niedziela, 4 lutego 2018

Sprawiedliwy pośród Niemców (Sigmar Gabriel) czyli Nagroda dla MM i JK za konsekwencję – z dedykacją dla pani Paris

Po czasie (o 23:20, dwie godziny po wpisaniu tego tekstu na portalu SN) zorientowałem się, dzięki tadmanowi, któremu wdzięczność, że dziwnie brzmi to przypisanie "sprawiedliwości pośród Niemców" panu Gabrielowi, zresztą w zamierzeniu przypisanie jemu owej sprawiedliwości było hiperbolą, bo w kilku fragmentach szef niemieckiej dyplomacji lawiruje, ale o tym w dalszej części. Nie zmienia to faktu, że MM i JK zmusili pana Gabriela do owego oświadczenia. Co więcej na tle przejrzystych i moralnie jednoznacznych oświadczeń premiera Morawieckiego - z Markowej i tego wygłoszonego w j. angielskim na tle zdjęć z Oświęcimia - oświadczenie ministra Gabriela z jego unikami i trickami retorycznymi, a nawet w niektórych fragmentach z moralną dwuznacznością, wygląda jak gonitwa w piętkę. Tak jakby, mimo presji wywieranej na naszych polityków, Niemcy i Izrael musiały teraz doganiać Polskę, zaś reszta świata albo milczeć albo zatykać uszy. Świadectwo bowiem niezakłamanej historii ma w sobie tę prawdę, która broni się swoją autentycznością.
Teraz dwa pierwsze zdania z jego oświadczenia: „Pełne rozliczenie z własną historią i z własną odpowiedzialnością jest dla nas Niemców stałym moralnym zobowiązaniem w obliczu zbrodni popełnionych przez Niemców i przez Niemcy także w Polsce. Nie ma najmniejszej wątpliwości co do tego, kto jest odpowiedzialny za obozy zagłady, kto je prowadził i kto zamordował w nich miliony Żydów europejskich – a mianowicie Niemcy.” – oświadczył w sobotę 3 lutego Sigmar Gabriel, niemiecki minister spraw zagranicznych, czym wprawił mnie w zdumienie (https://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/sigmar-gabriel-o-uzyciu-terminu-polskie-obozy-smierci,811962.html). Nie muszę tłumaczyć, co znaczy to oświadczenie dla uporczywej, antypolskiej propagandy Izraela i środowisk żydowskich. Będą one zapewne udawać, że nie słyszą, i że jeszcze bardziej nie słyszą. Ale to udawanie stanie się tym wyraźniejsze. (Po czasie dopisuję, że Żydzi zapewne będą zadowoleni z dalszych fragmentów zawierających dwuznaczności i czołobitne pokłony przed kultem żydowskich roszczeń. Ale jednak wytłumaczę, co to znaczy zwłaszcza to pierwsze zdanie dla uporczywego wałkowania przez propagandę izraelską kłamstwa antypolskiego. Znaczy mianowicie, że Żydzi albo mylą się albo kłamią używając nazwy "polskie obozy koncentracyjne". Oraz że potencjalnie Niemcy biorą roszczenia żydowskie na siebie, również majątkowe. Mimo dalszych zakłamań i uników w wypowiedzi pana Gabriela, jest to sukces premiera Morawieckiego i Kaczyńskiego. Rzecz jasna, ta deklaracja może się zmienić. Zobaczymy.)
Właściwie dlaczego mam się dziwić. Wszak nasz premier, Prezes PiS jak i Prezydent wykazują się normalną, na tle całej politycznej klasy europejskiej - niestety - zdumiewającą konsekwencją a także lojalnością nie tylko wobec swoich wyborców, ale więcej jeszcze, wobec całej historycznej wspólnoty naszego narodu. Nawet jeśli nie rozumieją do końca, Kto jest źródłem prawa, to jednak sprawiają wrażenie, iż owo Źródło Odwieczne czują.
Nie jestem sympatykiem socjaldemokracji i zdaję sobie sprawę, że oświadczenie Sigmara Gabriela może być ruchem odcięcia się od lecącej w dół p. Merkel. Ale przede wszystkim jest reakcją na celne oświadczenie wygłoszone przez premiera Morawieckiego w Markowej w Muzeum Polaków Ratujących Żydów podczas II wojny światowej im. Rodziny Ulmów: „Polska nie była współodpowiedzialna za Holokaust. Nie pozwolimy nikomu, aby używał frazy ‘polskie obozy śmierci’. ” Zwięźle, konkretnie i na temat. I te właśnie słowa oznajmiają, że Polacy nie byli nazistami. Tak jak historia Ulmów, o której m.in. opowiada ekspozycja w Markowej, wskazuje, że z racji drastycznych nieludzkich kar stosowanych przez Niemców, po prostu z powodu groźby sadystycznego mordu, nie można Polaków oskarżać o współudział w zagładzie Żydów, a tym bardziej o nazizm. W ten sposób premier odwalił robotę, którą powinien już dawno wykonać p. Świrski wraz z Polską Fundacją Narodową w formie co najmniej filmu dokumentalnego na temat heroicznych i dlatego prawdziwie świętych Ulmów, którzy złożyli świadectwo do przelania krwi, martyrium, w imieniu całego narodu wierzącego w Chrystusa, a nawet w imieniu Polaków niewierzących, zagubionych, wątpiących, bo i ci w chwilach skrajnych potrafili odnaleźć swoje sumienie i zachować się jak trzeba.
Oczywiście my wiemy, że w nowelizacji ustawy o karalności za przypisywanie Polsce i Polakom odpowiedzialności za zbrodnie niemieckie, jest ten spróchniały punkt 3 artykułu 55a. Komentarz jego dotyczący, z dedykacją dla p. Paris, będzie jednak w dalszej części.
Teraz o kolejnym plusie dla Morawickiego juniora, mianowicie o filmie z jego oświadczeniem pełnym ekspresji i niekłamanego wzruszenia, wygłoszonym w komunikatywnej, angielszczyźnie gramatycznie poprawnej, z jednym tylko błędem wymowy i jednym gramatycznym. Można go odsłuchać w polskim tłumaczeniem ze znakomitą ilustracją filmową tutaj: https://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/sigmar-gabriel-o-uzyciu-terminu-polskie-obozy-smierci,811962.html , w okienku z filmowymi materiałami. A oto tekst polski tego oświadczenia: „Polska była pierwszą ofiarą III Rzeszy w czasie wojny. Śmierć i cierpienie w nazistowskich obozach koncentracyjnych były wspólnym losem Żydów, Polaków, przedstawicieli innych narodów i grup etnicznych. Negowanie Holokaustu to nie tylko negowanie zbrodni niemieckich, ale jednocześnie inny sposób fałszowania historii. JEDEN Z NAJGORSZYCH PRZYKŁADÓW TEGO KŁAMSTWA, ma miejsce wtedy, gdy ktośpomniejsza odpowiedzialność prawdziwych sprawców i PRZYPISUJE TĄ ODPOWIEDZIALNOŚĆ OFIAROM. Chcemy walczyć przeciwko temu kłamstwu w każdej jego formie. Dlatego nowelizujemy ustawę o Instytucie Pamięci Narodowej. Walcząc przeciw fałszywym twierdzeniom, przypisującym Rzeczypospolitej Polskiej uczestnictwo w niemieckiej machinie zbrodni, Polska broni prawdy. Holokaust był niewyobrażalną tragedią dla Polski. …”
Pozostała jeszcze druga część, ale zaszczyt wysłuchania jej i obejrzenia zostawiam do waszej dyspozycji, mili państwo. Tekst i film jest majstersztykiem propagandy i dyplomacji. Niczego mu nie brakuje. MM nadrabia w ten sposób zaległości stworzone przez zbędną metaforykę w swoim pierwszym oświadczeniu.
A tu dalsza część oświadczenia p. Gabriela:
„... To nasz kraj i nikt inny popełnił to zorganizowane masowe morderstwo. Pojedynczy kolaboranci nic tu nie zmieniają. Ja sam przez 15 lat organizowałem i prowadziłem wyjazdy dla grup młodzieży do Miejsc Pamięci w byłych obozach koncentracyjnych Auschwitz i Majdanku. Nic nie było dla mnie przy tym tak oczywiste jak fakt, że były to niemieckie obozy koncentracyjne, które nie przez przypadek były w Polsce. Kultura polska miała bowiem zostać tak samo zniszczona jak całe życie żydowskie. Trzy miliony spośród ponad sześciu milionów zamordowanych Żydów pochodziło z Polski. Świadomość tej historycznej winy jest częścią dzisiejszej niemieckiej tożsamości w naszym demokratycznym państwie i stanowi podstawowy konsensus wszystkich demokratycznych sił w naszym kraju. Dlatego Niemcy, również we własnym interesie, będą przekazywać pamięć o tych okrucieństwach młodym pokoleniom i nie dopuszczą do żadnej relatywizacji. Jesteśmy przekonani, że tylko staranne rozliczenie z własną historią może przynieść pojednanie. Do tego potrzeba, aby ludzie, którzy doświadczyli nieznośnych cierpień w wyniku Shoah, mogli mówić o tych cierpieniach bez ograniczeń. W związku z tym Polska może być pewna, że każda forma fałszowania historii, jak sformułowanie ,polskie obozy koncentracyjne', zostanie przez nas jednoznacznie odrzucona i ostro potępiona (http://www.tvn24.pl)
(O 23:20 przeczytałem komentarz tadmana, który uświadomił mi, że nieuważnie przeczytałem oświadczenie, w którym jest nie tylko skrzypiąca furtka, ale i fortel ratujący pana Gabriela przed zarzutem o podkładanie się pod nasze żądania reparacji wojennych, mianowicie zdanie w którym podkreśla się tylko ofiary ze strony żydowskiej, przemilcza się natomiast ofiary polskie. Nic innego nie mógł zrobić p. Gabriel. Jest bowiem dyplomatą niemieckim i musi lawirować, żeby utrzymać słupki poparcia w przyszłej kampanii. Czyżby inny pan Gabriel, polsko-języczny, wszystkim dobrze znany w Szkole Nawigatorów, miał rację, że nasze nadzieje na niemieckie reparacje to mrzonki?)
Teraz więc kilka akapitów z dedykacją dla p. Paris. Jestem jej to winien.
Niech mi wolno będzie streścić tu, mili państwo i przemiła pani Paris, arcyciekawą wymianę sądów między bosonem a Wolframem. Pisze Wolfram w powyższym komentarzu pod tekstem bosona (http://boson.szkolanawigatorow.pl/pozal-sie-boze-eska): "jak się wydaje (JK) został atakiem Izraela zaskoczony." Boson zgłasza zdanie przeciwne, bo to Izrael jest zaskoczony, bo najpierw miała być załatwiona reprywatyzacja nieruchomości, a potem zaklajstrowana nowelizacja za pomocą próchna (art 55a pt 3). JK ze znanym wszystkim wdziękiem przejął bykowca, jak pisze boson, i trzasnął, trzask - nowelizacja przed reprywatyzacją. Zagrał Izraelowi na nosie. Taki eksperyment. Co zrobi koszerny, jeśli wyrwać mu bykowca? To jakbyzaskoczenie, ze strony JK, MM i PAD, wywołane atakiem ze strony Izraela, napięcie na ich twarzach, to poprostu kara jaką poniósł on i dwaj pozostali panowie za eksperyment, czyli presja jaka teraz na nim i na PAD i MM jest wywierana. Ale śmiem twierdzić, że trzej panowie wiedzą co robią.
My prostaczki mamy problemy ze zrozumieniem zabiegów niejawnych wychodzących poza jednoznaczne deklaracja. Na jednoznaczne deklaracje może sobie teraz pozwolić BS. Bo taka ona jest i za to ją cenimy. Dlatego być może, żeby się nie spaliła w ogniu presji, JK postawił ją na drugim froncie. Sztuka walki jest sztuką kiwania przeciwnika. Dlatego JK i MM wydają się nam cwaniaczkami, co nie jest do końca prawdą. Ze ich usprawiedliwiam, nie znaczy, że we wszystkim mamy się zgodzić z nimi. Nie da rady. Moje poparcie dla nich jest szczere, bo męczą się chłopaki, to widać, walczą z determinacją, ale jest to poparcie taktyczne. Moja wiara jest inna niż ich. Choć nie tracę nadziei, że spotkamy się w końcu pod berłem Pańskim nawet jeszcze w doczesności.
P. Świrski być może poniesie konsekwencje swojego kunktatorstwa, albowiem powołał organizację (Ligę Obrony Dobrego Imienia Polski), która tylko w drobnym wymiarze wypełniła swoją misję. Zaś oceniając po owocach działalności Polskiej Fundacji Narodowej, podejrzewać nam wolno, że w stosunku do amerykańskiego, angielskiego i izraelskiego rynku treści była ona zaprzeczeniem misji owej Ligi. P. Świrski prawdopodobnie rozumie na czym polega rola kanału dystrybucji treści propagandowych i taki kanał stworzył. Przy czym utopił w tym kanale sporo kasy. MM ma ochotę pociągnąć go do odpowiedzialności. Czy są te organizacja (PFN i Liga) kanałem trwałym i czy ostoją się wobec konsekwentej woli politycznej MM, JK i PAD? Czy zodołały się podpiąć pod globalne prądy niestety antypolskie? Zobaczymy. W tle mamy podejrzenie, na razie potwierdzane przez media nieprzyjazne PiSowi, że p. Świrski był pośrednikiem we wprowadzeniu próchna do nowelizacji ustawy, czyli punktu 3 artukułu 55a, o niekaralności kłamstwa artystycznego i naukowego (sic!!!). Aż mnie w dołku zabolało jak to napisałem. "Kłamstwo naukowe" - to już nie jest oksymoron nawet, to paranoja. 
Dużo też wskazuje, że trwa nadal jakieś ukryte napięcie między Solidarną Polską w osobie min. Ziobry i Jakiego a MM i JK. Albowiem wygląda na to, jak pisze Onet, że prowadzili oni własną politykę, własne rozmowy z politykami Izraelskimi w sprawie nowelizacji ustawy, której nie trzeba było nowelizować, albo nowelizować, ale nie w taki sposób.
Po na myśle Wolfram zmoderował swoje wnioski na bazie donosów Onet  (pod tekstem bosona http://boson.szkolanawigatorow.pl/pozal-sie-boze-eska#31131), wszak Onet jednak jest niemiecką agencją: "Nie wiadomo, kto winny - i czy winny - bo zapisy samej ustawy są takie - że do przyjęcia (są jakimś kompromisem) - a PiS, jak się wydaje został atakiem Izraela zaskoczony. Za mało wiemy - a wiemy tyle, że cedzą nam informację przez zęby. Oczywiście można powiedzieć, że muszą, bo taka jest natura negocjacji - ale czasem się okazuje, że coś trzeba było wyciągnąć na światło dzienne wcześniej - bo nie ma się do czego odwołać - a druga strona nie ma skrupułów.
Na plus - oceniam to, że jednak stanowisko jest twarde - a co będzie, czas pokaże. Nie wątpliwie od wielu lat po raz pierwszy nie ustępujemy - mam nadzieję, że nie mylę się w tej ocenie. Co do tego, czy to Prezes jest lepszy, czy Prezydent - to się okaże - ich motywacje są różne od propaństwowych, po całkiem banalne. Stawiam na Prezesa, liczę na Prezydenta - ale powiem, jak mi kiedyś klient, jak miałem kłopoty z dostawą towaru i nie miałem dobrej odpowiedzi, bo nie ode mnie zależało - że mi ufa, ale mi nie wierzy.
p.s. link to wprawdzie Onet - niemniej nie sądzę, by to była czysta konfabulacja - jeśli chodzi o kalendarium. dziennikarze chwalą się, że ludzie z PiS czasem im coś przynoszą 'prywatnie' - pomimo, że oficjalnie są na wojennej ścieżce."
Ja również poruszam się na tym terenie po omacku. Węszę, bo jestem psem, ale trudno mi często wyważyć proporcje i wybrać właściwy trop. Tym nie mniej jestem psem. I nie tylko ja. O tym w kolejnym tekście.

sobota, 6 stycznia 2018

Jak nasz Premier w Budapeszcie pod europręgierzem ... Czyli dar Trzech Króli (coś faktycznie dobrego, z osobną dedykacją dla Miniszyska).



Bez ironii. Na serio uważam, że to coś dobrego. Ocknąłem się właśnie z mojego stukania powszedniego, usłyszałem felieton prof. Ryby, całkiem niezły, chyba dlatego, że mówił bardziej jako komentator stosunków międzynarodowych niż jako wykładowca doktryny pana Dmowskiego. No i obudziłem się. I na gorąco tępię ostrzę swojej złośliwości wobec Mateusza Morawieckiego. Podejrzliwej mojej czujności nie wygaszam, boć to polityk. Nadal patrzę na ręce, czyli na czyny, ale nie tylko jemu. Wszystkim, łącznie z panem Kaczyńskim. I na gorąco komnetuję, a raczej dzielę się moimi odczuciami. Zauważam też, że Orban prawdziwy Gospodarz, umie wyluzować swojego gościa, co widać na powyższym zdjęciu.
Nie czytałem komentarzy gazownianych, ale spodziewam się takiego samego skowytu jak po spotkaniu pana Jarosława z panem Wiktorem w Niedzicy (22 września 2016, o ile dobrze pokazują te niusy z dawnych "sanacyjnych" czasów), boć to wszystko w cieniu zananej a sławnej i wszczętej już ze szczętem procedury unijnego paragrafu, czy czegoś tam, nr 22, pardąs, nr 7 - nieuleczalne skojarzenia z kultuowym, przynajmniej dla mnie, dziełem Hellera Paragraf 22. I czegoś jakoś dziwnie to wszystko buduje i nadyma moje polityczne ego.
Nadto patrzcie, mili państwo, to jakiś nomen omen, a raczej znak czasu, bo ni mniej ni więcej ale mamy kolejne spotkanie prezesowego i razem naszego Hermesa znowu z panem Wiktorem w bliskim sąsiedztwie wielkiego święta, święta przybycia Trzech Króli na uczczenie narodzin Króla Odwiecznego. Analogie i aluzje pozostawiam wszystkim i sobie do słodkiej kontemplacji. Nie mówię, że od razu jakaś nowa gwiazda nam zajaśniała, ale przecież znane są państwu te cytaty (z piątkowego Naszego Dziennika):
W. Orban: "Dobrze jest rozpocząć nowy rok z przyjaciółmi. Taki początek to dobry znak na cały rok. A nam potrzebne są dobre znaki, bo to będzie ważny rok dla Europy."
M. Morawiecki: "Cieszę się, że mogę odbyć pierwszą zagraniczną wizytę jako premier właśnie tu, w Budapeszcie. Cieszę się ze wspaniałego przyjęcia przez niezłomny, braterski naród węgierski, wielki naród węgierski. Chciałbym podkreślić, że mamy wspólne spojrzenie na bieżące sprawy."
No i ja cieszę się, jak mawia znany wszystkim klasyk, jak jasna cholera. Tam w Budapeszcie p. Morawiecki jest moim premierem, bo moim premierem jest, bo robi to, co musi, co musi czynić Gospodarz, czyli prawdziwy Gospodarz, nie zaś najemnik, który wieje, kiedy może, bo jest tylko najemnikiem, któremu nie płacą za nadstawianie głowy. Zawodzi go trochę retoryka, bo ten "braterski naród" mógł sobie podarować. Wystarczyłby "niezłomny". Ileż to przecież dla nas znaczy! Ten jeden przymiotnik! I ten drugi: "węgierski"! No ale nie możemy zapomnieć na jakim etapie mądrości się znajdujemy i jacy kolesie robią u nas w propagandzie. Za dobrze by było. Przecież to nie Toyah ani Integrysta doradzają premierowi w sprawie samku, proporcji i decorum. Ech..., ze starej piersi się wyrwało ...
Powiecie, że nie jest w Budapeszcie, tylko że był. No nie wiem. Zajrzę w poniedziałek do gazowni i tvn24, a może nawet jutro, posłucham tego wycia, albo skomlenia, a może tej głuchej ciszy, sławnego milczenia znanych wszystkim proroków, no i założę się, że będę miał wątpliwości, czy p. Morawiecki był, czy może jednak chyba raczej wciąż tam jest w tym Budapeszcie. Nie ma go, a jakoby by był. ... Akuku ...
W. Orban: "Nie chcemy przechodzić do polityki postchrześcijańskiej czy ponarodowej. Chcemy umacniać rodzinę, dzieci, tożsamość chrześcijańską, opierać gospodarkę na pracy. Nasze tożsamości narodowe muszą umacniać Europę. Nie chcemy żyć w Imperium, ale w wolnych państwach narodowych. Europa może być mocna tylko wtedy, gdy państwa członkowskie są mocne."
Ale dowalił. No jasne że ma zielone światło w postaci tzw. Trójmorza. Trump mu poświecił. Ale on tak mówił jeszcze przed Trumpem. I to mówi kalwinista Orban. Heretyk? Jeśli już to taki, który uważnie przeczytał kilka homilii św. Jana Pawła Wielkiego, zwłaszcza tych wygłoszonych na Węgrzech. I chyba również Pamięć i tożsamość tegoż samego Wielkiego. No i encykliki społeczne. Rzecz jasna, polemizowałbym z tym opieraniem gospodarki na pracy. Ja wolę opierać na własności, ale Orban nie czytał jeszcze (jeszcze) Hipolita Korwina-Milewskiego. A przecież imć Hipolit też Korwin. Nadto ja chce żyć w Imperium. Wiem, że nie doczekam, ale albo będzie Imperium albo nas zjedzą. Tak, niech to nam zbuduje Król Odwieczny, no ale tu jednak trzeba się natrudzić. A więc jednak praca. Owszem, intelektualna, aż do bólu głowy i wrzodów na żołądku. I liczenie kasy. Nie ma zmniłuj. Ale nie do ..., jakiej wszyscy wiemy, śmierci. Góra stoi. Ja może ciągle w biegu. Ale jednak punktem odniesienia jest góra, czyli I (słownie pierwsza) Rzeczypospolita (z poprawkami), a raczej po prostu Rzeczypospolita Polska (to mania prześladowcza jakaś te numerki!), i razem Święte Królestwo Madziarów (z przed haniebnego Mohacza'1526).
Pisał poeta: "Przepraszam ciebie, Bratysławo, Hradce Kralowe, złota Prago / Za śmierć jaskółki tamtej wiosny i polskie czołgi na Wełtawą" (Andrzej Garnczarek). Zapomniał o Mohaczu. Raczej nie wiedział. A tu trzeba by dopisać "i ciebie święta Budo za spod Mohacza zdradę." Ale wygląda na to, że chyba Kaczyński i jego i nasz Hermes Morawiecki zrobili to. I nadto nasi, którzy do Budapesztu jeżdżą ze sztandarami.
M. Morawiecki: "Grupa Wyszechradzka daje UE solidny wzrost gospodarczy, bezpieczeństwo, stabliność polityczną i mocno proeuropejską postawę." Czyli liczymy kasę. Nieustająco liczymy i szukamy nowej. Nadto, według znanej tu wszystkim Brzytwy Coryllusa, "mocno proeuropejska zastawa", pardąs, "postawa" (pomyliło mi się przez tą Brzytwę z fechtungiem) znaczy Polexit i Hungexit i jaki tam jeszcze nam się zamarzy exit. Kolejne cytaty na temat Via Carpatia i Trójmorza zdają się tylko potwierdzać tego zawoalowane pogróżki. Via Carpatia czyli powrót do koncepcji Mniszyskowej i razem Kazimierzowskiej, z tym zamkiem na szlaku bursztynowym, niech nam Mniszysko przypomni jego nazwę, gdzie Kazimierz zrobił sobie letnią rezydencję i chyba też jakieś targi. O! Przypomniałem sobie, Biecz! Zatem kolejne spotkanie Orbana z Kaczyńskim w królewskim Bieczu.

I jak widać na załączonym obrazku, a raczej tym filmie powyżej, ktoś już pracuje nad tym Bieczem i to pieczołowicie.
Nie twierdzę, że te poetyckie aluzje do Polexitu są jakieś strasznie poważne. Po prostu tego nie wiem i wiedzieć nie mogę jako żuczek-ciułacz. Ale konfiguracja wyglądać inaczej nie chce. Może nie jest nieubłagana, ale możliwości decyzji są ograniczone, jakoby zerojedynkowe. Może o to właśnie chodzi p. Merkel et consortes? Kasę i tak weźmie. I nie odda. A my możemy sobie wychodzić do woli, ale bez kasy. Tak naprawdę możemy wyjść i usamodzielnić się tylko wtedy, gdy do spółki z Orbanem ogramy ich, rozbijemy bank i wszystko będzie nasze. Na to chyba i sam Hermes Morawiecki-Borowiecki(vel Śniechowski) nie ma koncepcji.
W końcu chcę i muszę powiedzieć, że w świetle tego spotkania premier jawi mi się jako przede wszystkim człowiek Kaczyńskiego. Wszelkie rekomendacje dotyczące jego ekonomicznej osoby, zwłaszcza te przed wyborami A. D. 2015 na temat Morawieckiego jako przymusowego ministra finansów dla jakiejkolwiek koalicji, mam na myśli przede wszystkim tę wypowiedź p. Lejba Fogelmana na temat M.M., nagraną na podłuchach w Sowie, czy gdzie tam, wyglądają na rzecz podsłuchaną i zapożyczoną od JK.
Dlaczego to jest takie ważne? Bo nie mamy, ja przynajmniej, żuczek-ciułacz na wylocie, nie mam innego sojusznika na poziomie władzy jawnej, który by stwarzał takie zagrożenie dla smoczych gildii w Polsce jak JK. Aktualne czy potencjalne, ale zawsze. Potencjalnym też nie pogardzę. Nie ma innej figury na tej szachownicy. Nie rozumie JK filozofii ziemiańskiej i kwestii własności? No to nie rozumie. Socjalizm żobliborski? Bardziej etatatyzm i demokratyzm. Ale Niepokonani'2012 czy Ordo Iuris jeszcze takiego sukcesu jak on, nie odnieśli, choć nieźle sobie radzą. Nadto partii raczej nie stworzą, tylko będą kogoś tam promować i popierać. Przekleństwo z tymi partiami. Nic na to nie poradzę.
DLATEGO WSZYSTKIM WAM, MILI PAŃSTWO, NAJLEPSZEGO CO MOŻE BYĆ W TYM NOWYM ROKU I BŁOGOSŁAWIEŃSTWA KRÓLA WIECZNEGO, o paradoksie, NOWONARODZONEGO, JEGO MATKI I OPIEKUNA I OD TRZECH KRÓLI-MĘDRCÓW, aby i nam tej mądrości użyczyli faskę ... albo i więcej. 

piątek, 17 listopada 2017

Szachownica – symbol klęski tajnej władzy. Czyli jak biec albo nie biec jeszcze szybciej? Cz. V.

Rzekłbym nawet: totalnej klęski. Jeden z komentujących mój poprzedni odcinek tego cyklu, dokładniej pan Kamiuszek, przypomniał o innej jeszcze ważnej tezie tworzącej to, co nazwałem Brzytwą/szpadą Coryllusa: Władza jest święta albo tajna. I ta prawda stanowi nić przewodnią mojego dzisiejszego tekstu, strzelbę która pojawia się w pierwszym akcie i musi wystrzelić w ostatnim. Dokładniej wystrzeli w następnym odcinku.
Narazie jednak niech mi wolno będzie przypomnieć moje poprzedni odcinki tego cyklu, a zwłaszcza jeden, gdzie pojawia się właśnie szachownica, czyli odcinek z podtytułem:
„Czy pan Andrzej Rzepliński zostanie Wiedźminem?”
(http://mmmagazynier.blogspot.com/2017/04/jak-biec-jeszcze-szybciej-cz-1-czy-pan.html),
Ale również ten: „Teoria niespiskowa, najwyżej tylko trochę ...”
(http://mmmagazynier.blogspot.com/2017/04/jak-biec-jeszcze-szybciej-cz-ii-teoria.html),
i ten: „Fatima i św. Andrzej Bobola”
(http://mmmagazynier.blogspot.com/2017/05/jak-biec-jeszcze-szybciej-cz-iii-fatima.html)
Pierwszy tekst wyjaśnia skąd się bierze wspólny tytuł cyklu czyli „Jak biec jeszcze szybciej”: „Pamiętamy wszyscy tę bardzo ciekawą scenę (w „Alicji w krainie czarów”), kiedy królowa prowadzi Alicję na pole szachowe i biegną. Biegną i biegną aż dostają zadyszki. Alicja zatrzymuje się, bo dalej już nie może i widzi, że są na tym samym polu, na które weszli dopiero co. Nie zrobili żadnego postępu. Na jej pełne zdziwienia pytanie królowa odpowiada: ‘Trzeba biec jeszcze szybciej’. Oczywiście, kłamie. Alicja jest małą dziewczynką i ufa dorosłym. Królowa to wykorzystuje i wciska jej kit. Surrealistyczna bajka Lewisa Carolla jest powieścią polityczną.”
No i jest tu oczywiście szachownica, na której w pierwszym odcinku ośmieliłem się umieścić ex-prezesa Andrzeja Rzeplińskiego.
Oczywiście imputując w tym tekście panu Rzeplińskiemu, iż nagroda im. Kisiela była dla niego pocałunkiem śmierci politycznej, ponieważ zrównała go z Wiedźminem (twórcy Wiedźmina albowiem również zostali wówczas nagrodzeni), popełniłem naiwną pomyłkę. Bajdurzyłem po prostu. Bo wkrótce ujrzeliśmy pana Rzeplińskiego zasiadającego po prawicy, pardąs, po lewicy rzecz jasna, inaczej być nie może, tow. Franza Timmermansa na uroczystości z okazji nominacji człowieka roku gazety wyborczej, co miało być potwierdzeniem, iż antypolska frakcja polskojęzycznych aktywistów politycznych i medialnych wciąż wskazuje pana/tow. Rzeplińskiego jako swego kandydata w następnych wyborach prezydenckich. Był to swoisty bieg tryumfalny obu panów przez owo "pole szachowe" przeznaczone dla nich. Oczywiście człowiekiem gazownianego roku był tow. Franz. Jednak wcześniejsze zrównanie tow. Rzeplińskiego z Wiedźminem znaczyło tyle, co nowa fryzura Dolly Parton względnie masaż w ramach odnowy biologicznej, jakiś tam drobny interesik i razem jego nieustające pierwszeństwo na liście przebojów discopolo.
Lubo (choć) wolno mi nadal upierać się, że była to kpina z byłego prezesa Trybunału Konstytucyjnego. Dzisiaj gotów jestem dodać, że była to również kpina owego środowiska z samych siebie.
Ale wróćmy do szachownicy. Szachownica to symbol masoński. Moje odwołanie się do symboliki masońskiej nie oznacza bynajmniej, że zmieniłem zdanie na jej temat. Nadal uważam, że masoneria nie jest już tajną organizacją, być może nigdy nie była, zaś jej "tajność" to tylko chwyt marketingowy. I nie stanowi najwyższego poziomu tzw. tajnej władzy, bo za dużo o niej wiemy. Potrafimy nawet zgadywać, kto jest masonem, albo ma bliskie z tą sektą kontakty.
Na blogspocie jest ciekawy tekst:
(https://swiatowaliga.blogspot.com/2017/01/szachy-ezoteryka-i-masoneria.html)
W konkluzji tego tekstu znajdujemy jeszcze ciekawszy fragment który ostrzega, że: „Wszystkie teksty, wpisy copyright by Liga Świata / dydymus, bez prawa kopiowania, powielania, cytowania, dopisywania..., całkowity zakaz rozpowszechniania tekstów przez serwisy utrzymujące się z płatnej reklamy”.
Wnioskuję z niego, że ponieważ nie zamierzam ani powielać ani cytować go, oraz że Szkoła Nawigotorów nie utrzymuje się z reklam, wolno mi jako publikującemu na SN przynajmniej parafrazować fragmenty tego bardzo interesującego teksu.
Parafrazując zatem zwracam uwagę na sugestię zawartą w owym opisie i interpretacji reguł szachowych, mianowicie, że nasz świat jest złudny, podobnie i życie w nim. Wynika to z dualizmu między wewnętrzną dynamiką sumienia a zewnętrznym światem materialnym. (Skąd my znamy ten dualizm? Czy nie z kabały? Bo z pewnością nie z ortodoksyjnej teologii moralnej ani z realizmu św. Tomasza z Akwinu.) Z tej racji człowiek w zasadzie jest ofiarą owych nieubłaganych acz złudnych reguł świata i życia. A jednocześnie, mimo tej złudności, zarówno w grze świata, zwłaszcza politycznej walce na szczeblu najwyższym, dodałbym że również ekonomicznej walce, jak i w grze w szachy, liczy się wolna wola. Rzecz jasna bez rozumu, mówią tu już od siebie, który poznaje prawo naturalne, jak i zasady pola walki, wola nie jest wolna, jest ślepa, złapana w pułapkę i zniewolona. Nie wchodzę tu w szczegóły matematyczne, logiczne, astrologiczne i ezoteryczne, o których mowa w tym tekście. Zwracam jedynie uwagę na ciekawe stwierdzenie, mianowicie, że mądrzy ludzie nie grają w szachy, co tłumaczę sobie, mniej dosłownie, mianowicie, że nie przenoszą ich reguł w swoje życie, ponieważ wiedzą, że wchodząc na szachownicę, a raczej przenosząc jej analogię w swój świat, przyjmując jej reguły są już na starcie przegrani. Jedynym zwycięzcą w szachach, a to już jest niemal dosłownie wzięte z tego tekstu, jest właściciel szachownicy i jej reguł.
Moja parafraza rzecz jasna nie jest wierna wobec owego tekstu. Wierna być nie musi. Wydobywa bowiem z niego pewną zasadę, którą potwierdza Lewis Caroll w „Alicji w krainie czarów”, w scenie opisanej na początku mojego tekstu. Potwierdza, to że nie można utożsamić się z żadną figurą na szachownicy, nawet królową czy królem, ponieważ oznacza to ujęcie w pułapkę, odebranie światła poznania, zwłaszcza osądu moralnego, i skrępowanie wolności. Wygrywa tylko ten, kto włada figurami i przemieszcza je. Dlatego właśnie Alicja, choćby biegła nie wiadomo jak szybko, nie posunie się o krok. Konsumując meksykańskie, czy jakie tam, grzybki straciła wolną wolę. Ponieważ Lewis Caroll i Alicja są poddanymi korony brytyjskiej, po części również poddanymi City, niestety muszą czekać na niewidzialną rękę tajnej władzy, by doznać jakiego awansu. No chyba że ...
No to powiecie, mili państwo, że to tajni władcy są właścicielami polito-ekonomicznej szachownicy i jej reguł. Bez wątpienia. Ale oni jednak utożsamili się z figurami króla i królowej. Stworzyli swoją szachownicę, jej reguły i uwierzyli, że to jest właśnie prawo naturalne ustanowione przez wielkiego zegarmistrza świata. Niestety pomylili się, dlatego spadli o szczebel niżej. Mimo, iż wiele mogą, nie są wszechmocni. Wszak żaden czlowiek wszechmocnym być nie może, bo choćby nie wiem jak się natężył i ile połknął tomiszczy nawet samego tomizmu, to jednak zawsze pozostanie w jakimś tam wymiarze zawsze pozostanie bezradnym dzieckiem. Tak, prawo naturalne mówi o władzy, ale o świętej władzy, której nadnaturalnym wzorem jest Król odwieczny. Mimo iż jest on niewidzialny dla zmysłów, prawo przez niego ustanowione nie dopuszcza tzw. tajnej władzy, bo prawo naturalne odzwerciedla prawo odwieczne, a to jest po prostu Jego własną naturą. Tajni władcy nie są w stanie stworzyć od nowa natury naszej rzeczywistości, ani tym bardziej natury faktycznego Władcy i Stwórcy świata realnego. Wydaje się im, że wmawiając Stwórcy, Bytowi Absolutnemy i nadnaturalnemu, iż zamknięty jest w świecie naturalnym, że przez tę prymitywną sztuczkę w postaci kablistycznego mitu o duecie boskim żeńsko-męskim, czy w postaci koncepcji wielkiego zegarmistrza, zdobyli nad nim władzę, i mogą się wygodnie ustawiać w rozgrywce między Królem wszechświata a uzurpatorem. Pomyłka.
W owym tekście o szachach znaleźć można fragmenty, które mówią o symbolice wyższości elity władzy, a zatem tajnej władzy nad plebsem, m.in. plebsem katolickim, pospólstwem wierzącym w Kościół. Błąd teologiczny popełniony przez tajną władzę, mówiąc dokładniej jej ciemniactwo, w istocie odwraca tę relację. Fakt, tajna władza może wysłać katolicki plebs do niemieckiego obozu koncentracyjnego albo do rosyjskiej psychuszki względnie gułagu, albo na holenderski zmywak. Może pozbawić go naturalnej reprezentacji, np. w postaci ziemiaństwa, własnego bankierstwa lub właścicieli zakładów pracy. Ale mimo grożącemu katolickiemu plebsowi rabunkowi i zagładzie, to on jest wolny i to on znajduje się na polu prawa naturalnego, które nie zniewala. Poddaje się bowiem władzy ostatecznego Właściciela wszelkich szachownic, tych do gier i tych metaforycznych stanowiących rzeczywistą, hierarchiczną, bytową rzeczywistość.
Tak, my plebs katolicki musimy nieźle się zmużdżać, żeby przetrwać, zapewnić bezpieczeństwo swoim bliskim, i odczytać odpowiedź na pytanie: „Quo vadis, Domine?”. Wyrycie na pamięć dekalogu jeszcze tej odpowiedzie nie gwarantuje. Ale jednak mimo bólu głowy, czasem nawet serca, pobijanych żeber, dziur w portfelu, i zerwanych więzi rodzinnych, np. przez emigrację za pracą, wszystko jest w zasięgu naszych rąk. Ręce nasze muszą się sparzyć, ale Król odwieczny w końcu poda to, co jest potrzebne. Nikomu nie odmawia. Dar jednak musi ominąć przewrotnych tajnych pośredników. Król też musi wykonać slalom.
Awans i promocja jest możliwa tylko w świecie realnym, w którym nadnatura przenika naturę. Szachowa iluzja przeniesiona w świat niby realny jest pułapką. W świecie iluzorycznym nie ma żadnego awansu ani promocji, bo nie sposób w nim dostrzec królewskiego gestu, który otwiera nową drogę, wyższy poziom, faktyczne dobro, nową szansę.
Pozostaje tylko ten slalom. Ale od czego jest Brzytwa Coryllusa? To ona, lepiej lub nawet gorzej zastosowana, pozwoli zrozumieć ową konkurencję, jej zmienne, proteuszowe zasady i dojrzeć przelot między słupkami, gdzie trzeba w tym akurat momencie zainwestować wszystkie swoje aktywa. No może nie koniecznie wszystkie, powiedzmy trzy czwarte albo połowę.
Powie ktoś: ale szachownica ma pola czarne i białe. Czy to znaczy że białe to są dobre pola, a czarne złe? Tego niestety tekst o szachach nie tłumaczy. Trzeba by się nad tym zastanowić. Ale już w następnym odcinku.
Teraz zaś chciałem dla pokrzepienia serc podać tu link do ciekawego śpiewanego komentarza do kwestii szachownicy, do piosenki Jacka Kowalskiego "Wczele Czyli Legenda Zagłobitów", gdzie szachownica odgrywa niepoślednią rolę, ale nie ma tego nagraniu w sieciu. Warto ją odnaleźć w nagraniu z jakiegoś koncertu Korabity, rozstrzyga ona bowiem w sposób defenitywny kwestię wolności osoby względem reguł szachowych.
Teraz mogę polecić jako komentarz te dwie piosenki: https://www.youtube.com/watch?v=X8HoKn08fZw&list=PL3ZRYqHc4QnklHCZyi42RtdSG8ubSGexl&index=26
Co w wilię Wszystkich Świętych A. D. 2017 własnoręcznie spisałem - Magazynier

czwartek, 26 października 2017

Widziałem śmierć Uniwersytetu – pamiętajmy o nim w dzień zaduszny, w 600-tną rocznicę jego śmierci

Zobaczyłem ją w cichej zgodzie teologów akademickich z pewnej uczelni na otwarcie podyplomowych studiów genderowych. A potem w ich niechęci wobec ks. Oko. Powinienem był zakryć twarz. Nie zakryłem. Owionął mnie chłód grobu. Jeden z najnowszych objawów tej śmierci. I tak ze mną pozostał. Potem była akcja środowisku KUL-u, wiem to na pewno że nie całego, skierowana przeciw Ks. Guzowi. Staram się ich usprawiedliwić, owych teologów i wykładowców katolickich, bo to jest kwestia pieniędzy dla uczelni w tym finansowania instytutu teologicznego. Nie ma dziś innego sponsora jak tylko państwo i administracja unijna, no i może jeszcze korporacje, które mają jakiś interes do Kościoła. My zwykli katolicy jesteśmy za biedni, żeby utrzymać kościelne instytucje edukacyjne.
Ale wrażenie agonii jest. Bo skoro do takich kompromisów zdolni są Księża zatrudnieni na uczelniach, nawet zdawałoby się niezależnych jak KUL, skoro niektórzy wykładowcy z UKSW potrafią mówić publicznie o katolickiej rozgłośni i telewizji jako o problemie dla Kościoła, skoro zatrudnienie akademickie wiąże się z jakąś presją, mentalną i ekonomiczną, której przynajmniej niektórzy z nich nie potrafią się przeciwstawić, to znaczy, że słudzy Kościoła, powiedzmy niektórzy słudzy Kościoła, z łona którego Uniwersytet wyszedł, nie są w stanie obronić jego misji, misji Uniwersytetu, misji tworzenie i odradzania szerokiej wspólnoty skierowanej ku prawdzie i sprawiedliwemu bytowaniu ludzi dających posłuch tej prawdzie. Skoro wielu teologów akademickich, niezależnie od proporcji zbyt wielu, nawet jeśli to mniejszość, nie znajduje w sobie punktu oporu wobec kompromisu z programami zmierzającymi do wykluczenia wierzących w Chrystusa z życia publicznego, tym bardziej nie znajdą ich w sobie niewierzący pracownicy akademiccy, tym bardziej będą przyjmowali propagandę anty-kościelną.
Zmierzam tu do określenia mojej postawy wobec reformy szkolnictwa wyższego A. D. 2017 i wobec protestów przeciw niej. Jedno i drugie jest dla mnie czymś nieadekwatnym. Adekwatne są co najwyżej szczegółowe przepisy regulujące szczegółowe relacje związane z erygowaniem szkół wyższych, zarządzaniem nimi, tytułami naukowymi, stypendiami, itd.
Czemu te próby uzdrowienie tzw. uniwersytetu uważam, jak najbezczelniej, za nieadekwatne? Ponieważ szkolnictwo wyższe, o którym dyskutujemy w Polsce w związku z tzw. reformą „uniwersytetu”, to nie jest Uniwersytet. Uniwersytet jest Uniwersytetem tylko gdy jego inspiratorem, sponsorem i cenzorem jest Kościół. Są oczywiście takie Uniwersytety w świecie, ale w Polsce dziś jest tylko jeden toruńska Wyższa Szkoła Kultury Społecznej i Medialnej, stworzona przez Redemptorystów, no i kilka redut mężnie trzymających się na uczelniach państwowych i tzw. uczelniach katolickich. Dzisiaj wygląda na to, że w Polsce, tylko nieliczni duchowni i świeccy są w stanie intelektualnie podźwignąć misję Uniwersytetu. Finansowo zaś nikt. Jest jakiś podobno uniwersytet w Stanach sponsorowany przez bogatego przedsiębiorcę wyznania katolickiego. Nie wiem, jak tam w świecie, bo przecież są Uniwersytetu rzymskie, Gregoriański, Ambrozjański i jeszcze kilka, są Uniwersytety sponsorowane przez Kongregację ds. Edukacji Katolickiej.  Moje przeczucie mówi zarazem, że 90% katolików na świecie jest po prostu odarta z możliwości dorobienia się konkretnych, milionowych zysków i skapitalizowania ich na cel inwestycji np. edukacyjnych i uniwersyteckich.
„Uniwersytety” świeckie-państwowe i prywatne-świeckie nazwę tę, Uniwersytet, przywłaszczyły sobie, ukradły ją od Kościoła, a wraz z tym przywłaszczeniem uzurpują sobie pretensję do władzy duchowej, należnej tylko i wyłącznie religijnej, zhierarchizowanej wspólnocie o charakterze uniwersalnym, głoszącej nauczanie o charakterze uniwersalnym, wspólnocie w dużej mierze bezinteresownej, zainteresowanej przede wszystkim realizacją swej misji, misją służby w ramach Mistycznego Ciała Chrystusa. Bo ten, kto tworzy Uniwersytet, ma jakoby kompetencje do tego, czyli autorytet, moralny i intelektualny. A zatem stanowi świętą władzę, która posiada sankcję religijną, zbawczą.
Protest wobec gowinowskiej reformy szkolnictwa wyższego artykułuje tzw. Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej, ustami swego reprezentanta dr Aleksandra Temkina, filozofa, członka Narodowej Rady Rozwoju przy urzędzie prezydenta Rzeczypospolitej Polski, który określa ją jako maskaradę i brudny deal Gowina z establishmentem i rektorami”. https://wpolityce.pl/polityka/363135-nasz-wywiad-aleksander-temkin-przygotowana-reforma-szkolnictwa-wyzszego-to-maskarada-i-brudny-deal-gowina-z-establishmentem-i-rektorami
Mówi pan Temkin: Konsultacje Ustawy 2.0. przypominały ustawkę: odrzucono, pod nieprzekonującym pretekstem formalnym, projekt zespołu prof. Piotra Steca (z Uniw. Opolskiego). Minister Gowin twierdzi, że jego projekt popiera całe środowisko. Tymczasem krytykują je nie tylko szef klubu PiS, prof. Ryszard Terlecki, ale tak różne środowiska jak NSZZ “Solidarność” UW, Pracodawcy RP, Kongres Ruchów Miejskich czy Polskie Towarzystwo Socjologiczne. „Środowisko naukowe”, na które powołuje się minister Gowin, to przede wszystkim dobrze umoszczone w dotychczasowym systemie uniwersyteckim grupy interesu. Reforma przedstawiana jest jako wielka rewolucja, tymczasem widzimy, kto za nią stoi. I kto będzie głównym beneficjentem jej zapisów. Chodzi mu o „Oligarchię, która doprowadziła polską naukę do godnego pożałowania stanu, w którym dziś się znajdujemy. Mam na myśli towarzystwo rektorów, którzy teraz przebierają się w nowe szaty i udają nowe twarze.”
Przejrzałem tę ustawę, z pewnością zbyt pobieżnie, i nie dostrzegłem tam niczego, co byłoby sankcją dla absolutnej władzy rektorów. Niech mnie pan Aleksander poprawi i wskaże mi te niebezpieczne punkty owego dealu. Gotów jestem uznać jego racje, bo naprawdę nie miałem zbyt wiele czasu na przestudiowanie nowej ustawy: http://www.znpul.pl/wgrane_pliki/projekt-ustawy-prawo-o-szkolnictwie-wyzszym-i-nauce-16.09.2017.pdf
To prawda, że szkolnictwo wyższe w Polsce jest zdominowane przez największe uniwersytetu, które zgarniają największe dotacje państwowe. Przez te 27 lat od umowy okrągłostołowej polska akademia, czyli cech wykładowców i pisarzy akademickich, jak również badaczy ścisłowców, przyrodników i inżynierów, jak i inne cechy elitarne, związane ze sprawowaniem władzy i dzieleniem kasy, stał się krok po kroku zawodem zamkniętym, tak jak cech prawniczy.
W Centralnej Komisji nadającej tytuły akademickie jest podobno jakiś profesor marksista, który zajmuje się systematycznym i konsekwentnym utrącaniem wszelkich karier uniwersyteckich na bazie teologii czy filozofii chrześcijańskiej. Bez namysłu, jak automat zawsze głosuje w takich przypadkach na nie.
Tzw. „uniwersytet” w Polsce jest konglomeratem niejawnych, lub nie całkiem niejawnych klik, klanów, układów. Do nich należy również tzw. Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej. Reprezentuje on środowisko pseudouniwersyteckie, pseudouniwersytetem są albowiem uczelnie państwowe, które z innych pobudek działa niemal identycznie jak wyżej wspomniany profesor. Z pewnością, bo znam kilku przynajmniej jego sympatyków, są tam dziewczyny i chłopaki poczciwe, pracowite, którym jednak przydażył się pech - wpadli w objęcia tzw. świeckiego humanizmu, niby-etyki przypominającej w swej elastyczności i niespójności gumę do rzucia, a także w objęcia tej sitwy. Być może znajdą się w tym  środowisku chrześcijańscy personaliści lub pisarze wskazujący na głęboki chrześcijański humanizm poezji Norwida, Słowackiego, Herberta i św. Karola Wojtyły. Ale zaryzykuję tezę, że wolno im tylko powtarzać frazesy typu św. Jan Paweł II wielkim humanistą był, bo wielkim humanistą jest, ale ... nieco zacofanym, taki uparty dziadek z Watykanu. Nie wolno im sięgnąć dalej, np. do filozofii O. Mieczysław Krąpca OP, czyli do szkoły polskiego tomizmu, czy nawet to myślicieli francuskiego odrodzenia tomistycznego, takich jak Etienne Gilson. Dlaczego? Ponieważ O. Krąpiec popełnił niewybaczalny błąd. Zaangażował się w katolicko-nacjonalistyczny fundamentalizm Radia Maryja. Zamiast elegancko podeprzeć gazowniany Tygodnik Powszechny. Upolitycznił się. No a co? Tygodnik nie jest upoliticzniony? I to jeszcze od czasów komuny?
Niech ręka bosko-humanistyczna broni każdego, kto zamiast rozpływać się w „myśleniu z głębi metafory” zacznie rozkminiać poezję przy użyciu scholastycznej teorii analogii bytowej i metaforycznej, albo każdego, kto zechce udowadniać, że św. Wojtyła filozof tak naprawdę sięgnął po fenomenologię Husserla i Ingardena (np. w Osobie i czynie) nie po to, by powielać peany na ich cześć, ale po to by obrócić ją w puch i pył, by sprawdzić skuteczność koncepcji św. Tomasza z Akwinu. No i sprawdził. Trzeba się tylko w nią wczytać.
O co tu chodzi? O propagandę. O to by propagandę złą, propagandę nielogicznych, niespójnych zasad humanistycznych pseudo-etycznych, w zasadzie bardzo „gumowych”, rozciągliwych i naciągliwych, dających dużą swobodę artystycznym, politycznym i grabieżczym wybrykom, ubrać w aurę i majestat uniwersalizmu, czyli dobrej propagandy, czyli teologii i etyki, i praktyki zarządzania dobrami materialnymi, zakorzenionej w spójnej interpretacji Pisma Świętego, spójnej, bo podtrzymywanej i doskonalonej przez pisarzy kościelnych, o zgrozo, katolickich, w wielkim trudzie przez 2 milenia, często z narażeniem zdrowia i życia, przez pisarzy kapłanów, zakonników i świeckich. Chodzi o to, by poczciwym i pracowitym wyznawcom humanizmu świeckiego i wszelkich najhumanistyczniejszych komitetów nie przyszło do głowy poddawać krytycznemu osądowi, choćby dla zwykłej gimnasytki umysłowej, "autentycznych autorytetów" "autentycznej demokracji". Bo przecież wiadomo że scholastyka to martwa litera zasuszonych "martwych białych mężczyzn", "faszystów", zaś jasna strona mocy, wyklucza ciemną stronę mocy, i jeśli nie podoba się komuś jasna strona mocy, to już nie ma dla niego nadziei i musi zostać spuszczony z wodą albo jakąś taką ciemną cieczą w głąb "tartaru", jest albowiem skazany na tą "bezlitosną", "obesesyjną", "nieznośnie sztywną", "starczą" moralność katolicką i ten kult świętych dla "niegrzecznych dzieci". Dodam tylko, że wg niektórych podań obowiązujących po jasnej stronie mocy  katolicka etyka i teologia jest jednak dla "eunuchów", bo tylko oni idą do raju. Ale eunuch to też mężczyzna, którego uczyniono niezdolnym do poczęcia. Poza tym eunuchy podobno świetnie się biją.
Na te zabobony nie ma lekarstwa, bo w istocie świecki humanizm to religia, obłędna, heretycka, ale religia, która wierzy tylko w swoje "autentycznie demokratyczne autorytety", bo strach pomyśleć, co by było gdyby zanegować te "autorytety", podawane światłym i inteligentym do wierzenia, wraz z produkowanymi przez nich dźwiękami i literakami. Dlatego śmiem twierdzić, że oskarżenia pana Temkina są nieco na wyrost. Jest w nich jakaś doza realizmu, bo pracownicy polskich uczelni doskonale zdają sobie sprawę z gęstości owych peerelowskich układów, ale jak mi się zdaje, choć mogę się mylić, sama ustawa jest oczyszczona z wszelkich podejrzanych sformułowań. 
I jeszcze dodam, że ja też bym wolał przynajmniej zapoznać się z projektem prof. Steca i wyrazić swoją preferencję dla jego lub gowinowskiego projektu. A państwo?
Ciąg dalszy nastąpi.
P.S. 1. Był też taki hapenning na Uniwersytecie Gadńskim, śmierć uniwersytetu, zorganizowany przez tenże Komitet Kryzysowy Humanistyki, ale mi jak widać nie o to znaczenie śmierci Uniwersytety chodzi.





niedziela, 15 października 2017

Od Botoksu do Pittbulla i nazad. Zbierajmy materiały na proces beatyfikacyjny Patryka Vegi Krzemienieckiego.

W zamierzchłych czasach zimy tego roku, ponad 10 miesięcy temu zdecydowałem, że zacznę pisać na blogu (na dwu blogach, blogspocie i salonie24). Moim trzecim z kolei tekstem debiutanckim (z 13 stycznia br.) był wredny, jak sto zmutowanych szczurów, tekst na temat filmu pana Krzemienieckiego vel Vegi Pittbull. Nowe porządki: Czy Patryk Wega Krzemieniecki zabił Daniela z Ełku? Obejrzałem tą miernotę, bo chciałem, że tak powiem na swoje usprawiedliwienie, być na bieżąco. Ale zaraz odechciało mi się tej bieżączki, po obejrzeniu Pittbulla. By uczcić premierę Botoksu (Jeszcze nowszych porządków), przedstawiam państwu obszerny fragment tego tekstu.
Pomijam tu fragment dotyczący tragicznej śmierci młodego człowieka z Ełku z ręki nożwonika zatrudnionego w ełckim Prince Kebabie, sprawie która wygląda, jakby miała "10 den" (1 dno, 10 den). Wykreśliłem też fragmenty dotyczące artykułu Art 196 KK dotyczącego "ochrony uczuć religijnych", żeby nie powtarzać się i przez szacunek dla swoich nerwów. Wystarczy nam tego absurdu kinowego. Jeśli będziecie państwo nalegali, wkleję je w dyskusji.
Do powrotu do mojego tekstu zainspirował mnie pan Osiejuk swoim wczorajszym tekstem: http://krzysztof-osiejuk.szkolanawigatorow.pl/czy-patryk-vega-zaatwi-nam-u-pana-bogaa-sukces-dobrej-zmiany. W zasadzie to od niego dowiedziałem się, że premiera Botoksu odbyło się dopiero co. Już po samym Pittbulluwiedziałem, że kolejnych filmów pana Patryka nie obejrzę. Trailery, które zlustrowałem pod wpływem ich recenzji autorstwa tegoż samego pana Osiejuka, utwierdziły mnie. Nie tylko z powodu braku tam jakichś nowości w twórczości pana Krzemienieckiego, ale przede wszystkim z racji tego strumienia patolo-rynsztoku. Przytaczam tu fragment mojej recenzji Pittbulla, a nie recenzji Botoksu, bo one prawdopodobnie różnią się tylko jednym szczegółem, o którym w konkluzji. Prawdopodobnie, bo nie zamierzam tego sprawdzać naocznie.
Oto mój tekst: 
Obejrzałem niedawno Pitbulla. Nowe Porządki. Po części z nadzieją, że będę miał o czym pisać. Nie zawiodłem się. Jak państwo wiecie, zaczyna się prawie jak u mistrza Alfreda H. Z tym, że najpierw jest nie trzęsienie ziemi, tylko trzęsawka. Dokładniej trzęsawka dwu obnażonych ciał, kobiecego i męskiego, spółkujących ze sobą. Czyli orgazm. Ale taki, że … ech … drżyjcie narody. (Nie wiem jak się zaczyna Botoks i wiedzieć nie chcę.)
Jak najskromniej spuściłem wzrok, przesłoniłem ekran dłonią. Ale to, co zobaczyłem, wystarczyło. Wystarczyło bym poczuł to coś z razu nieokreślonego, co potem kojarzyło mi się z zawstydzeniem, a właściwe było odczuciem mdłości. Mam taką ambicję by być nie tylko staromodnym ale i wyrozumiałym, dlatego długo nie chciałem się do tego przyznać przed sobą samym. Ale ten problem rezerwuję tylko dla siebie.
Zatem Pitbull 2 zaczyna się „niemal” jak u Hitchcocka, na tym jednak podobieństwa kończą, bo zamiast lepiej, dalej jest już tylko gorzej. Dzień po obejrzeniu Pitbulla 2 zadałem sobie pytanie, który z holiłudzkich filmów, albo angielskich, a nawet szwedzkich, a nawet jugosłowiańskich, zaczyna się od takiego pornosa. Emmanuel, powiecie. Nie wiem, nie oglądałem, być może. Nie jestem koneserem kina. Być może państwo mnie poprawicie, ale nie przypominam sobie żadnego. Jest taki film z Melem Gibsonem, gdzie, jak relacjonują podglądający go policjanci, uprawia on sex z panią swego serca przez cztery godziny. Jest nawet niedyskretny rzut oka przez lornetę na miłosną parę, ale są tam jakieś zasłony. W innym filmie O czym myślą kobiety, owszem, jest nawet uniesienie erotyczne, ale nie ma tam ani takiej „krowa na rowie” golizny, przepraszam, „kawa na ławę” golizny ani takiej trzęsawy jak w Pitbullu.
Czemuż, ach czemuż? Zachodzę w głowę. Zachodzę i wychodzę, aż mnie ta głowa zaczyna bloleć. (...) Państwo, którzyście zmarnowali te parę gdzin na wszystkie trzy, a choćby i te 133 minuty na Pitbulla 2, wiecie jak wygląda tam ów „strumień świadomości”, to znaczy strumień pomyj.
Choćby ten fragment, kiedy kolejna kochanka Miami’a wyznaje mu miłość, licytując ofertę tej poprzedniej kobiety, chyba tej, z którą spółkował on na początku filmu, obietnicą plasterków ogórka dodawanych codziennie do kanapki. Bohater wymięka. Jego serce zostaje podbite za pomocą plasterków ogórka. Chciałbym, żeby to było śmieszne. Niestety, Miami wyraża to za pomocą znanego wulgaryzmu zaczynającego się na literę k, który w slangu, oznacza kobietę rozwiązłą, nadto spełnia często funkcję znaku przestankowego lub przerywnika, pauzy do namysłu.
Najważniejszy jednak moment w tym nurcie rynsztoka, moment kulminacyjny, moment najwyższego najpięcia, po którym atmosfera stopniowo opada, następuje kiedy, młody gangster Zupa (Krzysztof Czeczot), wódz gangu mokotowskiego zostaje aresztowany. Ogląda właśnie sobie spokojnie pornosa, widocznego wyraźnie bez przesłon na dużym telewizyjnym ekranie (drugi już orgazm w tym filmie), tymczasem policja pod wodzą Miami’a szturmuje drzwi do jego pokoju. Drzwi stawiają opór. Policjanci wołają do niego przez drzwi by się od nich odsunął i położył się z rękami na głowie. Wszystko realistycznie i prawidłowo. Zupa leży, czeka aż oni rozwalą te drzwi i cichutko nuci sobie ni mniej ni więcej tylko pieśń religijną, pogrzebową, „Przybądźcie z nieba” znaną również jako „Anielski orszak”. Właśnie to, nic innego. Spokojna liryczna melodia, jak i treść pieśni stanowią właściwy kontrast do dramatyzmu chwili. To z nerwów i ze strachu, powie nam pan Wega Krzemieniecki. Nic innego nie może śpiewać. Jakże przenikliwy psychologizm socjologa filmowego i razem reżysera, kandydata na Oscara.
Czemuż, ach czemuż, zpyta leśny dziadek? Czemu nie nuci ten Zupa „Stairway to heaven” albo „Freedom”, albo „Cygańskiej rapsodii” albo coś z diskopolo? Przecież diskopolo to jest naturalna muzyka jego środowiska. A bo to nie tak prosto, odpowie nasz pretendent do Oscara. Przynależność do grupy społecznej nie jest tak jednoznaczna. Jego rodzice są przeciętnymi warszawskimi mieszczanami. Ja się znam na tym, mam dyplom z socjologii. Aha, zmiesza się elokwentny, choć niezbyt domyślny, dziadek: Znakiem tego oni są katolami. Pan to powiedział, wzruszy ramionami Krzemieniecki reżyser. Katoliccy mieszczanie, poza tym, nie słuchają ani Led Zeppelin ani Mercury’ego. Aha, zmiesza się znowu starszy pan, to takie są owoce kato-dulszczyzny. Mieszczaństwo katolickie wychowuje swoich synów na gangsterów, erotomanów i homoseksualistów – bo w podtekście scenariusza Zupa ma jakiś problem ze swoją tożsamością płciową, jest na jej punkcie przewrażliwiony, ogląda pornosy, żeby potwierdzić swoją męskość. Krzemienicki socjolog skromnie spuści oczęta, błyśnie łysiną, zamruga powiekami i cicho szepnie: Pan to powiedział, nie ja. (...) 
Dlatego ludzi wierzących należy właśnie potraktować jak drażliwych dziwaków. Można sobie robić jaja z tzw. wartości religijnych, ale trzeba rzucić im jakiegoś ochłapa, jakąś protezę prawnej ochrony, bo się dziadki i babcie wściekną i jeszcze coś gorszego wymyślą. Inkwizycję albo co? (...)
Katoli trzeba tępić jak wszy, sugeruje Wega Krzemieniecki, bo zatruwają tylko atmosferę i psują smak życia. To jest głos bestialstwa! Powtórzę dla lepszej słyszalności, to jest zakamuflowane bestialstwo, zawoalowane pozorami realizmu psycho i socjologicznego. To jest patologia. (...)
I jeszcze jedno. Czemu Pitbull 2 jest taki paskudny? Nie tylko przez ten dęty seks i ten rynsztok. Również przez tą kretyńską, obleśną kompozycję długiego nosa i czarnej brody Miami’a z jego irokezem ala De Niro z Taksówkarza. Nie ma szans. Pan Krzemieniecki Oscara nie dostanie. Z resztą nie za to mu płacą. Wszak jest on socjologiem. Jego działka to formatowanie tubylców tak by nie wychylili się ponad poziom grupy niewolniczej.
Jaka jest różnica między Pittbullem 2 a Botoksem, której nie zamierzam sprawdzać? Ano taka, że znane mi trailery nie pokozują sceny analogicznej do tej z bandziorem Zupą wychowanym jakoby w katolicko-mieszczańskiej rodzinie. Być może dlatego, że miejsce Zupy zajęła cała służba zdrowia, ale to nie jest do końca jasne. Brak czytelności tej "poetyckiej metafory" w Botoksie , doprowadził być może właśnie do tych religijnych wyznań pana Patryka. Może być też inaczej, może rzeczywiście miał on wypadek i przestraszył się, że Bóg chce dobrać się mu do skóry i zaczął mu stawiać ową przysłowiową świeczkę. Niestety jego "ogarek" przeznaczony bynajmniej nie dla Boga wciąż się świeci. Inaczej być nie może. Pan Patryk podpisał już cyrografy z instancjami bardzo poważnymi. Tu szczegóły: http://natemat.pl/201841,odsuneli-go-od-pitbulla-ale-vega-nie-sklada-broni-szykuje-mocniejsze-produkcje-bez-cenzury-i-komprompisow .
Z tego wywiadu dowiadujemy się, że będzie on kręcił filmy, gdzie aktorzy będą mówić po angielsku. Domyślać się nam wolno, że będą mówili o tym jakimi patologicznymi szmatami są Polacy, zwłaszcza katole, i w taki sposób ich pokazywali. Zapewne po to, by odwrócić uwagę społeczności globalnej od nieubłaganych statystyk, ujawnionych nam przez znakomitego Deszcznocity, według których, jako pijacy, Polacy są daleko w tyle za Anglikami (23 półlitry polskie na 73 półlitry angielskich, w rachunku tygodniowym). 
Kontynuacja owej łopatologii patolo-propagnadowej, jest poważnym zamówieniem i pan Patryk nie jest w stanie z tego się wykręcić. No chyba, że zdecyduje się na długotrwały proces o wielką kasę zakończony swoją porażką i ostatecznym pobytem w szpitalu, nawet psychiatrycznym.
W końcu przychodzi mi jeszcze inna wredna myśl, że mianowicie, sam pan Patryk zdecydował się zastąpić Zupę udzielając owego "religijnego" wywiadu i stając się, jak to określił pan Osiejuk, twarzą "dobrej zmiany". Jeśli mam rację, albo jeśli tylko po części, bo raczej pan Patryk sam by na to nie wpadł, nie jest to pomysł oryginalny ani subtelny. Albowiem zabieg ten jest podobny do tego, co uczynił sam Heinrich Luitpold Himmler, niemiecki zbrodniarz, Reichsführer-SS, głowa satanistycznej sekty zwanej SS (Die Schutzstaffel der NSDAP), który na swoją obronę, gdy już usłyszał wyrok, miał rzec, iż chodziło tylko o "obronę Kościoła Katolickiego" (sic! Dlatego zapewne był współautorem masakry dziesiątków tysięcy kapłanów, zakonnic i zakonników katolickich).
Jest jakieś podobieństwo między religijnym coming-outem pana Krzemienieckiego a próbą skompromitowania Kościoła przez Himmlera, rzucenia na niego podejrzenia o współpracę ze zbrodniarzami. Ale i razem prymitywizm podróbki, najprawdopodobniej niezamierzonej, w typowym dla pana Patryka stylu chałtury do wynajęcia, jego własny podpis, podpis faceta bez charakteru.

środa, 11 października 2017

Brzytwa Coryllusa. Czyli jak biec albo nie biec jeszcze szybciej? Cz. IV.

Część IV, ponieważ jest to kontynuacja moich rozważań, które zamieściłem wcześniej na blogspocie. Oto ich podtytuły, bo tytuł główny to „Jak biec jeszcze szybciej?”, co jest aluzją do znanej sceny z „Alicji w krainie czarów”: „Czy pan Andrzej Rzepliński zostanie Wiedźminem?”, „Teoria niespiskowa, najwyżej tylko trochę ...”, „Fatima i św. Andrzej Bobola”.
Ale przede wszystkim, co to jest brzytwa Coryllusa?
Czytelnikom jego blogu nie trzeba chyba wyjaśniać. Błyska przed oczyma naszego umysłu niemal codziennie, tak jak w dzisiejszym tekście, w którym to pan Maciej „Szpic Bródka” Świrski został ogłoszony możliwym następcą Jarosława Kaczyńskiego. Nie chodzi o to, że tak się faktycznie stanie, ale o to, że przykładając tzw. „brzytwę Ockhama” do fałszywych wyobrażeń o życiu publicznym i władzy, czyli do tzw. polityki, wycinając w pień na tym polu byty fikcyjne, płonne nadzieje i pobożne życzenia, otrzymujemy możliwy wynik rozgrywek politycznych a nade wszystko faktyczne zależności w nich obecne, czyli „brzytwę Coryllusa”. To chyba wystarczy jako wyjaśnienie.
Ale niech mi wolno będzie jeszcze przypomnieć, że rąbnęła nas ona w sam środek myśli w niedawnym bardzo ważnym tekście Coryllusa „Niepodległość jako funkcja dystrybucji”, (https://coryllus.pl/niepodleglosc-jako-funkcja-dystrybucji/), gdzie zobaczyliśmy przerażającą analogię między handlem słowiańskimi niewolnikami w księstwie pierwszych przedmieszkowych Piastów, i nawet w księstwie samego Mieszka I, a masową emigracją zarobkową Polaków w wieku 20 i 21. I jeszcze tenfragment: „realizm polityczny w praktyce polega na tym, że dla oceny sytuacji stosujemy nie swoją ale obcą perspektywę rozwoju wypadków. Dla nas najlepiej byłoby gdybyśmy swoją sytuację oceniali poprzez pryzmat polityki brytyjskiej. Jest to dobra szkoła, stara i nie znająca wahań. Polscy politycy, czują się jednak więźniami obszaru położonego pomiędzy Niemcami a Rosją i nic ponad konsekwencje tego faktu się dla nich nie liczy.” (https://coryllus.pl/media-masa-memlanie/).
Dlatego poczułem się zachęcony by zmodyfikować nieco tytuł główny tego cyklu jako „Jak biec albo nie biec jeszcze szybciej?”.
Onegdaj syntezę owej „brzytwy” dotyczącą nieco innego pola, ale pokrewnego, skompilował Shork:
1. Każde wydarzenie ma swoją przyczynę i ma swojego płatnika.
2. Nie istnieją artyści jednocześnie niezależni i znani.
3. Najwięcej zarabia się na rzeczach najtańszych i dla monopolu nad rynkiem tychże finansuje się upadek nawet całych państw
4. Nauczanie ekonomii istnieje tylko w celu oszukiwania i tworzenia armii idiotów
5. Trwa odwieczna wojna miasta z wsią (czyli gospodarki opartej na bezwartościowym pieniądzu i gospodarki opartej na własności)
6. Podręczniki piszą propagandyści
7. Jednostka ludzka ma dużo większe znaczenie niż może się wydawać.
8. Państwo powinno posiadać doktrynę
9. Symbole są bardzo ważne.
Komentator-bloger Tytus dodał 10 punkt:
10. Ważniejsza jest kontrola nad kanałem dystrybucji niż sama produkcja.
To dla uzupełnienia i przypomnienia, i większego zagmatwania sprawy.
Z niedawnego tekstu pana Maciejewskiego o Cyranie de Bergerac zgaduję, że wolałby byśmy tę „brzytwę” nazywali „szpadą Coryllusa”. No dobrze, niech mu będzie, „maczeta Coryllusa”. Co z tego wynika? Mianowicie to, że ma on prawo autorskie do „szpady (maczety) Coryllusa”, prawo wyłączności, ale jakimś dziwnym trafem, zrządzeniem Opatrzności, „szpada/maczeta Coryllusa” stała się własnością publiczną, więcej nawet dobrem wspólnym wszystkich czytelników jego bloga i publikacji, potencjalnie własnością dużej liczby Polaków. Na razie jest zamiatana pod dywan, ale za parę dekad jacyś potomkowie Mendelsona mogą toczyć zacięte boje o prawa autorskie, czyli wyłączność publikacji tekstów pana Maciejewskiego.
Jak tam będzie, trudno zgadywać. Ale już teraz widzimy, że jest to narzędzie, a zachowuje się jak wirus. Wcześniej, całkiem niezależnie podobnym „rapierem” posługiwał się Toyah, podobną „szablą” Pink Panthera. Chodzi tu o dociekliwość w badaniu publicznej teraźniejszości i przeszłości. I to się rozszerza, staje pandemią. Nie chodzi tu o tworzenie jakiejś, nie daj Boże, kultowej akademii corylluso-toyaho-pinkpanterowej, ale raczej o własną ciesiółkę, o dzieło, o którym niedawno pisał Coryullus, które zresztą widzimy na portalu Szkoła Nawigatorów w wykonaniu różnych autorów.


No i co z tego? Ano coś. Właśnie coś. O czym w kolejnym odcinku, nie V, ale raczej VI. Bo V przebiera nogami i nie może się już doczekać
Na razie tyle, bo i tak nie lubicie, mili państwo, długich tekstów. Może się mylę, ale i tak wszyscy my jutro na 7 do roboty.