyki, fizyki, medycyny, nauk politycznych, literatury i sztuk pięknych, i, co najważniejsze, zmarginalizowaniu tzw. metafizyki, czyli scholastycznej filozofii bytu („arystotelizmu chrześcijańskiego”)3, odseparowaniu jej od teologii, która odtąd miała być „nauką moralną” zmieniającą się powoli w deizm, a dokładniej w ideologię fizyczno-moralną, o której gęsto pisał Kołłątaj w swoich pismach teoretycznych. Deizm i fizjokratyzm albowiem miał być, w czasach stanisławowskich, a także u zarania wieku dziewiętnastego, najwłaściwszym spadkobiercą racjonalizmu klasycznego (arystotelesowskiego). Innymi słowy Czartoryski zapożyczył od Kołłątaja „utrwalanie tradycji naukowych i narodowych” oraz „niechęć do sposobu uprawiania nauki przez jezuitów”,4 która, jak możemy się domyślać, w mentalności doby stanisławowskiej była fundamentem tzw. „tradycji naukowej i narodowej”.
Przemówienie to przeznaczone na bliżej nieokreśloną oficjalną okoliczność, prócz wyrazów wdzięczności wobec imperatora, szkicowało historię oświecenia w Europie i w Polsce, i włączało w nią Komisję Edukacji Narodowej, jako „najprzyjemniejszy obraz w historii Polski”.5 Uczciwie uznawało pierwszeństwo średniowiecznych Papieży w promowaniu nauki i pierwszeństwo Reformacji w zahamowaniu jej rozwoju. Z drugiej strony powtarzało kanoniczny zrąb protestanckiej, a jednocześnie anglosaskiej, propagandy w postaci czarnej legendy inkwizycji, która miała sprowadzić ciemność niewiedzy i zabobonu na chrześcijańską Europę. W sposób charakterystyczny naświetla sytuację poprzedzającą powstanie KEN:
Kto bez uprzedzenia zdolny jest sądzić o wydarzeniach historycznych, kto umie porównywać ich wypadki z pewnymi datami czasu; ten się przekona o tych wielkich prawdach: że oświecenie w naszym narodzie wskrzeszone, daleko wcześniej okazało się między nami w swych dobroczynnych skutkach niż gdzie indziej; że nawet w czasie powszechnego upadku uchroniło nas od tych sromotnych zdarzeń, którymi inne się splamiły narody. Naród nasz nie podlegał nigdy jarzmu inkwizycyi, nie przelewał nigdy krwi dla szermierstw teologicznych, nie prześladował nikogo dla różnic w opiniach; całą jedynie w tej zmianie ponieśliśmy szkodę, że za wprowadzeniem szkół zakonnych straciliśmy gust w dobrej literaturze i cofnęliśmy się wstecz w postępku tych umiejętności, które się najpierw na naszej odrodziły ziemi. (…) Zniknęła z przyzwoitą władzą królów potrzebna nad naukami opieka: niezgoda polityczna przemieniła się w niezgodę uczoną; zakonne zgromadzenia przemogły nad szkołą krakowską i jej koloniami. Upadła więc ta szkoła w swojej wziętości, a zatem upadło prawdziwe źródło oświecenia. (…) Inne zakony wysilały się na słabe między sobą poprawy, lecz te ich wysilenia rzetelnego dobra dla nauk nigdy przynieść nie mogły; bo w nich szukali korzyści zgromadzeni własnych nie korzyści narodowej. 6
Ostatnie zdanie tego fragmentu zostaje powtórzone w innym dokumencie Kołłątaja, w Stanie oświecenia w Polsce w ostatnich latach panowania Augusta III: „Jakkolwiek mogły być najszlachetniejsze cele w ustanowieniu zakonu jezuickiego przez ich fundatora, skutek atoli okazał, że to zgromadzenie zawsze i wszędzie chwytało się wszystkich razem środków do zbogacenia się i przewodzenia w każdym kraju”.7
W innym miejscu rozwija tę tęzę:
Jeżeli przez pobożne praktyki i pilnowanie nauk [jezuici] uzyskali kredyt u jakiego dworu, zawsze się na tym kończyło, aby panującym lub jego ministrami rządzić, kollegia swoje bogacić i naród z przyczyny niezgody w nauce wiary kłócić. Jeżeli nie mogli opanować dworu lub dawney [sic!] zyskany stracili kredyt, całe ich staranie zwracało się do utrzymowania jakiej niezgodnej fakcyi, którą by rządowi krajowemu grozić mogli.8
Jeśli zatem „porównywamy wypadki wydarzeń historycznych”, jak zachęca nas w owym liście Kołłątaj, takich jak pierwszy rozbiór Polski w 1772 r. i powołanie Komisji Edukacji Narodowej w 1773 r., „z pewnymi datami czasu”, mianowicie z datą ogłoszenia w Polsce kasaty Jezuitów: 10 sierpnia 1773, mamy nieodparte wrażenie, iż nie jest zbieżność przypadkowa. Jeśli natomiast zestawiamy powyższe sentencje ze słynnym przemówieniem promującym ideę KEN i wskazującym na upadek edukacji jako główną przyczynę pierwszego rozbioru, wygłoszonym na pierwszej sesji sejmu rozbiorowego (8 lutego 1773 r.) przez Biskupa wileńskiego Ignacego Massalskiego, ambitnego gracza na scenie stanisławowskiej; jeśli dodamy do tego donos Staszica (w Uwagach nad życiem Jana Zamoyskiego) na „pobożne zgromadzenia”, na ich nieużyteczność dla nauk z racji ich przychylności dogmatom chrześcijańskim, i na opłakane skutki teologii, która „szkołę ludzi oświeconych i zgodnych obywatelów” zamieniał „w szkołę niewiadomych, kłótliwych, na duszy i na ciele słabych ludzi”,9 kiedy zestawimy ze sobą te wszystkie wydarzenia i wypowiedzi, zobaczymy genezę i zarys czarnej legendy Jezuitów. Wzajemne dopełnianie się tych cytatów wskazuje, iż od Massalskiego do Kołłątaja i Staszica aktywiści KEN chcą promować jeden historyczny dogmat: Jezuici byli nie tylko zarzewiem zacofania, ale, co więcej, ich szkoły ponoszą winę za upadek moralności narodu szlacheckiego i pierwszy rozbiór Polski. Jezuici doprowadzili do pierwszego rozbioru Polski.
Dzisiejszy stan historycznych badań nad edukacją Jezuicką owego czasu wskazuje,10 iż bardzo łagodnym jest osąd powyższych twierdzeń jako „przesadnych i niesprawiedliwych”.11 Są one po prostu brutalną, kłamliwą propagandą. Na okazję innego tekstu należy zostawić rozważania, czy Massalski, Kołłątaj, Staszic et consortes szczerze wierzyli w owe konfabulacje, czy i do jakiego stopnia wynikały one z ich niewiedzy, czy może raczej wynikały z ich hipokryzji i mentalności mafijnej. Teraz dość powiedzieć, że Massalski czerpał całymi garściami z mienia pojezuickiego, zarazem był jednym z zaufanych agentów ambasadora Katyrzyny II, Otto Magnusa von Stackelberga (będącego pierwszym „syndykiem” Rzeczypospolitej, scenarzystą Sejmu Rozbiorowego [1773-1776] i dozorcą króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, komunikującego mu decyzje carycy, zarazem głównym inicjatorem KEN), że Kołłątaj wiedział o nieustannej rywalizacji między Akademią Krakowską a Jezuitami, których inicjatywy krakowscy akademicy ciągle utrącali i bez wahania podpiął się pod układ krakowski.12 Zaś Staszic bezpiecznie, w zaciszu włości Andrzeja Zamoyskiego, snuł na jego zamówienie swoją łopatologię.




1. Pierwotna nazwa Akademia i Uniwersytet Wileński Towarzystwa Jezusowego została zmieniana przez KEN na Główną Szkołę Wileńską, przez analogię do Głównej Szkoły Krakowskiej czyli Akademii Krakowskiej. Po rozbiorach nosił on nazwę Powszechnej Szkoły Wileńskiej.
2. Hugo Kołłątaj, Korespondencja listowna z Tadeuszem Czackim, Kraków, Drukarnia Uniwersytecka, 1844.
3. Marian J. Lech, Hugo Kołłątaj, Warszawa, Książka i Wiedza, 1973, str. 107.
4. Stanisław Domoradzki i Zofia Pawlikowska-Brożek, „Uniwersytet Wileński”, w: Roczniki Polskiego Towarzystwa Matematycznego. Seria II: Wiadomości Matematyczne, Poznań, Polskie Towarzystwo Matematyczne , 1999, str. 127. W tym samym fragmencie mamy informację, że Uniwersytet Wileński według ukazu carskiego miał mieć 4 wydziały, „wydział fizyczno-matematyczny, nauk moralnych i politycznych, medyczny, literatury i sztuk pięknych”.
5. Hugo Kołłątaj, Korespondencja listowna …, str. 257.
6. Ibid., str. 255-257.
7. Idem., Stan oświecenia w Polsce w ostatnich latach panowania Augusta III (1750-1764), Warszawa, Gebethner i Wolff, 1905, str. 44.
8. Ibid.
9. Stanisław Staszic, Uwagi nad życiem Jana Zamoyskiego Kanclerza i Hetmana W. K. do dzisiejszego stanu rzeczypospolitej polskiej przystosowanych, Kraków, Czas, 1861, str. 9. Na tej samej stronie znajdujemy takie zdanie: „Tym końcem, od wieku jedenastego, początku akademiów i szkolniczej nauki, musiano się uczyć wszystkiego kłótni sposobem, gadając przez tyle godzin, i koniecznie takiemi wyrazy. Przez to prawdy od mniemania rozłączone nie były. Co jest źródłem fałszywych rozumów. Tego to błędu jad Europejczyków tak okrutnymi uczynił, że po wiele razy, często o słów kilka, wszyscy porywali się do noża, dla jednej części swych bliźnich wyrznięcia,
10. Szczegółowy obraz edukacji jezuickiej przed kastą zakonu w: Kazimierz Puchowski, Edukacja historyczna w jezuickich kolegiach Rzeczypospolitej 1565-1773, Gdańsk, Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego, 1999; Ks. Ludwik Piechnik SJ, „Jezuickie Kolegium Nobilium w Warszawie” i „Przemiany w szkolnictwie jezuickim w Polsce w XVIII w.”, oraz Ks. Bronisław Natoński, „Jezuici a Komisja Edukacji Narodowej”, wszystkie trzy artykuły w: Z dziejów szkolnictwa jezuickiego w Polsce, red. Ks. Jerzy Paszenda SJ, Kraków, WAM, 1994; Ks. Ludwik Piechnik SJ, „Działalność Jeziutów polskich na polu szkolnictwa (1556-1773)”, w: Jezuici a kultura polska, red. Ks. Ludwik Grzebień SJ i Ks. Stanisław Obirek, Kraków, WAM, 1994.
11. Anna Królikowska, „Nauczyciele eksjezuici w pracach i szkołach KEN”, w: Katarzyna Doremus, red., Komisja Edukacji Narodowej. Kontekst Historyczno-Pedagogiczny, Kraków, 2014, str. 149.
12. Warto przytoczyć w tym miejscu fragment z dzieła Jerzego Roberta Nowaka Żeby Polska …, w którym zwięźle ujmuje on postawę życiową Ks. Hugona Kołłątaja, współtwórcy KEN od 1776, reformatora Akademii Krakowskiej, no i oczywiście fizjokraty: „W lipcu 1793 pod wpływem upadku nadziei patriotycznych Kołłątaj doradzał królowi przystąpienie do Targowicy, sam również, z konformizmu, składając akces przystąpienia do niej. Miał on wówczas oświadczyć strofującym go przywódcom patriotycznym: 'Łatwo to panom ekspatriować się, bo wszędzie sobie radę dadzą, ale ja, chudy pachołek, dogrzebawszy się urzędu, nie mogę tak z rąk wypuścić całego mojego losu'.” (str. 153) Postawę życiową Kołłątaja dobrze ilustrują również fragmenty z jego biografii pióra Marcina J. Lecha, Hugo Kołłątaj (cytowanego wyżej), które mówią o jego finansowych malwersacjach w kasie Akademii Krakowskiej, m.in. o pożyczce 400 000 zł udzielonej Protazemu Potockiemu, słynnemu bankierowi stanisławowskiemu, która wskutek jego bankructwa nigdy nie została zwrócona (str. 149-150).

niedziela, 11 czerwca 2017

Bytomskie Targi Książki jako „pielgrzymka zbrojna”



Dziś zakończyło się wspaniałe święto wolnego intelektu, Bytomskie Targi Książki Rozetta, wielkie przedsięwzięcie logistyczne, wspólne dzieło Piotra Szeligowskiego Valsera, Gabriela Maciejewskiego Coryllusa i całej ekipy zatrudnionej przez pana Piotra do obsługi logistycznej. Szczera im za to wdzięczność i podziw. Było to wielkie święto umysłu poszukującego prawdy, albowiem, oprócz potężnego ładunku treści zawartych w ofercie książkowej, ci, którzy nawiedzili bytomską halę sportową „Na skarpie”, mogli usłyszeć kilka obszernych i fascynujących prelekcji. W sobotę (10.06) trzy prelekcje: ks. Roman Kneblewski – „Przeciw antykatolickim i antypolskim mitom”, prof. Grzegorz Kucharczyk – „1517-1717-1917. O czym mówią nam wielkie rocznice?”, dr Rafał Łatka (Biuro Badań Historycznych IPN Warszawa) – „Prześladowanie duchowieństwa katolickiego w Polsce w latach 1944-1956”). W niedzielę, czyli dzisiaj (11.06), dwie prelekcje – Leszek Żebrowski – „Geneza komunizmu w Polsce i jego następstwa. 1918-2017” – ks. dr Sławomir Kęszka – „Życie i dzieło ks. Wacława Blizińskiego”, oraz panelową dyskusz zaproszoną polską czołówką blogerów politycznych – Gabriel Maciejewski (Coryllus), Krzysztof Osiejuk (Toyah), Krystyna Murat (Pink Panther), Jolanta Gancarz (Tropiciel). Wszystkie te wydarzenia, jak zapowiadają organizatorzy, będą dostępne na youtubie.
Pozwolicie mili państwo, że nie będę się odnosił do wszystkich tych wykładów, ufam, że inni blogerzy uczynią to lepiej niż ja. Powiem tylko, że każdy z nich miał właściwy ciężar gatunkowy, żaden z prelegentów się nie oszczędzał. Niektóre były wręcz monumentalne, tak jak wykład prof. Kucharczyka, z racji bardzo cennej syntezy wydarzeń historycznych i historii idei, i pana Żebrowskiego z racji epickiej i niezwykle spójnej prezentacji historii komunizmu w Polsce (i nie tylko) aż do doby bieżącej. Coryllus zapewne napisze o tym, kto został zdobywcą nagród Rozetta.
Nawiążę tutaj do jednej idei, która wybrzmiała w prelekcji Księdza Kneblewskiego, mianowicie do idei pielgrzymki zbrojnej. Jest to inne, według naszego wspaniałego prelegenta, właściwsze określenie krucjaty. Cele wypraw krzyżowych są nam znane. Realia również. Jednak pojęcie pielgrzymka zbrojna precyzyjniej oddaje ich cel duchowy i razem sposób jego realizacji. Pojęcie to, pielgrzymka zbrojna, głęboko zapadło w umysłach wszystkich uczestników tych tragów. Dodam jeszcze tylko, że ks. Kneblewski wyraził pogląd, iż to właśnie wyprawy krzyżowe z europejskich wojowników uczyniły rycerzy. Mimo wszystkich komplikacji z nimi związanych, kod rycerski zrodził się właśnie z nich.
W dyskusji panelowej, kończącej Targi Rozetta, Piotr Szeligowski, twórca tzw. formuły bytomskiej, w pewnym momencie powtórzył to pojęcie, mówiąc, że w obliczu radykalnego ograniczania wolności blogosfery i rynku treści, bardziej brutalnego niż to miało miejsce do tej pory,wydawcy, blogerzy, pisarze i czytelnicy mogą uciec się do tej właśnie praktyki, do „pielgrzymki zbrojnej”. Jak wiemy, pan Piotr ma nader pojętny umysły i dobrą rękę do formuł skutecznych. W tym momencie ja porwałem znowu mikrofon i rzekłem, że, z racji moich zainteresowań zbliżonych do dawnych sukcesów sportowych pana Piotra, ja również marzę czasem o czynie konkretnych, ale pragnę pocieszyć pana Piotra i rzec, że „pielgrzymka zbrojna” w wykonaniu wydawców, blogerów, pisarzy i czytelników już miała miejsce, już się odbyła, a były nią właśnie Bytomskie Tragi Książki Rozetta.
Tu palnąłem niejaką gafę, ale nie całkiem. Powiedziałem bowiem, że mamy tu, na tych Targach, „broń”, „amunicję” i całe zaplecze logistyczne. Na co Coryllus mruknął, żebym uważał, bo zaraz będziemy tu mieli jakichś detektywów. Trochę mnie zatkało, zdziwiłem się albowiem, dlaczego ktoś na służbie miałby się interesować Targami Książki. Przecież jeśli ktoś mówi, że targi książki to „pielgrzymka zbrojna”, i że są na nich „broń”, „amunicja” i logistyka, to ma na myśli książki, środki płatnicze i oczywiście cały wysiłek organizacyjny ich twórców. Nie chciałem atoli komplikować dyskusji i w zasadzie dopiero, kiedy znalazłem się w domu i zjadłem smaczną kolację, zaświtało mi, że ktoś mógłby nie zauważyć tych nader wyraźnych cudzysłowów, w które ujęte były słowa „pielgrzymka zbrojna”, „broń” i „amunicja”.
Dlatego piszę teraz ten tekst i rozwijam powyższą myśl. Książka to „broń masowego rażenia”, ale nie taka, która odbiera życia. Owszem znamy książki, które zabijają sumienie, a nawet zagrzewają do mordu. Jednak dobra książka, której był wielki dostatek na Targach Rozetta, przysparza życia w tym najbardziej ludzkim sensie. Jest ona bowiem nasieniem owej wolności zwanej actus humanus, właściwym działaniem człowieka, poznawczym i wolitywnym. Zatem dobra książka przymnaża życia.
Pieniądze jako „amunicja” również, ponieważ czytelnicy „strzelając” nimi do pisarzy nie zabijają ich, lecz wręcz przeciwnie, pozwalają im zdobyć środku do życia, również duchowego. Nie da się żyć duchem z pustym żołądkiem i awitaminozą, zwłaszcza, gdy wraz z tobą głoduje Bogu ducha winna małżonka o szczerym sercu i … dzieci.
Pisarze natomiast odpowiadają pięknym za nadobne i podają czytelnikom wciąż nową strawę poznawczą. "Strzelają" do nich z książek i książkami. 
Logistyka, jaka była, wszyscy widzieliśmy. To był czysty trud, czysty a owocny.
Wyjaśniłem zatem, dlaczego "zbrojna". Dlaczego "pielgrzymka"? Ponieważ nasze wspólne poszukiwanie prawdy dokonuje się wraz z Kościołem i w Nim. Nie może być zresztą inne niż wspólne. Samotnie możemy odnajdywać tylko "fikcyjne niebyty", o których gęsto mówiła w dyskusji Pink Panthera. Pan Maciejewski rzekł wyraźnie w tej samej dyskusji, że celem tej wspólnoty pisarzy i czytelników, oprócz konkretnych interesów handlowych, czyli oprócz pomnażania życia, jest wspieranie Kościoła. Nigdzie indziej lepszej oferty na wolność i wspólnotę nie ma. Po prostu nie ma. I tyle.
Co w święto Boskiej a Przenajświętszej Trójcy własną ręką spisałem - Magazynier

wtorek, 6 czerwca 2017

Milczenie nad sponiewieranymi ciałami 96 ofiar. Oraz Adam Michnik jako wódz rewolucji.


Sprawa smoleńska, profanacja doczesnych szczątków ofiar zamachu smoleńskiego jest niebywałym aktem przemocy, wobec którego obecnie, jak wczoraj uświadomił mi tekst Toyaha (http://krzysztof-osiejuk.szkolanawigatorow.pl/o-smolenskich-trumnach-po-raz-ostatni), nie mamy żadnych adekwatnych symboli, a nawet podstawowych słów i znaków. Jest tylko milczenie pełne smutku i przerażenia. Tak, właśnie: milczenie pełne smutku i przerażenia. Tak jak wobec przestrzelonych czaszek polskich oficerów w masowych „bydlęcych” grobach spod Katynia, z Charkowa, Tweru, Kijowa, Mińska, Kuropat, tak jak wobec oceanu ludzkiego cierpienia i śmierci w sowieckich obozach „resocjalizacyjnych”, tak jak wobec niemieckiego, przemysłowego ludobójstwa bezbronnych Polaków, Żydów, Rosjan, Cyganów, Białorusinów, Ormian i innych.
Przez chwilę zastanawiałem się, jak bym zareagował, gdyby kilkoro moich bliskich zginęło w wypadku lotniczym i okazało się nagle, że ich doczesne szczątki zostały potraktowane tak jak ciała Prezydenta Lecha, jego małżonki i wszystkich 94 osób towarzyszących im. Serca pozaszywane w czyichś nogach itp.. Co bym zrobił, gdybym nagle otwarto przede mną tych kilka trumien i zobaczyłbym to, co ujrzeli bliscy ofiar tego zamachu i razem katastrofy lotniczej? Myślę, że nie muszę tego opisywać. Każdy z nas jest w stanie to poczuć.
Zgadzam się z Toyahem. Zza tego nieprawdopodobnego sponiewierania doczesnych szczątków owych ludzi wychyla się ohydny grymas piekła, szczerzącego swoją pustkę. Lecz to nie wszystko.
To jest również cios, kolejny cios, atak w wojnie psychologicznej. To nie jest tylko prowokacja. Prowokacja też, ale nie tylko. To jest atak na psychikę, na dusze najpierw bliskich owych 96, a potem na nas wszystkich. Typowa rosyjska strategia, rozpoznanie przez atak, ale i coś więcej. Nie mamy albowiem żadnego adekwatnego języka, który potrafiłby tę ohydę spustoszenia opisać. Nie śmiem sięgać po symbole religijne. To należy do duchownych. Tym nie mniej nie jesteśmy wobec owej ohydy spustoszenia bezbronni. Mamy milczenie i modlitwę, dobrą czy niedoskonałą, ale mamy.
O tej sprawie, którą teraz możemy już nazwać sprawą smoleńską, czy nawet prowokacją smoleńską, Gazeta wyborcza pisze w sposób dziwaczny i razem typowy dla swojej mentalności. Na przykład: „Ci, którzy błyskawicznie uciekli z Rosji po katastrofie, dziś stoją w pierwszym szeregu oskarżycieli. Macierewicza, Dudy ani Sasina nie było przy rodzinach ofiar. Byli Kopacz i Arabski” (Dominika Wielowiejska http://wyborcza.pl/7,75968,21889949,smolenski-odwet-pis-u.html). „Ktoś wrzucił hurtem do jednej trumny więcej dłoni niż ma człowiek. Tu nie chodzi o rozgrywki między PiS-em i Platformą, tylko o podstawowy ludzki obowiązek. Bliscy ofiar katastrofy smoleńskiej po ekshumacji dowiedzieli się, że w trumnach były części cudzych ciał. W makabrycznych opisach czytamy o dłoniach, rękach, fragmentach nóg.Wojciech Czuchnowski przypomniał w „Wyborczej”, że prokuratura za rządów PiS zdecydowała się na ekshumacje, aby sprawdzić, czy na szczątkach nie ma śladów materiałów wybuchowych, potwierdzających hipotezę o zamachu, a nie po to, by... ” (http://wyborcza.pl/7,75968,21893033,jakie-pogrzeby-taki-kraj.html), pisze pan Andrzej Kublik w tekście o znamiennym tytule i jakże typowym dla owej perwersji Gazetowo-wyborczej, „Jakie pogrzeby, taki kraj”, w którym dręcząca frustracja człowieka moralnie zbankrutowanego chowa się w sposób dość typowy za parawanem empatii. Jeśli chodzi o tekst pana Czuchnowskiego, na który powołuje Kublik, to wystarczy sam tytuł „Ekshumacje smoleńskie: Coraz mniej skrupułów i względu na cierpienie rodzin”. Oni naprawdę muszą robić niewyobrażalne psychologiczne wygibasy, żeby te ich magiczne lusterka nie popękały albo nie zwymiotowały potokiem robactwa.
No cóż, jak kompromitacja to na całego, lecz nie ze strony premier Szydło, która w kwestii uchodźców wyraża zwykły zdrowy rozsądek. Nie muszę dodawać kto tu się kompromituje. Zresztą słowo kompromitacja jest tu opisem dalece nieadekwatnym. To ordynarna hańba i wstyd.
Tym bardziej, że towarzysz redaktor jednym tchem oskarża pana Kaczyńskiego o manipulowanie lękami milionów Polaków i razem mówi o charakterystycznych dla środowiska Gazety wyborczej fobiach i strachach przed „osamotnieniem w Unii Europejskiej”. Dokładniej towarzysz Michnik robi to, co zarzuca Kaczyńskiemu: zarządza strachem.
Nie potrafię odbierać tych kilku zdań miszcza Adama, wypowiedzianych w "Tak jest", inaczej niż jako zagłuszanie najważniejszego dramatu, dramatu smoleńskiego, którego kolejna odsłona tak boleśnie dotknęła wszystkich Polaków. Można by usprawiedliwiać go, twierdząc, że inni redaktorzy Gazety wyborczej przemawiają za niego. Jednak przewrotny styl tych wypowiedzi, wskazuje na to, że są oni posłuszni wobec głównego, rewolucyjnego inspiratora najważniejszych konfliktów i podziałów rozrywających życie publiczne w Polsce. Jego wypowiedzi przytoczone wcześniej wyglądają, mówiąc łagodnie, jak brodawka na wyszczerzonej pustce piekła.
Towarzysz redaktor jest w tym programie niezwykle groteskowy, ale wcale nie śmieszny. Dlaczego? Ponieważ przypomina on wodza rewolucji kulturowej Mao Tsetunga, który wobec setek tysięcy ofiar głodu w China pod jego panowaniem, każe wycieńczonym Chińczykom uganiać się za wróblami, które wówczas zostały oskarżone o sprawstwo nieurodzaju. Towarzysz Michnik „Tsetung”. Oczywiście ja znam ludzi, którzy przyjmują jako dogmat to, co redaktor Gazety wyborczej podaje do wierzenia. Nie wiem, ilu ich jest. Ale mam nieodparte wrażenie, że przewodniczący Michnik „Tsetung” robi dużo i bardzo się stara, by ich liczba szybko zmalała. Szczerze życzę jemu powodzenia w tej dziejowej misji, tak ważnej dla uzdrowienia naszego publicznego życia, a nawet rodzinnego.

piątek, 2 czerwca 2017

Coś BAAARDZO DOBREGO i ciepłego jeszcze: Gabriel Coryllus Maciejewski 'Socjalizm i śmierć' Tom 1.


Tekst jest długi, zatem jeśli brak czasu, czytajcie go na wyrywki. Tu spis treści:
1. Grafiki Bereźnickiego
2. Pierwszy rzut oka na książkę i przygody z portretem Żeromskiego
3. Przygody z tytułem książki
4. Juma i rewolucja
5. Metoda Coryllusa
6. Styl Coryllusa i Bereźnickiego
7. Wskazówki co do dyskusji, bardzo ważne.
Lubię książki z obrazkami i to bardzo. Te zaś obrazki w Socjalizmie i śmierci pióra Gabriela Maciejewskiego, wielce nietypowe grafiki Tomasza Bereźnickiego odstawiły daleko w tyle moje oczekiwania. Znałem przecież jego styl z memiksów. Czemu zatem odstawiły jak samotny Szurkowski (pamiętacie go, nieprawdaż) cały peleton kolarski moich wyobrażeń? Wyjaśnię to na końcu tego tekstu.
Zatem jak przystało na wstecznego inteligenta zacząłem od obrazków. Przeczytałem tylko dwa wstępne, wytłuszczone cytaty i musiałem lecieć do miasta, z wielkim niedosytem i łaknieniem. Za drugim razem dla odmiany skupiłem się na … obrazkach. Nałóg jakiś, powiecie mili państwo. Nie. Po prostu predystynacja. Za tym drugim razem książka po prostu otworzyła się sama na moim ulubieńcu, na miszczu Stefanie, ma się rozumieć Żeromskim, na tym portrecie miszcza sjerdceszczipatielnoj progresiwnoj litieratury, tam gdzie zaczyna się rozdział „Siłaczka”. I mało mnie nie zgięło w pół. Nie będę psuł wam dowcipu. Sami sobie zobaczcie. Kupcie albo pożyczcie, ale zobaczcie sami. Po prostu mistrzostwo, prawdziwe mistrzostwo podstępu (nie mylić z miszczostwem). Tak zażyć z mańki oglądacza potrafi mało kto. Tylko jeden zdradzę szczegół, który zresztą zobaczyłem na końcu oglądactwa. Ten adidas, czy inny nike. To mnie rozłożyło dokumentnie.
A problem potęguje jeszcze ten fakt, że grafikę pana Bereźnickiego nie można określić jako satyryczną. I ten metaforyczny portret Żeromskiego również wychodzi poza konwencję satyryczną. Dlaczego, nie pytajcie. Wychodzi i już.
Zgaduję, że dama na grafice pana Bereźnickiego niewiele ma wspólnego z prawdziwą bohaterką żeromskiej Siłaczki, tak jak niewiele wspólnego ma bohaterka stworzona przez Żeromskiego, tytułowa samobójcza Siłaczka z jej faktycznym pierwowzorem, Faustyną Mokrzycką. Mamy bowiem portret zdjęciowy tej pani na końcu książki. Jest zatem żeromska bohaterka i jej wyobrażenie na grafice pana Bereźnickiego karykaturą prawdziwej i tragicznej postaci Faustyny Mokrzyckiej. Tragicznej z zupełnie innych powodów niż stefano-pochodna nauczycielka poświęcająca się dla ubogich, chłopskich dzieci. Powody te są znacznie poważniejsze i życiowe, i razem budzące wiele podejrzeń. Jakie one są, zostawiam wam do własnego śledztwa.
Nie mogę opędzić się od tej jednej dręczącej myśli związanej z tytułem tej powieści. Prześladował on bowiem wielu internautów od co najmniej dwu lat. W moją podświadomość wrył się tak głęboko, że ja w pierwszym odruchu już inaczej nie umiem go zapisać jak tylko Śmierć socjalizmu. Tak samo teraz: chcąc napisać tytuł książki Coryllusa walnęły mi się najpierw tłuste jak meksykańskie byki litery ŚMIERĆ SOCJALIZMU. Głodnemu, powiecie, chleb na myśli. Wszak wolno, odrzeknę ja, pomarzyć głodnemu o pachnącej, czerstwej piętce chleba żytniego, z gęsim smalcem na ten przykład (jak u mojej babci), albo o świeżym ogórku z miodem (jak u Pawlikowskiego), albo o tych hektarach uprawnych w powiecie mołodeczniańskim czy bobrujskim, z lasem na dokładkę, z własną bryczką i parą karych koni, w stajni zaś, dajmy na to, kilka arabów, nie do bryczki bynajmniej, takich co to, potrafią zrobić zwrot w koń, albo o koncie bankowym opiewającym na liczbę sześciocyfrową. Wolno, nieprawdaż?
No dobra, mniejsza o te nasze konta, tę naszą rozdrapaną ziemię, tę oszukaną niepodległość i te złodziejstwa bohaterów powieści Maciejewskiego i ich pogrobowców. Bo jest to opowieść, co się zowie, ten pierwszy tom Socjalizmu i śmierci. Trzyma czytelnika za gardło i nie chce puścić. I ten tytuł. Sami powiedzcie, mili państwo, jak tu uniknąć tego przekręcenia właściwego a pięknego tytułu? Tylko Śmierć socjalizmu. Inaczej być nie chce.
Gdyby nie obowiązki belferskie i rodzinne, wciągnęłaby mnie ta opowieść w ciąg. Łyknąłbym ją, a ona mnie w ciągu dwu wieczorów.
Teraz znowu będzie o jumie i rewolucji. Powracają one jak bumerang. Zgryzoty prowincjonalnej egzystencji nie pozwalają o ich związku zapomnieć. Czemuż zatem ośmielam się obarczać winą za historyczny rabunek męczenników niepodległości ludowo-socjalnej, takich jak Stanisław Mendelson, Ludwik Waryński, Marcin Kasprzak, Ignacy Daszyński, Ludwik Krzywicki, Stefan Żeromski, Władysław Grabski wraz z Janem Ludwikiem Popławskim (prekursorzy Narodowej Demokracji), opisanych przez Coryllusa zwięźle a podstępnie, samych bojowników o wolność uciemiężonych, którzy byli zwali oną jumę sprawiedliwością dziejową?
Przecież nie o całą obwiniam, bo całość, jak wiemy, rozłożono nam na dwieście z okładem lat. Tylko o kolejny jej etap. Lubo (chociaż) był to etap kluczowy, sine qua non (bez którego nic), otwierający kanał wprost do bankrutacji ziemian przez parcelację, do zubożenia części włościan gospodarujących na gorszych ziemiach, zależnych od wielkich gospodarstw ziemiańskich (wg Woyniłłowicza zależność ta i korzyść jest wzajemna), nacjonalizacji przemysłu, ekspediowania zubożonych chłopów, przed 1918 i po, do przemysłu i dalej do powojennego ludobójstwa ziemian i kułaków (głównie włościan i drobnych zaścianków) w imię kołchoźniczego zbawienia ludzkości. Dalej już mamy darmowe dostawy węgla, stali i technologii do Sowietów, a dalej balacerowiczowskie schładzanie gospodarki przez m.in. bankrutację rolników w 1990 r. („nocna” monetarna rewaloryzacja kredytów rolniczych – http://biznes.gazetaprawna.pl/artykuly/864625,balcerowicz-zniszczyl-polskie-rolnictwo-wies-miala-byc-wyspa-kapitalizmu.html), a w końcu kumulację przywłaszczonego kapitału pod zarządem szczerych liberałów i bankrutację polskich firm budowlanych i transportowych w ramach Euro’2012.
Dlaczego ośmielam się wiązać lewicę patriotyczną w jednym łańcuchu z tymi wydarzeniami naszej historii gospodarczej? Przecież oni, ktoś powie, pozostali za drutem kolczastym drugiej wojny światowej. Dlatego, że jak pokazuje to skrzętnie a podstępnie pan Gabriel, jest ona, ta lewica, tak patriotyczna i pro-polska jak sam wódz rewolucji kulturalnej Mao, czyli bardzo mało. Ot taki szczegół. Przypomina pan Maciejewski – w rozdziale „Średnia długość życia wrogów socjalizmu” – ten utopijny entuzjazm, wygenerowany przez aktywistów niby-polskich rewolucyjnych kółek spiskowych, pierwszych socjalistycznych pism i pisemek, partii i partyjek pseudo-polskich rewolucjonistów, organizacji w zasadzie przestępczych, terrorystycznych, finansowanych z Paryża i Londynu, entuzjazm wkradający się w patriotyczne sentymenty zarówno ziemian, włościan jak i robotników, wykorzystujący i odnawiający pierwotną moc propagandy zwanej oświeceniową – wygenerowaną przez Józefa Wybickiego, Hugona Kołłątaja, Stanisława Staszica et consortes – moc haseł niby patriotycznych mających odwrócić uwagę poczciwego acz niezbyt spostrzegawczego narodu rycerskiego od zbankrutowania polskich finansów (bank Fregusona-Teppera, bank Protazego Potockiego i pozostałe) w 1794 roku, rok przed trzecim rozbiorem Rzeczypospolitej, czyli odwrócić uwagę od faktycznego, lubo nie całkowitego, atoli kluczowego i strategicznego ograbienia naszych właścicieli ziemskich z płynności finansowej, i to nawet tych z tzw. Familii (Czarotyskich, Zamojskich, Poniatowskich), tych, którzy spodziewali się nominacji na faktycznych władców Polski, innymi słowy na klawiszy, po przeczuwanym przez nich nowym rozdaniu politycznych wpływów i synekur. Jest to eksplozja łatwych i bezmyślnych idei, które co rusz wzbudzają naiwną wiarę, jak pisze Maciejewski, „że Polska mogłaby się odrodzić bez Kościoła i żyć, karmiąc się tylko ideami rewolucyjnymi, wśród których (i te słowa, ja, Magazynier, wytłuszczam tu jako kluczowe) hasło ubrane przez Lenina w bezpretensjonalne słowa – grab zagrabione – stanęło na pierwszym miejscu.
A wcześniej w tym samym rozdziale nasz autor dopełnia oglądu rewolucji pseudo-patriotycznej pisząc o obsesyjnych, odrażających opisach ziemian polskich w prozie, znanemu wszystkim, Stefana, rzecz jasna Żeromskiego, nie zdolnego choćby do naszkicowania drugo- lub trzecio-planowej pozytywnej postaci pana na włościach, choćby i dalekiej analogii Edwarda Woyniłłowicza. osoby znanej wówczas wszem i wobec w Polszcze, znanego filantropa i adwokata sprawy włościańskiej, niczym jednak nie ujmującego interesom obszarniczym, co niestety musiało być ujmą w oczach postępowego ćwierćinteligenta, i co gorsza duszą zaprzedanego Kościołowi.
Jeden akapit wcześniej czyni pan Maciejewski niedwuznaczne aluzje nie tylko do nieudolności polskich rewolucjonistów, ale nadto do ich uwikłania w dziwne powiązania z tzw. fabrykantami, co ilustruje łatwością, z jaką „tłumiono pierwsze robotnicze strajki w Królestwie wybuchające w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych (wieku XIX)”. Prócz tego ilustruje takim oto faktem, iż biograf Ludwika Waryńskiego, Andrzej Notkowski, „porównuje z taką samą swadą, z jaką porównywał ceny żywności (w istocie wzięte z jakiegoś księżycowego kalkulusa, jak to ciekawie i matematycznie pokazuje Coryllus) i wysokości robotniczych płac, długość życia robotnika i … myślicie pewnie, że kapitalisty, że jakiegoś Lilpopa albo Kronenberga krwiopijcy, a może chociaż czynownika ruskiego …? Mylicie się. Ze średnią życia robotnika zestawiona jest średnia właściciela ziemskiego.
A skąd on, ten Maciejewski, spytacie się z irytacją, to wszystko wie? Niby jak do tego doszedł? A, to jest chytra sztuka. Tłumaczy ją na przykładzie technik jakoby ezoterycznych Eusapii Palladino, słynnej mediumstki, protegowanej sir Artura Conana Doyle’a, przywołującej jakoby z zaświatów dusze zmarłych, w seanse której wtajemniczeni byli tylko wybrani, tacy jak na ten przykład Bolesław Prus czy Maria i Piotr Curie.
Jak pisze pan Maciejewski, siła Eusapii Palladino, wygenerowana przez admirację właśnie nie kogo innego jak tylko sir Artura Conana Doyle’a, „jak i cel jej podróży po Europie, były dla ludzie zainteresowanych postępem i uszczęśliwianiem ludzkości, całkowitą tajemnicą. Patrzyli oni w inną stronę ...” W którą stronę? Tę mianowicie wskazaną przez pełne zadumy, mądrości i tajemnicy, poważne oczy miszcza Artura sira. „Patrzyłeś w inną stronę, chłopczyku – mówi stojąca obok pani – i nie widziałeś jak ten pan oszukiwał.” Aha, więc o to się rozchodzi! Żeby patrzeć nie tam, gdzie spoglądają pełne zadumy, mądrości i tajemnicy oczy miszcza sira. I tę sztukę pan Gabriel wypracował sobie, zapracował na nią i opanowała niemal do perfekcji. Czytamy pierwszy tom Socjalizmu i śmierci i uczymy się patrzeć, nie tam gdzie spogląda autorytet z nadania, ale tam gdzie spogląda ta starsza pani, przez nikogo nie zauważona, stojąca w cieniu, jak stary jakoby nikomu nie potrzebny rekwizyt, odstawiony na tzw. boczny tor. Kim ona jest? No jak to? Nie domyślacie się? No nie … Nie będę wam ułatwiał.
Dodam tylko, bynajmniej nie w celu ułatwienia odpowiedzi na tę zagadkę, że metoda ta pozwoliła panu Gabrielowi odkryć socjalistyczne początki takich zjawisk medialnych i politycznych jak Gazeta wyborcza, Tygodnik Powszechny, Solidarność i Pobudka. Są to bowiem nazwy związane z dziewiętnastowiecznym rewolucyjnym ruchem pseudo-patriotycznym. I jest to ważne odkrycie. Wszystko już było? Czy sponsorom politycznej aktywności w naszej Ojczyźnie brak nowych wynalazków propagandowych? Pytanie raczej źle postawione. Stare hasła się przyjęły i wciąż sprawdzają, nie ma potrzeby na radykalne zmiany.
Tyle by starczyło w zasadzie w kwestii wprowadzenia do tej niezwykłej książki. A to tylko niewyraźne naszkicowane dwa, trzy ledwie rozdziały.
Obiecałem jednak, że wyjaśnię jeszcze jedną rzecz, jeden powód dla którego grafiki pana Bereźnickiego są tak wyjątkowe w tej książce. Ich styl, bliski jest stylowi pisania Coryllusa. Być może dopiero teraz to zauważyłem. One mianowicie, podobnie jak kompozycja znaczeń i faktów u Maciejewskiego, mają coś wspólnego z collagem. Właśnie to, zestawienie osób i wydarzeń, które tworzy znaczenia. Collage leży blisko metafory. Nie chodzi tu o atmosferę marzycielską. Poezja i metafora nie muszą być marzycielskie i romantyczne. Wręcz przeciwnie, są ciekawsze, gdy unikają romantyczności. Lubimy przecież „Rejtana” Kaczmarskiego, mimo że sam Kaczmarski jest w zasadzie heretykiem, no powiedzmy takim uczciwszym pelagianistą (http://poezja.org/wz/Inny/7315/Rejtan,_czyli_raport_ambasadora_-_Jacek_Kaczmarski – nawet jego „Wiosna 1905” zbliża się do naszej wiedzy o rewolucji niby-polskiej: http://www.groove.pl/jacek-kaczmarski/wiosna-1905/piosenka/266907 ). Kiedy język i pisarstwo stają się nieposłuszne wobec kierunku spojrzenia miszcza sira, zadumanego i pełnego mądrości, wtedy wiążą w logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy byty i znaczenia, które wcale nie są ukryte. Wręcz przeciwnie, metafora to zestawienie znaczeń odległych, lecz zestawienie nie ukrywające niczego. Wszystko podaje jak na dłoni. Tak owszem, często, żeby te znaczenia odczytać, trzeba sięgnąć poza poezję, do historii, do bytu faktycznego, albo poświęcić kilka chwil na własną dedukcję. Ale dlatego właśnie, tak jak owa spostrzegawcza, starsza pani, poezja widzi to czego oczarowany i naiwny oglądacz nie dostrzega, oszukaną sztuczkę albo rzecz prawdziwą, jak na przykład faktyczną historią Faustyny Mokrzyckiej. Nie chodzi mi o to, że mamy tu poezję u Coryllusa. Chodzi mi o to charakterystyczne zestawiania faktów i tworzenie znaczeń adekwatnych do rzeczywistości, analogicznie w pisarstwie Maciejewskiego i w grafikach Bereźnickiego.
Dodam tylko coś jeszcze na temat języka, jedno słowo, no powiedzmy, jedną onomatopeję i dwa słowa. Mmmmm … przepysznego coś.

P.s. W komentarzach proszę nie streszczać poszczególnych rozdziałów Socjalizmu i śmierci. Pójdźmy raczej dalej. Gdzie? Np. tu do Pamiętnika Igancego Daszyńskiego - http://partiarazem.pl/Pamietniki_-_Ignacy_Daszynski.pdf
Do tego jego orlego wzroku na tym zdjęciowym portrecie, zapatrzonego w świetlaną przyszłość z determinacją klasycznego deliryka. Lub do innych materiałów dostępnych w sieci, albo tylko wam na temat pseudo-polskiej rewolucji socjalnej.
Albo to: Daszyniówka - http://partiarazem.pl/daszyniowka.pdf – z 2016 roku. Za rok mamy 100-lecie, przypatrzcie się uważnie. Tak tak, mili państwo, jeszcze wszystko przed nami. Fortuna kołem nas tłoczy.


niedziela, 21 maja 2017

Jak biec jeszcze szybciej? cz. III. Fatima i św. Andrzej Bobola

Ich odpowiedź jest prosta, trzeba się zatrzymać, przestać biec, „stracić” czas na rachunek sumienia i na medytację, np. medytację dwu sztandarów, sztandaru Króla wiecznego i sztandaru władcy zła (wg Ćwiczeń duchowych św. Ignacego z Loyoli), a potem „stracić” czas na wspólną rodzinną wycieczką albo randkę małżeńską, potem dopiero na najnowsze wieści „z frontu”.
Uderzyła mnie ta bliskość tych dwu świąt: 100 rocznicy objawień fatimskich i święto św. Andrzeja Boboli. Niezdobyty klif eschatonu. Sprawy ostateczne. I razem niemal namacalne potwierdzenie słów Zbawcy: „Oto Ja jestem z wami aż do skończenia świata.” Bo przecież wszystko to poświadcza o Jego nie tylko wszechmocy, ale i wiernej, nieustającej obecności w naszej historii, o Jego nieustannym zniżaniu się w sprawy mieszkańców ziemi.
Kontekst historyczny objawień fatimskich naszkicowała nam niedawno Pink Panthera (http://rozowypanther.blogspot.com/2017/05/fatima-portugalia-krolobojcy-i-salazar.html). I jakież było nasze zdziwienie, kiedy odsłoniła przed nami tę sieć herezji i zdrady, jakie oplatały małych wizjonerów z Fatimy, ich rodziny i wszystkich wierzących w Chrystusa w Portugalii. Ten tępawy wójt gminy Fatima, w zasadzie masoński politruk i bandyta w roli urzędnika państwowego, który zarządza aresztowanie trójki „fanatycznych” dzieci. Ciekawe, że nie wsadza je do zakładu dla obłąkanych, jakby zapewne uczyniliby pozytywni liberałowie z wyższych sfer brytyjskich i republikańskich, ale od razu pakuje do aresztu, jakby zdawał sobie sprawę, że dzieci głoszą prawdę i to niebezpieczną prawdę, „podważającą podstawy ustroju”.
Wówczas Matki Bożej niestety nie udało się zaaresztować. Karzące ramię „sprawiedliwości społecznej” dosięgnie ją dopiero po trwającym ponad pół wieku pościgu, i to tylko w jej jasnogórskim wizerunku, kiedy to w czerwcu 1966 r. częstochowska Ikona zostanie zaaresztowana w czasie milenijnej peregrynacji opodal Fromborka na drodze do Nowego Dworu.
A gdyby tak zaaresztować Jej Boskiego Syna? Na przykład w Eucharystii? Nie, nie, to niemożliwe i niepożądane. Nowi zbawcy ludzkości popełniliby niewybaczalny błąd propagandowy, przyznaliby w ten sposób, że Najświętszy Sakrament to nie zabobon, ale realna obecność Syna Bożego, niewidzialna obecność w widzialnym znaku. Lepiej gnębić głosicieli katolickiego zacofania. Nawet od czasu do czasu zakatrupić któregoś, tak na postrach. Potem się powie, że sam był sobie winien, bo mógł nie przeginać z tymi swoimi obsesjami na punkcie ludzkiej godności i takich tam różnych dyrdymałów, i nie drażnić swoich morderców, w zasadzie uczciwych i lojalnych stróżów socjalistycznego porządku, tylko trochę nerwowych.
Pink Panther pisze również o mordzie prawego władcy Portugalii Karola I de Bragança i jego spadkobiercy. Wpisuje się on w zasadzie w kolejny etap uszczęśliwiania ludzkości metodą demokratyczną, etap polegający na wyzwalaniu uciśnionych europejczyków od tyranii katolickiego monarchizmu poprzez zamachy na życie głów panujących i ich dziedziców. Jest to albowiem jeden z całej serii zamachów przeciw rodom królewskim na przełomie XIX i XX wieku. Szczególy w tekście Pink Panthera.
Kiedy porównamy to historyczne sąsiedztwo objawień z Fatimy z wydarzeniami otaczającymi mord dokonany na św. Andrzeju Boboli, analogia staje się zadziwiająco wyraźna. Analogia to podobieństwo i różnica ujęte w jednej relacji, w jednej aczkolwiek złożonej. Dlatego po swoim aresztowaniu św. Łucja dos Santos wyraża gotowość podjęcia męczeństwa mocą wiary w Jezusa i Jego Niepokalanej Matki. Tak jak rodzeństwo Marto, św. Franciszek i św. Hiacynta, potwierdza swoją heroiczność. Tak jak jej dwoje kuzynów nie ustępuje wobec żądań wyparcia się całego orędzia objawień, żądań popartych groźbami, ponawianych przez fanatycznych przedstawicieli demokratycznej władzy. Trójka małych mistyków nie zostaje na szczęście zgładzona. Franciszek i Hiacynta umierają potem, ale wskutek choroby. Piękna Pani zapowiadam przecież, że rodzeństwo wkrótce zostanie wzięte do nieba. Jednak wolno nam domyślać się, że ta zapowiedź obejmuje również naturalne warunki, w jakich znajdą się dzieci: aresztowanie, więzienie, przesłuchania, cierpienia z nimi związane, nadwątlenie ich zdrowia, a potem epidemia grypy hiszpańskiej szalejąca w Portugalii, uśmiercająca również dorosłych. Łucja żyje i niesie dalej wezwanie do pokuty, ale cała trójka przechodzi swoją gehennę, którą można nazwać białym męczeństwem, mękę zgotowaną przez kolaborację osób sprawujących władzę w Fatimie z duchowymi mocami zła. I to jest właśnie to podobieństwo do krwawego męczeństwa św. Andrzeja Boboli. Różnica zawiera się, rzecz jasna, w tragicznej, krwawej i razem chwalebnej konkluzji zamykającej życia Apostoła Polesia.
Pamiętamy wszyscy o polskich, współczesnych męczennikach z Peru, o dwu franciszkanach, błogosławionych O. Michale Tomaszku i O. Zbigniewie Strzałkowskim, rozstrzelanych przez bandytów ze świetlistego szlaku. Ale za pewne niewielu z nas słyszało o znamiennym szczególe tego męczeństwa. Otóż kiedy zostali oni ujęci w domu, w którym mieszkali, kiedy O. Zbigniew schodził z piętra po schodach pilnowany przez jednego z oprychów, ów zobaczył lornetkę na szyi misjonarza, wskazał na nią i powiedział mu: „Nie będzie ci już potrzebna”. I zgadnijcie, mili państwo, co uczynił O. Zbigniew? Oddał mu ją bez wahania, bez słowa. „Jak baranek na rzeź prowadzony”. Zapewne nowy właściciel lornetki nie zdawał sobie sprawy jaką moc ma relikwia. Stała się ta lornetka albowiem prawdziwą relikwią, która paliła go aż do końca jego dni.
Zwykły grzesznik-choleryk, katolik niedzielny, niewiele wiem o męczeństwie. W obliczu przemocy najpierw szukam jakiegoś narzędzia, modlę się dopiero potem. Ale to jedno do mnie dociera: męczeństwo, faktyczne martyrium, świadectwo wiary złożone aż do przelania krwi z woli Najwyższego, nie jest owocem samodzielnej decyzji człowieka. Jest darem łaski. W zasadzie cudem. Wynika ono albowiem z cudownego przekroczenia naturalnej, i jak najbardziej pożądanej, niechęci do cierpienia. Cierpienie jest złem i można zgodzić się na nie tylko mocą szczególnego daru, mianowicie aktu poddania się złu tylko jako bramy do najwyższego dobra, jakim jest sam Bóg. Stąd ta wyjątkowa wolność wewnętrzna, niezawodnym znak martyrium. Bynajmniej nie dobre samopoczucie ani euforia, ale wolność wbrew upokorzeniu i cierpieniu, najpierw wewnętrznemu, które przychodzi wraz ze świadomością losu. Wyruszając w ostatnią swoją misję Św. Andrzej miał powiedzieć współbraciom: „Jadę na śmierć męczeńską” (Ks. Henryk Szuman i Ks. Jan Cyrankowski, Św. Andrzej Bobola, misjonarz i męczennik, prorok i patron Polski, Stargard, 1938, str. 9, http://www.dbc.wroc.pl/dlibra/docmetadata?id=2268&from=latest). Realizm i razem świadomość swojego powołania, powołania do świadectwa krwi. Wiedział, kim są nieprzyjaciele Rzeczypospolitej i że nie darują mu Ślubów lwowskich, które co najmniej zainspirował, jeśli nie napisał. Przyjął on bowiem za swoją misję rozgłaszania, iż, jak to zostało objawione innemu Jezuicie, O. Juliuszowi Mancinellemu, Matka Zbawiciela jest zarazem Królową Polski. Wiedział jaką nienawiść żywili do niego kozacy z racji przyczynienia się do licznych nawróceń prawosławnych, ich powrotu do Kościoła. Wiedział, czego spodziewać się po kozakach i że nie uniknie kaźni. A jednak odczytał to jako wezwanie i dar łaski z ręki Króla dziejów.
W Wieży Babel, jedynym teatralnym utworze Tomasza Mertona, amerykańskiego Trapisty, znajdujemy takie słowa: „Miasto człowieka, na ziemi, jest odwróconym odbiciem innego miasta. Co jest wiecznie i niezmienne stoi odbite w niespokojnych wodach czasu, i wiele wydarzeń naszej historii jest po prostu poruszeniami wody, które niszczą przemijający cień wieczności. My, którzy jesteśmy opętani ruchem, mierzymy znaczenie wydarzeń ich siłą burzenia naszego świata. Szukamy znaczenia tylko w kataklizmach, które zaciemniają obraz rzeczywistości. Ale wszystkie rzeczy przemijają, zaś obraz rzeczywistego miasta powraca, choćby nie było nikogo, kto mógłby go rozpoznać czy zrozumieć”. Nie całkiem możemy zgodzić się z mnichem poetą w kwestii owego „opętania ruchem”, ponieważ pojęcie ruchu w pierwszym dowodzie na istnienie Boga jest w zasadzie metaforą istnienia. Dla bytu rozumnego, zarówno absolutnego jak i stworzonego, jakim jest człowiek, ruch w sensie duchowym oznacza również akt woli. Wskazuje zatem na wolność. Akt martyrium jest zatem ruchem. Zgadzamy się, tylko jeśli ruch oznacza u Mertona chaos.
To co jest ważne dla mnie w tych kilku zdaniach, nawiązujących do augustyńskiego obrazu (De civitate Dei) konfliktu między Miastem Bożym (porządkiem łaski i prawa boskiego) a miastem człowieka (chaosem grzechu), to przeciwstawienie piękna (doskonałości) rzeczywistości wiecznej brzydocie zła, rzeczywistości przemijającej, choć jak na razie ciągle prześladującej nas. Przeciwstawienie, które ma również znaczenie polityczne. De civitate Dei św. Augustyna jaki i Wieża Babel Mertona są również traktami politycznymi. Mówią również o trosce o wspólne dobro. Analogia do świadectwa trojga portugalskich dzieci, świadectwa wzywającego do nawrócenie i pokuty, czyli powrotu do prawa wiecznego jest tu oczywista. Nadto nawrócenie i pokuta przynoszą owoce nie tylko w życiu osobistym, ale również w życiu publicznym. Podobnie misjonarstwo i męczeństwo św. Andrzeja Boboli jest przelaniem krwi nie tylko za wiarą, ale również za pokój między narodami i stabilność niepodległej. Pamiętamy również tę wypowiedź pana Maciejewskiego zatytułowaną Śledztwo w sprawie śmierci św. Andrzeja Boboli: https://www.youtube.com/watch?v=EaFL_nthsbE
Między wierszami mojego tekstu są również i treści ujęte w tej dedukcji historycznej. A między wierszami coryllusowej prelekcji kryje się natomiast tzw. cienka aluzja do innego augustyńskiego konceptu, gdzie mowa jest o władcach, którzy przez niewierność Bożemu prawu, stają się bandytami i tworzą bandy zbójeckie, czyli zorganizowane grupy przestępcze. Choć mówiąc dokładniej wypowiedź Coryllusa mówi o graczach politycznych i religijnych, którzy, zaprzedając duszę zakamuflowanym organizacjom polityczno-finansowym, stają się najemnikami zła.
Nie ma zatem pokoju bez oparcia życia publicznego na porządku łaski, prawie wiecznym i prawie naturalnym, w tym na prawie do własności i godziwego dostatku. I teraz wcale nie mam pewności, czy najpierw potrzeba wprowadzić łaskę i sprawiedliwość w życie własne, bo z pewnością trzeba, czy może najpierw lub jednocześnie w życiu publiczne. Tu trzeba skończyć. Jak na razie. Reszta jest … dyskusją.