czwartek, 31 sierpnia 2017

Podróż na Litwę i nie tylko, czyli ostatni kanclerz koronny: Hipolit Korwin-Milewski '70 lat wspomnień'


Ośmielam się nazwać pan Hipolita Korwina-Milewskiego ostatnim kanclerzem koronnym Najjaśniejszej Rzeczypospolitej, ponieważ jest to umysł i osobowość tej miary. Stworzony i wykształcony do złożonych pojedynków i kampanii prawnych, politycznych i ekonomicznych. W drugim tomie tych wspomnień w okresie tymczasowej emigracji we Francji spowodowanej działaniami I wojny światowej, gdy toczą się ważne oficjalne i zakulisowe rozgrywki dotyczące Polski, gdy potrzebna jest interwencja, polska arystokracja zwraca się w pierwszym rzędzie przeważnie do pana Hipolita, prosząc go o interwencję. Podobnie jest w pertraktacjach między ziemiaństwem kresowym a Naczelnikiem państwa w kwestiach dotyczących ustroju ziemskiego Litwy. Pan Hipolit staje wówczas naprzeciw marszałka jako ich reprezentant. I to na nim spoczywa podejrzliwe a skryte spojrzenie Marszałka.
Daleki jestem od podawania Korwina-Milewskiego za świętego. Choć zawsze trzyma się on blisko katolickich monarchistów. Sam uważa się za takiego. Ma swoje niedoskonałości, ale można je usprawiedliwiać wychowaniem i wykształceniem w środowisku męskim. Pięknie zresztą pisze w I tomie o swojej młodzieńczej edukacji w elitarnym, męskim gimnazjum w Paryżu, nazwanym tu pensjonatem p. Cousin.
Oba tomy to fascynująca podróż w przeszłość, na Litwę, do Francji, Warszawy, Petersburga itd.. A ponieważ drugi tom ujawnia nam mniej znane źródła II Reczypospolitej i niepodległości, jest to przeszłość, która jest nieustannie obecna w teraźniejszości.
Można w ogóle całą lekturę zacząć od drugiego tomu, bo jest to nie tylko kryminał polityczny, ale nadto horror, że tak powiem, niepodległościowy. Czegoś inna nazwa mi nie przychodzi do głowy. Pan Korwin-Milewski nie tylko trzyma nas w napięciu, ale nadto swoimi demaskacjami wywołuje głębokie wstrząsy w patriotycznej duszy polskiej. Można później uzupełnić lekturę pierwszym tomem, który, prócz licznych podróży, oferuje kompendium wiedzy naocznej na temat kresów, ziemiaństwa, Rzeczypospolitej, Rosji, Francji, i ówczesnej Europy. Wiele wyjaśni np. w kwestii historii ziemiaństwa na Litwie, historii samego rodu Milewskich, w kwestii dlaczego można uznać pana Hipolita jednym z książąt polskiego ziemiaństwa, nie tylko litewskiego, w kwestii dziwnie konserwatywnych podstaw, jakoby katolickich nawet, kultury francuskiej, kraju który powolnym acz swobodnym tokiem zsuwa się ku państwowości socjalistycznej i to na oczach pana Milewskiego, ale wciąż osiąga sukcesy imperialne mocą owego ducha niepiśmiennego barona i niemal cysterskiej dyscypliny pracy i intelektu, kwestii Dumy petersburskiej i udziału w niej polskich ziemian i polityków, przede wszystkim pana Dmowskiego, w kwestii zwycięskich zmagań polskich ziemian z władzą carską a przede wszystkim z rosyjskimi biurokratami niższych szczebli, którzy w owym czasie (druga połowa XIX w.) tworzą już masę rewolucji socjalistycznej i dlatego są zarazą i przekleństwem i dla Rosji i dla Polski. Dlaczego, zapyta ktoś, zatem rewolucja nie wydarzyła się wtedy? I owszem już się wydarzała w postaci zamachów bombowych na carskich polityków. Ale czemu nie wydarzyła się na skalę masową? Bo rewolucja nie jest ruchem oddolnym. Jest to oczywisty wniosek wypływający z lektury 70 lat wspomnień.
Drugi tom wymaga mocnych nerwów. Dla nas Polaków 21 w. przyjmujących propagandę za historiografię niesie on szok za szokiem. W zasadzie powinienem doradzać czytanie go kawałek po kawałku, ale w moim przypadku to nie było możliwe. Z powodu właśnie szoku poznawczego. To co wciąga to niemal genialna synteza ukrytych manipulacji politycznych. Ale to nie pan Hipolit jest scenarzystą tego toku wydarzeń. On po prostu ma niezwykłą zdolność do wydobywania tego co faktyczne i realne. Jak to dzisiaj mówimy, pisze jak jest. To nazwałbym politycznym osądem egzystencjalnym, bez żadnych złudzeń, gawęd, nagi szkielet molocha zwanego historią. Nie będę streszczał drugiego tomu, żeby nie zepsuć wam, mili państwo, tych bezsennych nocy. 
Wymienię tylko dwa fakty, żeby podrażnić waszą ciekawość. Pierwszy to niemal przyjacielskie relacje z Henrykiem Sienkiewiczem i jego niekłamany aplauz dla długiego eseju Korwina-Milewskiego „Obecny stan kwestii polskiej”, którego proces powstawania (w 1916 r.) ilustruje niezwykły talent autora nie tylko pod względem realnego osądu danej sytuacji politycznej, ale również wyczucia właściwej chwili propagandowej. Przytoczę tylko dwa punkty tego tekstu (niestety tylko streszczonego przez autora), które dziwnie współbrzmią z późniejszym przesłaniem Prymasa Tysiąclecia: "Przyszła Polska powinna być jedna, jedna i jedna. … Ta Polska powinna być dosyć wielka, aby żyć własnym życiem, nie powinna być bez końca okrajana w minię jakiejś mniemanej, do absurdu posuniętej etnografii, której żaden wielki naród nie przyznaje" (70 lat wspomnień, str. 86).
Drugi fakt to kampania roku 1920 już po Cudzie nad Wisłą, kampania na Litwie. Już po spotkaniu Marszałka z ziemianami i po słynnej mowie Korwina-Milewskiego na temat ustroju ziemskiego i statusy Litwy. Rodowy majątek Korwina-Milewskiego, Łazduny staje się kwaterą sztabu, czegoś dziwnie odległego od linii frontu, który i tak wciąż przesuwa się na wschód. Bolszewicy albowiem po prostu wieją. Niemcy zostawili go zmodernizowanym na potrzeby swojej armii, choć bibliotekę ograbili. Bolszewicy nie zdążyli splądrować. Demolki dokonuje wojsko niepodległej Polski. W sąsiedztwie zdarzają się sporadyczne pożary jakichś pojedynczych budynków. Czasem eksmitowani są właściciele z racji wyższej konieczności wojennej. Mieczysław Jałowiecki w Na skraju Imperium potwierdza tę tendencję do nadszarpywania majątków ziemskich, zwłaszcza do pożarów, choć nie jest to pandemia. Natomiast w majątku Korwina-Milewskiego płoną najważniejsze gospodarcze budynki w tym skład z ziarnem, co znaczy niemożność obsiania ziemi w następnym roku, czyli rolny krach, ruinę kompletną. Autor znajduje się już wtedy w Poznaniu. Wraca na krótka by zlustrować sytuację. W roku 1921, autor piszę skargę z żądaniem odszkodowania. Pewien generał polski, niewymieniony z nazwiska, wcześniej już przyznając mu rację od strony prawnej jednocześnie uprzedza, że takich pieniędzy nigdy on nie zobaczy. I tak się dzieje faktycznie. Dowództwo Okręgu Korpusu nr III w Grodnie konstatuje w odpowiedzi, że nie znajduje podstaw do wypłaty odszkodowania. Pan Hipolit żyje skromnie, niemal w biedzie. Odchodzi do wieczności w 1932 r. Swoje wspomnienia kończy nader gorzkim esejem o alegorycznym rozwodzie „Jadwigi” z „Jagiełłą”.
To ledwie zarys dwóch faktów z 70 lat wspomnień Korwina-Milewskiego. Zaś takich faktów, obserwacji i wniosków jest tam bez liku. Wszystkie bezcenne dla naszej niepodległości, w przededniu jej 100-lecia naszej.

środa, 30 sierpnia 2017







O Matce Bożej Ostrobramskiej będzie niestety tylko kilka słów wstępnych, bo tekst rozrósł się niespodziewanie. Więcej o niej w kolejnym odcinku.
Na Wilno miałem niestety tylko niecałe dwa dni. Zdążyłem obfotografować kościół parafialny w Taboryszkach, pierwszą parafię Bł. Ks. Sopoćki, z którą związana jest historia jego heroicznych starań u dowództwa niemieckiego o pozwolenie dla okolicznej ludności na swobodne przemieszczanie się na Msze Święte niedzielne. Odetchnąłem unikalną atmosferą tego miejsce. Zdążyłem jeszcze zdumieć się ogłoszeniami parafialnymi w parafii jakoby litewskiej, blisko białoruskiej granicy, przypiętymi do płota, spisanymi w języku polskim, czystym, poprawnym, bezbłędnym. Wróciłem do Wilna przeszedłem się raz jeszcze do Ostrej Bramy, po starym mieście, do Sanktuarium Jezusa Miłosiernego. Mało czasu ale naoddychałem się tego i napatrzyłem. No i nadelektowałem się chłodnikiem litewskim.
Jak już pisałem w poprzednich odcinkach nocowałem u bardzo gościnnych Sióstr Jezusa Miłosiernego, w ich domu, który został utworzony w byłej plebanii obok kościoła Najświętszego Serca Jezusa, kościoła niestety do tej pory nie odbudowanego. Obok niego znajdował się klasztor Sióstr Wizytek, którym Bł. Sopoćko posługiwał jako spowiednik. Obecnie budynek ten został odbudowany i przeznaczony na Hospicjum im. Bł. Michała Ks. Sopoćki. Hospicjum to, miejsce opieki nad ostatnimi chwilami życia ludzi, którym z różnych przyczyn ich rodziny nie mogą zapewnić godnych warunków, ciągle potrzebuje wsparcia. Dlatego podaję jeszcze raz link do informacji o nim i jego konta bankowe: http://www.faustyna.eu/hospicjum-wilno.htm:
Nordea Bank Finland Plc Lietuvos
Kod Banku:21400
BIC, SWIFT kod: NDEALT2X
LT 832140030002856355 LTL
LT 232140030002856368 EUR
LT 392140030002856371 USD
LT 762140030002856384 PLN
W pokoju, w którym odpoczywałem po moich eskapadach, na ścianie zawieszone były kopie dwu najważniejszych dzieł malarskich Wilna, obrazu Matki Bożej Ostrobramskiej, Matki Miłosierdzia, autorstwa nieznanego, XVII-wiecznego malarza, i wizerunku Jezusa Miłosiernego pędzla Eugeniusza Kazimirowskiego, zwanego przez Bł. Sopoćkę obrazem Króla Miłosierdzia. Obrazy te oglądam codziennie, w swoim mieszkaniu, ale tu po raz pierwszy zobaczyłem je zestawione razem. Doskonała kopia obrazu „Jezu, ufam Tobie” była powiększeniem oryginału, tak iż Jezus na nim miał rozmiary niemal monumentalne. Kopia ikony ostrobramskiej była w swoich naturalnych rozmiarach, czyli dość duża, w wersji oryginalnej, czyli bez ozdobnej sukienki. Po raz pierwszy miałem możliwość spojrzeć uważnie na oblicza, odmalowane na tych obrazach, Matki Bożej i Jezusa Króla. Wieczorem, po kolacji, zamiast odmówić różaniec, dokonałem autopsji z bliska. Długo przyglądałem się, mruczałem sobie pod nosem katolickie zaklęcia i porównywałem oba wizerunki. I doszedłem do wniosków, które powinny być w zasadzie oczywiste.
Napiszę o nich, przepraszam niecierpliwych, niestety dopiero w kolejnym odcinku. Tym bardziej przepraszam, że sam jest niecierpliwcem i wiem, co znaczą dla nas, w gorącej wodzie kąpanych, takie obiecanki cacanki.
Teraz niech mi wolno będzie zająć się pewnym dramatem, nie tragedią bynajmniej, ale jednak historią pełną napięcia, które w sąsiedztwie prawdziwej świętości siostry Faustyny i Ks. Sopocki, oraz ich klasy i klasy Eugeniusza Kazimirowskiego, historią, która w bliskości tych „książąt niezłomnych” pozostaje dla wszystkich czymś całkowicie nieuświadomionym. Nadto w stylu iście litewsko-stoickim, w stylu prawdziwych „żubrów” wileński, bo Bł. Ks. Michał i jego przyjaciel byli faktycznymi „żubrami” litewskimi, historia ta została wręcz celowo ukryta, schowana przed oczami osób trzecich, by jaśnieć jedynie przed Obliczem Pańskim. I w tym jest ich zasługa. Moja żadna, bo to tylko wścibskość. Nawet nie faktografia, ale naszkicowanie prawdopodobieństwa tej historii. Wścibskość iście nie litewska. Wstydzę się, ale brnę w nią dalej.
Przytoczę zatem pewien fakt mniej znany wszystkim czcicielom Bożego Miłosierdzia, mianowicie, że Eugeniusz Kazimirowski prowadził pracę nad tym obrazem „Jezu ufam Tobie” przez około pół roku, rzecz jasna pod kierownictwem św. Faustyny, zleconym przez Bł. Ks. Michała na podstawie prywatnych objawień jego podopiecznej i w zasadzie, w sensie wiedzy teologicznej, jego uczennicy. Inny fakt, znany z Dzienniczka św. Faustyny, to taki, że była ona ogromnie rozczarowana, aż do gorzkich łez, ostatecznym kształtem tego dzieła, skądinąd niezwykle wysublimowanego w zasadzie arcydzieła malarstwa religijnego. Wynikało to z niemożności przelania na płótno wizji, której twórcą był sam Najwyższy Sztukmistrz, wizji nie jednowymiarowej, ale wielowymiarowej, a nawet wykraczającej poza wymiary przestrzenne, bo dla osoby obdarzonej kontemplacją wlaną wizja ta, będąca owocem łaski mistycznej, miała nieskończenie więcej wymiarów i znaczeń.
Kolejny fakt to taki, że Najświętsze Oblicze Zbawiciela z obrazu Kazimirowskiego było przez niektórych teologów porównywane z Obliczem z całunu turyńskiego, z konkluzją pozytywną, mianowicie, że oba Oblicza pokrywają się, co miało udowodnić nałożenie na siebie obu za pomocą rzutnika. Ubocznym efektem tych porównań było przekonanie, że Kazimierowski malował przez pół roku właśnie samo Najświętsze Oblicze, co nie jest prawdą. Są też inne sprawy związane z tymi eksperymentami, o których znowu niestety dopiero w kolejnym odcinku.
Teraz trzeba stwierdzić jedno, że pan Kazimirowski z pewnością poświęcił na odmalowanie Oblicza Pańskiego wiele czasu, ale oprócz tego musiał zmierzyć się z proporcjami ciała w ruchu. Zbawiciel na tym obrazie, jakby nieznacznie, ale jednak, kroczy w kierunku oglądającego. Z pewnością wiele trudności, od strony farb olejnych, sprawiły mu promienie wychodzące z rany w boku. Szkice do tego obrazu, według mojej wiedzy, nie zachowały się, ale możemy sobie wyobrazić ból głowy malarza, w pierwszym rzędzie uczciwego rzemieślnika i razem realisty, słuchającego relacji wizjonerki, duszy kontemplatywnej, i do tego jeszcze niewiasty, a nawet damy – prawdziwej damy, mimo jej wiejskiego pochodzenia, a nawet „dziecka królewskiego”, jak ją nazwał sam Zbawiciel – obdarzonej wrażliwością poetycką, która widzi Boga i cały świat w subtelnych relacjach hierarchicznych, i to w hierarchiach duchowych i moralnych, w niezliczonych subtelnościach.
Rzekłbym nawet, że nie każdy kontemplatyk ma takie poczucie jedności Piękna, w jego wielorakich detalach, i razem Dobra i Prawdy. Bo niepiśmienna św. Katarzyna ze Sieny, średniowieczna tercjarka dominikańska, machnęłaby ręką na wierność wizerunku wobec wizji, tak mi się zdaje, i nawet by tym głowy nie zaprzątała swojemu spowiednikowi. Raczej zastanawiałaby się, jak obraz ten przemówi do głów koronowanych jej współczesnych i do Namiestnika Chrystusowego. Być może prosiłaby Zbawiciela o dodanie jakichś insygniów władzy papieskiej i królewskiej do całości. Mistycy tacy jak św. Bernard z Clairvoux, z rodu rycerskiego, inspirator wypraw krzyżowych, czy św. Ignacy z Loyoli, były rycerz i dworzanin, inaczej ex-hidalgo, zastanawialiby się, czy nie można by dodać miecza jako, rzecz jasna, symbolu Słowa Bożego, które „żywe jest, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny”, zdolne rozdzielić „duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca” (Hebr 4:12). Być może św. Franciszek i św. Pio nic by nie chcieli dodać.
Zaś, najwyższy autorytet w teologii mistycznej, scholastyk, teoretyk i najbardziej doświadczony praktyk w prowadzeniu dusz kontemplatywnych, św. Jan od Krzyża, syn ubogich, żydowskich konwertytów, bodajże w drugim czy trzecim pokoleniu, schowałby tę wizję głęboko w swoich notatkach i poddał ją 10-letniemu rozeznawaniu. A w sumie i tak z tej wizji zostałby mu Święty Krzyż Pański, dosłownie i w przenośni.
Tu wypada naszkicować tło duchowe owej ikony „Jezu, ufam Tobie”, tło, które podsuwa nam właśnie św. Jan od Krzyża. Według niego zasadą kontemplacji wlanej, kryterium faktyczności łaski tzw. mistycznej nie są wizje ani głosy, ani żadne fajerwerki anielskie, lecz wiara, czysta wiara, nić i noc wiary. I nic więcej. I według tego kryterium kierownik duchowy, wierny syn Kościoła Katolickiego, winien doradzać duszy o powołaniu kontemplatywnym, czyli tzw. mistycznym, i według niej prowadzić ją.
Dlaczego? Bo wizje i głosy, nawet jeśli pochodzące od Ducha Bożego, odwołują się do wyobraźni zmysłowej, nawet jeśli subtelnej i absolutnie podporządkowanej prawdom wiary, to jednak zmysłowej. Rękojmią prawdziwości poznania wszelkiego nie są zmysły. Również w sprawach nadprzyrodzonych jest nią weryfikacja (rozeznanie i potwierdzenie) prostego osądu, którego ledwo jesteśmy świadomi, który najczęściej jest przesłonięty analizą treści i sposobu istnienia danych bytów, czyli ich formy, osądu streszczającego się w podstawowy zdaniu: to jest, to naprawdę jest. Poznanie sposobu funkcjonowania danego bytu jest jednak konieczne do potwierdzenia i pogłębienia pierwszego osądu, powiedzmy hipotezy takiego osądu. Potrzebne jest do życia w tzw. realu. Ale to, co daje pewność i swobodę w poruszaniu się w realu to właśnie ów sąd: to istnieje.
Tzw. osąd egzystencjalny, jest dla poznania tym, czym jest powietrze dla organizmu. Jest on początkiem i celem poznania. Jest on egzystencjalny, ponieważ dotyka istnienia danego bytu. Wiara jest takim osądem egzystencjalnym. I tylko ona, według św. Jan od Krzyża, jest zdolna doprowadzić ludzki umysł, wolę i uczuciowość do poznania Boga. W uproszczeniu, filozofia bytu, dowodu na istnienie Boga, doprowadzają do stwierdzenia faktu istnienia. Słowo Boże i cnoty teologalne potwierdzają to stwierdzenie i … prowadzą dalej. Dają poznać, „jaki” jest ów Byt Abosolutny.  A jest on nieskończony w swoich przymiotach. Jego piękno, dobro i prawda, jego subtelność i razem waleczność nie mają po prostu żadnego dna, żadnej granicy ... Bo Jego istota, czyli jaki jest, jest jednym z Jego istnieniem. Zaś przed tą nieprawdopodobną jednością umysł naturalny może tylko skapitulować. Dalej idzie tylko wiara, nadzieja i miłość.
Teraz w trzech akapitach przypatrzmy się posłudze kierownictwa duchowego ze strony Ks. Sopoćki wobec siostry Faustyny. Proszę sobie teraz wyobrazić, mili państwo, jazdę jaką miał ze Św. Faustyną, prosty a mądry, racjonalny acz choleryczny syn ubogich litewskich arendarzy, Bł. Ks. Sopoćko. Jazdę bez trzymanki z duszą przypominającą nawet nie pegaza, ale mitycznego feniksa. Nie sztuka byłoby okiełznać i „rzucić nią o glebę”. Nie sztuka byłoby zdusić tę delikatną acz mocną duszę, wezwaną do dzieła wielkiego. Ale to by znaczyło sprzeciw wobec woli Najwyższego. Chodziło tu, by poddać ją faktycznemu prowadzeniu łaski wlanej, chodziło o pogłębienie, wysubtelnienie, osiągnięcie dojrzałości jej osądu egzystencjalnego nie w jej wizjach, ale w jej kontemplacji, czyli w jej aktach wiary, w których Bóg zamierzył ją udoskonalić. Pośród wizji i przesłań Ks. Sopoćko musiał zachować kurs tej duszy kontemplatywnej na prawdę, na czystą wiarę, bo według św. Jana od Krzyża, wiara, czyli prawdy wiary objawione w Ewangelii, to Mądrość Boża, to sam Chrystus, i nic nie można już dodać do Jego Objawienia się ludziom, zresztą tak jak mówi ostatnie zdanie Apokalipsy św. Jana. Trzeba tylko to przemedytować i przeżyć do końca. A tu proszę, nowe jakieś objawienie, jakoby prywatne, ale skierowane do całego Kościoła i całej ludzkości. No ludzie, wytrzymać nie idzie. Jak to okiełznać? I jeszcze żądanie namalowania tego obrazu. A dusza ta faktycznie jest Boża i kontemplatywna, potencjalnie święta. Przeważnie zrównoważona i prosta, o swych przeżyciach wewnętrznych mówi tylko z kierownikiem duchowym i przełożonymi, jak pisał o niej Bł. Michał w swoich Wspomnieniach z przeszłości (str. 64). Silna osobowość, nie uległa żadnej depresji psychicznej. Jedynie miewała dołki duchowe. Nie depresje nerwowe, ale doświadczenia pokus, niepokoi, lęków, wątpliwości. Napięcie nie emocjonalne, ale intelektualne i wolitywne, duchowe, czyli doświadczenia walki wewnętrznej, które znosiła cierpliwie, aczkolwiek doświadczała ich i to bardzo boleśnie.
Dlatego na jego barkach, na głowie kierownika duchowego, spoczywa cała odpowiedzialność nie tylko za wzrost cnót tej duszy, ale wręcz za zbawienie. Bo ten Ikar, siostra Faustyna nie cofa się przed żadną ciemnością i niebezpieczeństwem, byleby miała przekonanie, że taka jest wola Oblubieńca jej duszy. Dlatego poddana jest kuszeniu. Przecież duch zły ukazał się św. Faustynie jako anioł światłości i kazał jej zniszczyć wszystkie swoje notatki. I ona to zrobiła. Gdyby nie mądrość Ks. Sopoćki (również innego jej kierownika, Jezuity, O. Andrasza), nie byłoby św. Faustyny. Może inna dusza kontemplatywna otrzymałaby to zadanie. Ale Faustyna musiałaby się skonfrontować z niebezpieczeństwem anihilacji swego powołania. Życie kontemplatywne nawet bez nadzwyczajnej misji jest wystarczająco trudne i nawet momentami niebezpieczne, o czym przypomina często św. Jan od Krzyża. Bo to nie jest kontemplacja naturalna np. jeziora łabędziego. To nie jest naturalna rozkosz umysłu. Kontemplacja wlana to agonia umysłu i woli. Nie przesadzam. Wystarczy poczytać sobie Dzienniczek św. Faustyny na wyrywki. O nadzwyczajnej misji w ogóle nie warto mówić, bo nie mamy zielonego pojęcia, czym taki agon może być. Dlatego dany jest tylko ludziom o silnych, zdrowych nerwach, takich jak u prostej, wiejskiej dziewczyny spod Łodzi. Dość powiedzieć, że św. Faustyna miała w pewnym momencie szczerze i serdecznie dość tej misji, nie ukrywała tego przed Ks. Michałem i O. Andraszem i prosiła Boga o uwolnienie jej od niej. I warto tu dodać, że było to bardzo ważną wskazówką dla kierownika duchowego co do autentyczności tych objawień.
Dlatego nie ma samotnych mistyków ani mistyków poza Kościołem. Ludzie podawani nam do wierzenia przez humanizm literacko-liberalny, a nawet przez schizmatyków, to albo oszuści albo zaburzeni emocjonalnie. Niektórzy z nich być może mieli powołanie kontemplatywne, ale bez pomocy Kościoła zmarnowali je i doznali szkody na duszy przez głupotę innych i własną, i przez podstępy ducha zniszczenia, Appoliona.
A teraz powróćmy do tego niemałego acz niezauważalnego dramatu, który wydarzył się w relacji między św. Faustyną, Oblubieńcem jej duszy, bł. Sopoćką, i mistrzem Kazimierowskim, i samym obrazem. Wyobraźmy sobie, mili państwo, pana Kazimierowskiego, który z dumą odsłania gotowe arcydzieło, owoc ciężkiej pracy rzemieślniczo-twórczej, w którą, według słów Bł. Sopoćki, włożył weń „dużo pracy, by dostosować się do wskazówek” (bł. Michał Sopoćko, Dziennik, str. 98). A w stylistyce litewskiej, oszczędnej i ascetycznej, jedno słowo waży tyle, co jeden tom gawęd lwowsko-kijowskich. I widzi mistrz Eugeniusz tylko konwencjonalną wdzięczność siostry Faustyny, kątem oka zaś jakiś cień smutku. Na szczęście nie widzi jej późniejszych łez, ataku melancholii, i depresji, której jakoby miała nie przeżywać. Owszem przeżywała depresję duchową, jako walkę wewnętrzną, taką na jaką stać osobowość silna. A był to kryzys intelektu, który szuka odzwierciedlenia piękna doskonałego i nie znajduje go. Rozczarowanie to ukryła głęboko w swoim sercu i nie mało, jak sama pisze, napłakała się w kaplicy (św. Faustyna Kowalska, Dzienniczek, akapit 313).
Dla mistrza Eugeniusza największą nagrodą byłaby eksplozja radości inicjatorki tego dzieła. A tu skromny uśmiechu głównej winowajczyni. Czyż nie zauważył, że siostra Faustyna coś ukrywa przed nim? Czyż był całkiem ślepy na ten cień melancholii, który przemknął przez jej twarz? Co czuł, kiedy np. po czasie uświadomił sobie, że coś było nie tak? Kazimierowski nie był megalomanem, miał zaś tę cnotę najważniejszą u rzemieślnika i twórcy, cnotę osądu i potrafił ocenić wartość swojego dzieła. Wystarczało mu docenienie ze strony przyjaciela i nadzorcy całej sprawy, Ks. Michała. Ale nawet jeśli mistrz Eugeniusz był niespotykanie spokojnym człowiekiem, jak to się może zdarzyć tylko na przeważnie chłodnych kresach litewskich, to jednak naturalna cnota ma swoje granice. Nawet jeśli siostra Faustyna starała się ze wszystkich sił okazać mu wdzięczność, nawet jeśli odczucie rozczarowania z jej strony dotarło do niego ze szczęśliwym opóźnieniem, nawet jeśli nie chciał spuścić ze schodów świętoszkowatej idealistki, to i tak diabeł go kusił, choćby do jakiegoś rozgoryczenia, np. żeby powiedzieć coś Ks. Michałowi, albo żeby wyprowadzić się z plebanii i nie widzieć jego, a tym bardziej jego rąbniętych zakonnic, przez jakie 3 lata. Musiało dla niego to być, prędzej czy później, ciosem.
I tu znowu musimy założyć zbawienną rolę tzw. kierownika duchowego, prawdziwego herosa ducha, który musiał po pierwsze powstrzymać swój własny choleryzm, a miał go dość w zanadrzu, zmagał się z nim przez całe swoje życie. Po drugie musiał nadać kierunek owej „łasce mistycznej” swojej podopiecznej, duszy feniksalnej. Nakierować ją znowu na wewnętrzny głos Króla jej serca, jej Oblubieńca, który już lepiej będzie wiedział, co z tym swoim królewiątkiem zrobić. I nie pomylił się. Zbawca powiedział, co trzeba i jego słowami z objawienia prywatnego, acz naświetlającego uniwersalną, powszechną wartość owej ikony, możemy się radować i je smakować po dzień dzisiejszy „Nie w piękności farby ani pędzla jest wielkość tego obrazu, ale w łasce mojej” (Dzienniczek, akapit 313). Po trzecie być może w pewnym momencie musiał podnieść na duchu rzemieślnika i artystę w jednej osobie, i stać się buforem między nimi. Być może, w odpowiedzi na pytanie, jeśli takie padło, o odczucia siostry Faustyny, Ks. Michał dał do zrozumienia swojemu przyjacielowi: „To jest czysta dusza, ale marzycielka, idealistka, nadto baba po prostu, estetka. Obraz jest genialny.” Bo jest. I taką to krotofilę, etiudę dramatyczną zgotowała naszym bohaterom i nam Opatrzność Boża.
Co w dzień po święcie Matki Bożej Częstochowskiej, na jej większą chwałę, własną ręką spisałem – Magazynier.

wtorek, 15 sierpnia 2017

Gospodarka nowożytna w epoce ekspansji ekonomicznej znad Zatoki Perskiej czyli zdrajca Kotilaine

Zacznę od tego, że główny trzon tego tekstu to tłumaczenie artykułu dr Jarmo Kotilaine’a na temat problemów żywnościowych w rejonie Zatoki Perskiej. I od tego, że w nagłówku tego artykułu, jest adres emailowy do niego: j.kotilaine@ncbc.com , gdyby „ktoś” chciał zrobić z nim wywiad, np. w formie kilku pytań wysłanych pocztą elektroniczną. Nie wiem, czy to poskutkuje, ale co tam. Nie takie numery już robiliśmy.
Zanim dojdę do tłumaczenia, muszę skreślić kilka akapitów wstępnych.
Przytoczę tu cytat ze znanej piosenki Stanisława Klawego, z polskim tekstem, z burzliwych lat 80-tych ubiegłego stulecia: „Gaście światła, obywatele, elektrownie czekają na prąd. Lepsza przyszłość naszym jest celem. Lepiej będzie widoczna stąd.” Po to aby, pochwalić się moją wredną parafrazą z pierwszej hybrydowo-mutanckiej dekady wieku obecnego, czyli z dnia dzisiejszego: „Co drugiego kartofla, puszyści Słowianie, odmawiajcie sobie. Głodujący Bahrain czeka na skrobię ...”. Nie ma rytmu, ale jest rym.
Chciałem najpierw nadać temu tekstowi inny tytuł: „Zdrada dr Kotilaine’a czyli obowiązkowe kontyngenty dla głodującego Bahrajnu.” Wybrałem tytuł, który widać w nagłówku, żeby nie powtarzać niektórych słówek i żeby podsunąć tu krypto-reklamę fascynujących tekstów pana Stalagmita (zamieszczonych w internetowej Szkole nawigatorów) na temat gospodarki starożytnej śródziemnomorskiej jak również bliskowschodniej tego właśnie obszaru, Bahrajnu i wybrzeży Zatoki Perskiej. Co ciekawe, tłumaczenie, które poniżej dziwnie „rymuje się” z jego pamiętnym tekstem o starożytnym handlu w tym właśnie rejonie. Strasznie mnie to nakręciło ...
Jeśli mam napisać coś o samym autorze to to, że moja złośliwości poetycka, nie jest ona bynajmniej adekwatna do miary, jaką trzeba by oszacować, znanego, przynajmniej w „niektórych kręgach”, badacza historii gospodarczej 17-wiecznej Rosji i Syberii, dr Jarmo Kotilaine’a, pisarza przemilczanego i skazanego na zapomnienie, być może jako zdrajcy, który najpierw zdradził europejską akademię ujawniając swoje analizy na temat dojenia „woziwody Europy” czyli Rosji Iwana Groźnego i jego następców, a potem przez przyjęcie oferty nie do odrzucenia, intratnej pozycji w ważnej organizacji finansowej i to wcale i w ogóle nie unijnej ani brytyjskiej (chyba), ani jankeskiej, lecz o zgrozo … muzułmańskiej.
Jest on dziś głównym ekonomistą NCB Capital (of the National Commercial Bank Arabii Saudyjskiej), czyli pełni funkcję podobną do funkcji Stratigosa na dworze bizantyńskich cesarzy. Ufundowany w 2007 jako gałąź bankowości inwestycyjnej i zarządzania zasobami, NCB Capital udziela swoim klientom porad w dziedzinie zintegrowanych usług inwestycyjnych. Dziś jest on największym Administratorem Zasobów w Królestwie Arabii Saudyjskiej i największym Zarządcą Zasobów zgodnych z prawem Shariatu w skali globalnej posiadającymi wartość 75 billionami SAR-ów(Saudi Arabian Rial - waluta saudyjska). Nie przesadzimy zatem, jeśli porównamy NCB Capital ze średniowiecznym dworem bizantyńskim.
Nie kto inny, ale pan Krzysztof Laskowski zwrócił moją uwagą na dr Kotilaine’a, pod tekstem Coryllusa „Korzenie Europy. Kilka powierzchownych refleksji”, za co mu szczerze dziękuję. Onyx zaś zaskarbił sobie moją wdzięczność podając kilka linków do jego historyczno-ekonomicznych tekstów. Dzięki nie mu znalazłem również ten tekst, którego fragmenty przetłumaczyłem. Rosyjskich tekstów Kotilaine’a jeszcze nie przeczytałem, ale nawet powierzchowne prześlizgnięcie się po spisie treści lub po pierwszych zdaniach akapitów robi wrażenie.
Dodam jeszcze, że zdrajca Kotilaine ma na co zasłużył. Wikipedia ani polsko-języczna ani angielsko-języczna nic o nim nie wie. Wylądował zasłużenie „w Tartarze”. Po nazwisku i sympatycznym, szwejkowym niemal portrecie dostępnym w sieci, wnioskuję, że jest fińskim gourmetem.

No i oczywiście smakoszem treści ekonomicznych i historycznych. Być może on wcale zdrajcą nie jest, ani nie jest traktowany na Bliskim Zachodzie i Dalekim jako taki, ale jakoś muszę sobie wytłumaczyć brak jakiejkolwiek informacji na jego temat we wszystko-wiedzącej wikipedii. Wiem o nim tyle, co wyczytałem pod wyżej wymienionym linkiem i co zobaczyłem w dostępnych w sieci publikacjach. Mimo, że to niewiele, to widać jednak, że mamy tu do czynienia z pewnością z człowiekiem sukcesu, który z pozycji akademickiej wskoczył na poziomo, który nam trudno określić, ale z pewnością znacznie wyższy niż tzw. akademia. I nawet nie musiał „biec szybciej”, jak doradzała Alicji w krainie czarów pokrętna królowa po drugiej stronie lustra, dokładniej na szachownicy. Dlatego niemal jestem pewien, że moje złośliwości nie dosięgną nawet jego podeszw, zaś on nigdy się o nich nie dowie.
Ponieważ jeden z wątków w wyżej wymienionym tekście Coryllusa dotyczył tzw. imigrantów i ogólnie muzułmanów w Europie, pomyślałem sobie, że w dyskusji pod jego tekstem, trzeba by wstawić kilka zdań Kotilaine’a na temat bliskowschodni. Znalazłem w jakichś przypisach w google books tytuł jego artykułu „Bridging the Food Gap” z jakiegoś periodyku o wyraźnie arabskim skrzywieniu. Za tym tropem poszedłem. No i proszę, podaję państwu tłumaczenie krótkiego wstępu i nagłówków poszczególnych rozdziałów obszernego artykułu autorstwa tegoż jegomościa. Ja się kompletnie nie znam na analityce ekonomiczno-rolniczej, dlatego spodobało mi się, bo coś z tego tekstu zrozumiałem. A to, co zrozumiałem, albo, jak mi się zdaje, zrozumiałem, przybrało w mojej chorobliwie podejrzliwej wyobraźni kształt owej powyższej zjadliwości wyrażonej w parafrazie niepokornej piosenki pana Klawego.
Teraz tłumaczenie i link do tekstu angielskiego:
Dr Jarmo Kotilaine (j.kotilaine@ncbc.com)
„Wypełniając przepaść żywnościową” („Bridging the Food Gap”) (http://www.gulfbase.com/ScheduleReports/GCC_Agriculture_Sector_March2010.pdf)
„Wstęp: W obliczu gwałtownego przyrostu naturalnego i ekonomicznej ekspansji, bezpieczeństwo żywnościowe przedstawia się jako nagląca troska polityczna w rejonie Zatoki Perskiej. W reakcji na ten problem, rolnictwo w tym regionie jest przekształcane przez odchodzenie od samowystarczalności żywnościowej, obecnej w latach 70 i 80 ubiegłego stulecia, na korzyść bezpieczeństwa żywnościowego zdefiniowanego szerzej. Przy skrajnych wewnętrznych ograniczeniach zasobów, GCC (Gulf Cooperation Council, Rada Współpracy Zatoki Perskiej) dąży do outsourcingu produkcji rolnej przez zdobywanie ziemi poza swoim terytorium. Jednak, cel ten nie likwiduje potrzeby większej efektywności i długoterminowej wydajności własnego rolnictwa.
Streszczenia rozdziałów tego artykułu:
Kraje GCC przesuwają rolnicze priorytety z samowystarczalności ku bezpieczeństwu żywieniowemu.
Rolnictwo dostarcza tylko ok 1%-4% budżety krajów GCC, zaś ich odpowiedniki (czytaj rywale, Indie, Chiny) wchodzące na rynki osiągają 10%-20% wkładu rolnictw do swych budżetów.
Rosnąca konsumpcja i ceny w ostatnich kilku latach zmusiły GCC do skupienia się na rolnictwie.
Gwałtownie rosnące populacje i konsumpcja na głowę są kluczowymi motorami wzrostu konsumpcji żywności w krajach GCC.
Niewielka ilość uprawnej ziemi i wody ograniczały wzrost rolnictwa w GCC.
Ograniczone zasoby wody ograniczały ekspansję upraw do koniecznego minimum.
Poziom wody w regionie spadł znacznie w ostatnich latach.
Wzrost zbiorów rolnych, zwłaszcza w Arabii Saudyjskiej, w ostatniej dekadzie pomógł w zwiększeniu produkcji zboża.
Region GCC, znajdujący się już pośród największych importerów żywności, zwiększy jeszcze import produktów rolnych w przyszłych latach.
Wzrastająca konsumpcja w skali globalnej i wzrost produkcji biopaliw z ziaren zbóż doprowadziły do zmienności cen rolniczych towarów.
Inflacja cen żywności w okresie 2007-2008 była głównie wywołana przez strukturalne niedopasowanie popytu do podaży.
Stosowanie kukurydzi i rapspeed (nie umiem przetłumaczyć)
do produkcji etanolu i biodiesla było kluczonwym czynnikiem w inflancji 2007-08.
Poziomy rolniczej giełdy spadały nieustannie od trzech dekad w głównych krajach konsumenckich takich jak USA.
Przy ich zależności od importu, kraje GCC są znacząco narażone na inflację i ryzyko ilościowe.
Prawie wszystkie kraje GCC doświadczyły wzrostu cen żywności w tempie niespotykanym i podwojonej inflacji osiągającej w okresie 2007-2008.
Rosnący popyt na żywność, zwłaszcza w Chinach i Indiach, naraża GCC na znaczne ryzyko.
GCC importuje większość ryżu z Indii i Pakistanu, które doświadczają wzrostu wewnętrznego zapotrzebowania.
Silna fiskalna pozycja GCC pozwoliła im na przeniesienie produkcji rolnej za granicę.
Rozwijające się kraje były świadkiem inwestycji sięgających $20-30 bilionów w ciągu ostatnich kilku latach.
Kraje GCC zachęcają prywatnych producentów do zdobywania ziemi za granicą (overseas – za morzami).
Wzrastające inwestycje zachęcało ekonomie takie jak Sudan (sic!) do dalszego przyciągania inwestorów.
Zdobywanie zagranicznych upraw naraża GCC na znaczne ryzyko geopolityczne i klimatyczne.”
Kilka streszczeń pominąłem, ale to zdaje mi się wystarczy. Przyciąganie inwestorów w Sudanie np. inwestorów muzułmańskich przez powiększanie zasięgu prawa Shariatu metodami militarnymi, mówiąc nieprzyzwoicie oględnie. Jest to analiza z roku 2008. 6 lat później wybuchła wojna hybrydowa na Ukrainie. Znowu moja wybujała wyobraźnia podsuwa mi obraz żyznych pól ukrainnych i naszych. Z pewnością przesadzam. To Anglicy, Holendrzy i Niemcy kontrolują ten teren. Ale nie umiem odsunąć od siebie tych skojarzeń.
I jeszcze na koniec w apendiksie jest analiza inwestycji grupy BinLaden*. Klan BinLaden nie zniknął z powierzchni ziemi, wraz ze śmiercią Osamy. Dlaczego by klany-organizacje finansowe nie miałby mieć swego zbrojnego ramienia, tak jak Gazprom? Nadto wszystkie wróble w necie ćwierkały natomiast o wspólnych interesach Bushów i BinLadenów, przynajmniej o kontach jednych i drugich w tych samych bankach.
*”In August 2008, the BinLaden Group signed an agreement to invest at least USD4.3bn, on behalf of a group of 15 Saudi investors known as the Middle East Foodstuff Consortium, to develop 500,000 ha of rice farmland in Indonesia. The aim is to produce basmati for export to Saudi Arabia, reportedly using Saudi seeds. On 14 August 2008 the BinLaden Group signed a memorandum of understanding with the Sultra provincial government, under which the BinLaden Group will be "provided" with 80,000 ha of land. The Jakarta Post reports that the BinLaden Group will also "acquire" land in the Merauke Regency of Papua Province. The investment plan runs to USD43mn per 5,000 ha and implementation was to start after Ramadan in 2008. Local partners include Medco (oil and mining), Sumber Alam Sutera (hybrid rice seeds) and Bangun Cipta Sarana (construction). The Saudi rice venture is part of a larger agricultural development project involving a total of 1.6m ha for not only rice but also maize, sorghum, soya beans and sugar cane, much of which will be converted to biofuels. The BinLaden Group owns a 15% stake in the Indonesian oil palm plantation and mining conglomerate Bakrie & Brothers.”