czwartek, 27 lipca 2017

Coś dla prostej postawy: numer specjalny Szkoły Nawigatorów, ŻYDOWSKI



Dla prostej, albowiem obowiązujące wyznanie wiary w nieskazitelność nowożytnych potomków narodu wybranego, podkreślanie przez polskojęzyczną inteligencję medialną wyższości szabasowych świec nad Świecą Paschalną, nieznośnie ortodoksyjną, są jak młyńskie koło na karku. Nader łatwo indukują skrzywienie postawy, garb, ociężałość umysłu, odkształcenie sumienia, grymas źle skrywanej wściekłości za fasadą humanistycznej miłości do ludzkości. Nie znaczy to, że główny redaktor Szkoły Nawigatorów, Gabriel Maciejewski, wraz z głównym twórcą tej antologii, Jolantą Gancarz podali nam, jak znana skądinąd broszura przedwojenna, bezbłędny przepis na to jak rozpoznać Żyda albo wyjaśnienie dlaczego Żydzi są zdegenerowani moralnie, albo dlaczego są podludźmi. O nie. Wręcz przeciwnie. W blogowym tekście „Nie udało się … antysemityzm nie istnieje”, reklamującym tę edycję Szkoły Nawigatorów, pan Maciejewski skarży się, że nie udało się znaleźć tekstów przedstawiających poważne argumenty antysemickie: „przyświecała nam myśl taka, by zebrać w jednym miejscu teksty prawdziwie antysemickie okazało się, że takich prawie nie ma. To jest prawdziwa katastrofa, ale tak jest w istocie. Kwartalnik zawiera bowiem nie tylko teksty autorskie, nie tylko tłumaczenia przygotowywane specjalnie na tę okazję, ale również niechętne żydom teksty z przeszłości. Obraz jaki ukazał się naszym oczom po złożeniu numeru był straszliwy. Nie ma żadnego antysemityzmu. To bluff. Najcięższe antysemickie armaty, wyprodukowane w zakładach Kruppa, czyli w różnych poważnych niemieckich uniwersytetach, to – a widać to dopiero po latach – wyraz szczerej paniki przed ekonomicznym terrorem i zablokowaniem rynków, ale także przed przewagą intelektualną i organizacyjną. Tam jest tylko podziw. (…) Jeszcze gorzej jest z Polakami, tam nie ma nawet podziwu. Tam – w tych tekstach publicystycznych, powieściach antysemickich z XIX wieku – jest wyłącznie strach przed nędzą i wykluczeniem. Okazało się, że jedyny prawdziwie antysemicki, nacechowany pogardą i obrzydzeniem tekst napisał kiedyś Antoni Słonimski.” (https://coryllus.pl/nie-udalo-sie-antysemityzm-nie-istnieje/)
I faktycznie, gdy porównamy ten właśnie tekst Słonimskiego, „O drażliwości żydów” polskiego żyda i masona, zamieszczony w tym tomie z pozostałymi, tylko w nim znajdziemy biologiczną nienawiść do narodu żydowskiego. Słonimski zaś jest nie tylko antysemitą, ale i antypolonusem i generalnie mizantropem, dla którego jedynym przedmiotem miłości może być internacjonalny socjalizm. Nawet „Pająki” Klemensa Junoszy Szaniawskiego, również włączone do tego tomu, nowelka mówiąca o pasożytniczych praktykach wyłudzania pieniędzy przez żydowskich lichwiarzy, choć opowiada o cynicznym, nielegalnym procederze, to jednak eksponuje również ich niezwykłą sprawność i jakby częściowo ich tłumaczy, ukazując jak bardzo nieludzki relatywizm był wpisany w ich mentalność, w zaskakująco bliskim sąsiedztwie zwykłej ludzkiej wrażliwości.
Scenariusz, linia argumentacyjna całego tomu, dzieło pani Gancarz, krok po kroku wyłania się z kolejnych artykułów, znajdując swoją konkluzję w końcowym dwugłosie w postaci tekstu Wernera Sombarta „Żydzi a życie gospodarcze” i artykułu pani Jolanty „Anglikańskie misje do żydów a brytyjska geopolityka, czyli o cudownych koincydencjach”.
Pierwszy tekst, po słowie wstępnym, F. Roderyka Stoltheima „Zagadka powodzenia żydowskiego” mówi o pseudo-etyce talmudycznej. Stoltheim nie pisze tego wprost, ale apologia egoizmu etnicznego, ukazana jako istota Talmudu, przywodzi na myśl niebiblijne inspiracje stojące u jego podstaw, jakby wychodzące z agresywnego środowiska merkantylnego, które świat postrzegało jako ostrą walkę organizacji przestępczych. Zarazem eksponuje on ekonomię i historię gospodarczą jako główne podejście do pytania o fenomen żydowstwa.
Tekst Dariusza Razmusa, „Początki początków. Osadnictwo żydowskie u progu naszej państwowości”, prezentuje odmienny ton, życzliwy wobec społeczności żydowskiej obecnej na naszych ziemiach od początków piastowskiej państwowości.
Kolejny, neutralny w swym tonie i fascynujący artykuł pani Gancarz, w tytule zawierający akronim napisany po hebrajsku, a oznaczający imię jednego z najwybitniejszych myślicieli żydowskich z XI wieku, Rabbiego Szlomo Icchakiego, łączy historię tego mędrca z tajemnicą nazwy miasta Olkusz, tajemnicą do samodzielnego zgłębienia przez szczęśliwych nabywców tej Szkoły nawigatorów.
Tytuł tekstu prof. Mikhaila Kizilova z oksfordzkiego Merton College, „Niewolnicy, pożyczkodawcy i strażnicy więzień: Żydzi a handel niewolnikami w i jeńcami w Chanacie Krymskim”, przetłumaczonego przez Aleksandrę Żak, mówi sam za siebie. Dotyczy okresu od XVI wieku do XVIII, kiedy to handel niewolnikami w Chanacie Krymskim był głównym źródłem dochodu.
Edward Kniażycki w „Blues, Inc.” daje ciekawy, pełen humoru a nawet ironii, wstęp do swego tłumaczenia tekstu słynnego historyka amerykańskiego, Benarda Bacharacha, „Polityka żydowska we wczesnośredniowiecznych Włoszech”, który pokazuje organizacyjną zwartość i siłę diaspory żydowskiej w starciu z chrześcijańską władzą Italii.
„Ariel Toaff i jego ‘Krwawa Pascha’” Marcina Żaka odnosi się, w sposób niezwykle wnikliwy i ciekawy sposób, do słynnej książki dotyczącej mordów rytualnych przypisywanych Żydom. Moje jedyne zastrzeżenie do tego tekstu jest takie, że za mało miejsca poświęca stronie propagandowej całej historii tej publikacji, t. j. wycofaniu się Ariela Toaffa, syna Naczelnego Rabina Rzymu, ze swoich tez o faktyczności mordów rytualnych. Historia nagonki na niego przekazana jest przez p. Żaka rzetelnie, ale brakuje wniosków dotyczących funkcji propagandowej owych badań nad i oskarżeń o mordy rytualne. Fenomen mordów rytualnych zawiera się albowiem nie tylko w ich przerażającej praktyce, na szczęście niezwykle rzadkiej, ale również w umiejętności wykorzystania przez społeczność żydowską oskarżeń o nie na swoją korzyść.
„Znajdziesz to w aptece. Praktyki kabalistyczne i medycyna naturalna w Rzeczypospolitej Obojga Narodów (1690-1750)” to tłumaczenie Aleksandry Żak obszernego i ciekawego tekstu Yohanana Pietrovsky’ego-Shterna. Tytuł wszystko wyjaśnia.
Krzysztof Laskowski w „Eugenice po żydowsku” w sposób intrygujący pisze o żydowskiej strategii łączenia krok po kroku „wysokiego ilorazu inteligencji i wysokiego wykształcenia z dużym majątkiem”.
Krzysztof Osiejuk w swoim tekście „Familia Warburgów”, w znanym wszystkim swoim charakterystycznym stylu, opisuje dzieje tego klanu i ich największego osiągnięcia, firmy inwestycyjnej Warburg Pincus.
Tekst Ewy Rembikowskiej „Grube ryby w mętniej wodzie” z detektywistyczną pasją opowiada o karierze braci Kalfusów, zajmujących się kolejno handlem skórami, następnie rybami, by w latach trzydziestych dojść do przemytu eterem, środkiem narkotycznym silnie uzależniającym produkowanym w nazistowskich latach 30-tych na pograniczy niemiecko-polskim, następnie kolportowanym nielegalnie na stronę polską jako lekarstwo od siedmiu boleści.
„Pająki” Szaniawskiego i esej Słonimskiego były już wcześniej przedstawione. Podobnie fascynujące teksty Wernera Sombarta i pani Gancarz zamykające cały tom silnym akcentem z oscylującym między ekonomiczną kryminalistyką a politologią.
Ostatni tekst pani Marii Sztajer „Okradzione miasto” pokazuje podobne praktyki kryminalne, acz już nie związane z inwestorami żydowskimi, drenaż mało znanego acz ważnego ośrodka przemysłowego w Polsce, Czeladzi.
Materiał tego tomu jest kopalnią wiedzy i to wiedzy niezbędnej dla realnej oceny tzw. historii gospodarczej, jak i ekonomicznej teraźniejszości. Jest on modelowym przykładem analityki gospodarczej, propagandowej i politycznej, rysującej meandry kilku dziedzin ekonomicznych i propagandowych opanowanych przez aktywistów żydowskich, analityki dając trzeźwą orientację w ważnych obszarach ekonomii.

poniedziałek, 24 lipca 2017

Coś na odtrutkę czyli historia Polski pisana na nowo: POLSKI numer 11 Szkoły Nawigatorów




„Historię polski trzeba napisać na nowo” - tak brzmiało przesłanie słynnego wywiadu z prof. Wieczorkiewiczem (http://blogmedia24.pl/node/11708). Zadania tego podjęli się autorzy 11 numeru Szkoły Nawigatorów, numeru polskiego. Ta co prawda wydana tylko ponad rok temu, ale ciągle mnie na nią bierze. Ma w sobie coś, co ciągle czynią ją świeżą. Co takiego? Historię, mianowicie, opowiedzianą z pasją detektywistyczną. I nie tylko, również z pasją filozoficzną. Tę znajdziecie państwo w tekście Gerarda Warcoka „O dziwnej miłości ludzi do władzy, która ich niszczy”, który mówi o psycho-manipulacjach władzy rzekomo demokratycznej i obywatelskiej, i choć dziś mamy inną sytuację, socjotechniki stosowane dziś „na ulicy i za granicą” nie pozwalają nam zapomnieć o ważnym pouczeniu zawartym w tym artykule, który czyni tę edycję SN wyjątkową aktualną. W tekście Jacka Drobnego „Albośmy to jacy tacy, czyli historia czerwia polskiego”, znajdziecie państwo przebłysk fascynującej, staropolskiej filozofii polityki, który wyjaśni wartość zjawiska zwanego narodem politycznym w kontraście z konstruktem zwanym narodem etnicznym. Pełna iluminacja filozoficzna jest również w streszczeniu filozofii międzywojennego myśliciela, Księdza Pawła Siwka, pióra K. Laskowskiego.
Zaś dociekania historiograficzne to demaskacja, „jazda bez trzymanki”, wstecz od demaskacji środowiska sanacyjnego, przez podwójną moralności panów Żeromskiego i Kasprowicza, przez walkę Polaków z grandziarstwem francuskim w dwudziestoleciu międzywojennym, przez autentyczną wartość politycznej pracy rzekomo sanacyjnego premiera Kazimierza Bartla, przez manipulacje propagandowe i finansowe u podstaw tzw. Komisji Edukacji Narodowej, przez zapomniane karty historii z okresu wojen moskiewskich i kozackich, przez działalność wywiadowczą irlandzkiego medyka u boku Jana Sobieskiego, przez działalność mafijną tzw. humanistów z epoki jagielońskiej, przez politykę finansową Aleksandra Jagiellończyka, historię Piastówny Ryksy, królowej Hiszpanii i „Zapomnianej cesarzowej”, po zamach w Meserburgu na Bolesława Chrobrego.
Oto sekwencja, która w zupełnie nowym świetle ukazuje doniosłość polskiej historii.

Podróż do Wilna II

Droga z Białegostoku do Wilna była bardzo przyjemna. Ja po prostu lubię te mazurskie pejzaże. Mieczysław Jałowiecki pisze, że Litwin - ma na myśli przede wszystkim Polaka żyjącego na Litwie zjednoczonej z Rzeczypospolitą, względnie Białorusina, być może i kownieńskiego Litwina – ma zawsze w podświadomości las. Chociaż ja siódma woda po Litwinach to jednak mazurskie wakacje i grzybobrania w lasach kujawskich zostawiły w mojej świadomość podobny imprint. Gdzieś na horyzoncie zawsze musi być las, puszcza, jakby drugi dom. Najpierw były podlaskie pola, soczyście zielone z tymi rozłożonymi po obu stronach drogi domkami. Ale zawsze z lasem w tle. Minąłem zjazd na Sokółkę oddając z odległości cześć cudownemu Sanctissimum z żywą tkanką Najświętszego Serca Zbawcy. I wjechałem w Augustowskie lasy. Jest tam chyba jedna tylko droga do Augustowa z Białegostoku i dalej na Litwę. I tam przez kilka kilometrów czy nawet kilkanaście po obu stronach drogi ciągnie się ten niesamowity świerkowy las, jakby relikt epoki polodowcowej, z tymi rozłożystymi świerkami, pod rosochami których zdaje się leśnemu wędrowcy, że znajdzie jakby naturalny szałas, przynajmniej schronienie przed wiatrem i deszczem.




Są też drogi proste jak oszczepem rzucił, które ciągną się kilometrami przez mazurskie pola, w wrześniu już zżęte, nakreślone apodyktyczną ręką carskiego urzędnika i posłusznie wydeptane przez chłopów pańszczyźnianych.
Potem było to dziwne przejście graniczne i to miasteczko z tą dwupasmówką jak boisko i puste niemal drogi litewskie. Znowu z polami i lasami albo w tle albo po obu stronach drogi.
Miejsce u Sióstr Jezusa Miłosiernego, sopoćkowych Faustynek, miałem już umówione wcześniej. Była to zresztą moja druga wizyta w Wilnie i razem u Sióstr. Ich dom wileński mieści się w domu, w którym mieściła się plebania kolejnej parafii, chyba drugiej, gdzie Bł. Michał Sopoćko pracował. Pierwsza była w Taboryszkach małej wioseczce obecnie blisko granicy litewsko-białoruskiej. O niej za chwilę.
Parafia, w plebanii której obecnie stacjonują Siostry Jezusa Miłosiernego, miała kościół pod wezwaniem Najświętszego Serca Zbawiciela, wspaniała barokowa świątynia, która niestety do tej pory nie została odrestaurowana po komunistycznym zniszczeniu.


Wezwanie Najświętszego Serca Zbawiciela łączy się z Siostrami Wizytkami i tam właśnie swój klasztor miały owe Siostry. Ks. Sopoćko był wówczas ich kierownikiem duchowym. W ich dawnym klasztorze mieście się obecnie Hospicjum im. Bł. Ks. Sopoćki. Miejsce ostatnich zmagań ludzi stojących na progu odejścia z tego świata. Prześwietnie zorganizowane z doskonałą i przesympatyczną obsługą. Otoczone modlitwą i empatią sióstr.


Osobą, która zawiaduje tym przedsięwzięciem jest S. Michaela Rak, która po całym świecie składa świadectwo Bożemu Miłosierdziu i kwestuje na rzecz tego hospicjum. Teraz planuje rozbudowę obecnego hospicjum o oddział dziecięcy. http://www.wilnoteka.lt/pl/artykul/s-michaela-rak-i-znowu-nie-majac-nic-powiedzialam-quottakquot


Ofiara na wsparcie tego hospicjum jest celem jak najbardziej godnym. Podaję tu konto ze strony http://www.faustyna.eu/hospicjum-wilno.htm:
Nordea Bank Finland Plc Lietuvos
Kod Banku:21400
BIC, SWIFT kod: NDEALT2X
LT 832140030002856355 LTL
LT 232140030002856368 EUR
LT 392140030002856371 USD
LT 762140030002856384 PLN
W klasztorze Sióstr Jezusa Miłosiernego ich kaplica znajduje się w pokoju, gdzie swoją pracownię miał Eugeniusz Kazimirowski. Jego właśnie, zanim otrzymał zlecenia na obraz Jezu, ufam Tobie, Ks. Michał przygarnął do siebie. Dał mu miejsce do mieszkania i pracy. Skąd go znał, nie wiem. Ale wybór Kazimirowskiego na wykonawcę tego wspaniałego obrazu nie był przypadkowy. Nie tylko z powodu przyjaźni. Siostry w owym czasie urządziły na trawniku, tuż obok wejścia do swego klasztoru, wystawę reprodukcji Kazimirowskiego pod chmurką.
Popatrzcie, mili państwo, sami. Mamy tu malarza nietuzinkowego, świetnego portrecistę i ciekawego pejzażystę.


Miałem ledwie dwa dni czasu na Wilno i głównym moim celem były Taboryszki. Dojechałem tam zrobiłem kilka zdjęć tego dość dużego starożytnego, drewnianego kościoła. I widać że zadbanego. Do środka nie weszłem, bo osoba, która miała mnie wpuścić, nie dojechała z Wilna. Ale weszłem na dziedziniec. Obeszłem go do okooła i obcykałem. Zdjęcia tu podane nie są moje. Są ogólnie dostępne w internecie. Wygląd jesienny:
I letni:


Nawdychałem tej atmosfery litewskiej wsi i ku mojemu zdziwieniu, prawie tuż przed odjazdem, na bramie znalazłem ogłoszenia parafialne w języku polskim. W polskim języku ogłoszenia parafialne na „litewskiej” Litwie. Bez komentarzy.
Wybaczcie mi zmysłową przyziemność, ale Litwa to dla mnie też smak potraw, którymi zajadałem się w domu moich dziadków, przede wszystkim chłodnik litewski i kołduny. Chołodźca litewskiego nigdy nie jadłem, ale jakaś namiastką było w moim dzieciństwie zsiadłe mleko z ziemniakami, koperkiem i świeżym ogórkiem. Chołodziec albowiem to wędliny podane właśnie ze zsiadłym mlekiem, ziemniaki też mogą być. No cóż, nie potrafię oddać w piśmie tego niepowtarzalnego smaku chłodnika, zawsze też innego zależnie od kucharza. Jedyne, co mogę powiedzieć to to, że jest potrawa królewska.
W końcu Wilno to dla mnie również starówka wileńska z jego niepowtarzalnymi świątyniami w owym odlotowym zupełnie stylu wileńskiego baroku, zwłaszcza ze świątynią św. Piotra i Pawła:

św. Kazimierza:

św. Anny, dla odmiany gotyckiej wykonanej prawdopodobnie przez mistrza gdańskiego:
i sanktuarium Miłosierdzia Bożego w małej acz zgrabnej kaplicy w sercu starówki:
Ostra Brama i ikona Matki Bożej Miłosierdzia oraz ikona Jezusa Miłosiernego namalowana mistrzowską dłonią pana Kazimirowskiego to osobny temat na ostatnią III część tego cyklu.

c.d.n.















czwartek, 13 lipca 2017

Podróż do Wilna cz. I

Dziewięć miesięcy temu, z małym hakiem, tzw. rzutem na taśmę, w ostanim prześwicie między kolejnymi zrywami w robocie, wyruszyłem do Wilna, tuż przed rozpoczęciem roku akademickiego. Via Białystok. Powiem szczerze, że nie lubię tego określenia „podróż sentymentalna”. Bo w ogóle, tak jak moi litewscy przodkowie, nie lubię sentymentalizmu. Owszem jestem albo bywam sentymentalny. Ale z przekonania sentymentalizmu nie darzę zaufaniem. Tak więc nie była to podróż sentymentalna. Raczej podróż marzeń. W Szkole Nawigatorów źle się kojarzy pojęcie aspiracji, ale nie potrafię inaczej tego przedsięwzięcia opisać jak tylko jako podróż aspiracji. Była to również pielgrzymka. Nadto wyczyn sportowy.
Z Opola do Białegostoku kawał drogi. Kilka godzin za kółkiem. Po drodze nasza stolica duchowa, ze wspaniałym wyszynkiem w domu pielgrzyma i Msza św. przed świętym obliczem Królowej Polski. Trzy godziny dwupasmówką i stolica administracyjna. Sam przejazd przez Warszawę to ze dwie godziny. Autostrady wygodne, ale w sumie przerażające. Jechałem oczywista nieekonomicznie, bo inaczej nie umiem. W drodze powrotnej miałem potworne jakieś odczucia księżycowe na tych autostradach. Jeszcze trochę a zacząłbym gadać do opon tirów, które mijałem. Gdyby nie czas, wolałbym jechać przez wioski. Ale dojechałem. Wprost na Świętych Archaniołów i razem na imieniny bł. Ks. Michała Sopoćki, apostoła Bożego Miłosierdzia i spowiednika św. Faustyny Kowalskiej. Białystok miasto miłosierdzia, tak nazwał je poprzedni wielki dziedzic ewangelicznych apostołów w Białymstoku, Ks. Bp Stanisław Szymecki, miasto bł. Michała (co pięknie przedstawia ten dokument https://www.youtube.com/watch?v=k882OTKOyzo, wypowiedź Bp Szymeckiego w 6'42''). Jest nazwane miastem bł. Ks. Sopoćki nie tylko dlatego, że on tam mieszkał, ale również z powodu cudownego uratowania całego miasta przed katastrofą ekologiczną, mówiąc dokładniej przed wyciekiem chloru z 4 rosyjskich cystern kolejowych (w składzie 12 cystern), które wykoleiły się 9 marca 1989 roku o 2 w nocy, co ciekawe, opodal domu Sióstr Jezusa Miłosierniego na ul. Poleskiej, gdzie mieszkał w ostatnich latach swojego życia bł. Ks. Michał. Był on albowiem założycielem tego zgromadzenia i razem wykonawcą testamentu św. Faustyny, albo raczej wykonawcą woli samego Zbawiciela. Chlor nie wyciekł. Miasto ocalało. Kościół w Białymstoku przypisał ten szczęśliwy finał uprzedzającej interwencji Bożego Miłosierdzia i wstawiennictwu błogosławionego (szczegóły tutaj: http://sopocko.pl/artykuly/29-bialostocki-znak-milosierdzia-bozego/). W tamtym miejscu stoi teraz kamienny krzyż, pod którym kwiaty i świece są odświeżane przez okrągły roczek.
Białystok to również małe Wilno. Białystok, choć stolica Podlasia, w dwudziestoleciu międzywojenny należał do województwa wileńskiego. Zaś po wojnie, mała mieścina, niegdyś w połowie żydowska, nawet więcej niż w połowie, powstała z gruzów dzięki wygnańcom z Wilna i Litwy, by w końcu rozwinąć się do rozmiarów prawie 300-tysięcznej metropolii. Jest kilka miejsc w Białymstoku, które upamiętniają Wilno i Wilnian, ale czymś naprawdę wyjątkowym jest kościół Zmartwychwstania Pańskiego utrzymany w przepięknym stylu tzw. baroku wileńskiego, upamiętniający świątynię bazyliańską z Berezwecza k. Głębokiego na Białorusi, którą władze sowieckie zniszczyły całkowicie około 1970 r.,
http://www.ciekawepodlasie.pl/image/3989/Kosciol_pw_Zmartwychwstania_Panskiego.jpg
Rozgościłem się właśnie w domu Sióstr Jezusa Miłosiernego. Rzecz jasna, nie spadłem im jak grom z jasnego nieba. Swoją wizytę zapowiedziałem. Odwiedzałem ich tam nie pierwszy raz. Bardzo gościnną siostrę przełożoną Marię Kalinowską znałem jeszcze z moich wizyt w Gorzowie Wielkopolskim. Sam dom Sióstr Jezusa Miłosiernego jest naprawdę nie tylko miejscem historycznym, ale i urokliwym,
z małym muzeum, w którym siostry zebrały szereg przedmiotów codziennego użytku, osieroconych przez ich założyciela, binokle sutanna, kapelusz, nawet buty, maszyna do pisania, piękne, wileńskie, rzeźbione krzesła, takaż szafa, notatki błogosławionego, książki (http://www.faustyna.eu/oredzie_pl2a.htm).
W drugim cała kolekcja pamiątkowych zdjęć.
Miałem również zaszczyt rozmowy z Ks. profesorem Tadeuszem Krahelem, historykiem diecezji wileńskiej, autorem kilku bardzo cennych książek na temat duchowieństwa litewskiego. Jego najnowsze wydane w tym roku monumentalne dzieło to Martyrologia polskiego duchowieństwa archidiecezji wileńskiej 1939-1945., monografia, jak ją określił magazyn wileński, jakiej jeszcze nie było. Niestety zmartwię was, państwo mili, bo jest ona już poza zasięgiem zwykłego czytelnika. Trzeba szukać po bibliotekach seminaryjnych.
Słuchałem jego świadectwa o Wilnie, o Białymstoku jako małym Wilnie, o martyrologii kresowych, kapłanów i kleryków z wileńszczyzny w czasie II Wojny Światowej, na temat obecnego stanu katolicyzmu litewskiego. Moje horyzonty znacznie się poszerzyły. Ks. Krahel mówi do mnie wprost: „Litwa, Wilno? Dla nas to nie jest zagranica. My tam jeździmy do siebie, na nasze stare miejsca. To nasz dom”.
Wieczorem uroczysta Eucharystia transmitowana przez Trwam, wspaniała homilia Bp Ciereszki, postulatora procesu Beatyfikacyjnego i procesja, marsz miłosierdzia ulicami Białegostoku, doskonale zorganizowany i zaplanowany, z udziałem duchownych, wiernych, wojska, młodzieży akademickiej, z inscenizacjami w wykonaniu młodych. Przeżycie duchowe niezwykłe, moc wspólnej modlitwy i obecność Króla Miłosierdzia pośród swoich poddanych. I razem przeżycie sportowe. Marsz kończy się w nocy. Nie czuję nóg. Na szczęście Białystok nie jest duży.
Wracam na kolację do Sióstr i tam z bardzo sympatyczną siostrą, która wróciła właśnie z misji w RPA. Słuchamy sobie rozmów niedokończonych i plotkujemy. Uszy mi rosną. RPA to kraj nieustannej wojny. Zasieki, mordy i rabunki na porządku dziennym, kraj bez miłosierdzia, gdzie nie można nawet swobodnie przejść się po mieście, zwłaszcza niewtajemniczonemu, bo grozić to może dosłownie śmiercią z rąk ochroniarzy albo lokalnych bojówkarzy, gdy niewtajemniczony za bardzo zbliży się do rewiru. Owoż i skutki herezji. Apartheid wyrósł bowiem wprost z kalwinizmu holenderskich Boerów, z tej naciąganej idei predestynacji, która służyła również jako usprawiedliwienie niewolnictwa i segregacji rasowej, jakoby czarni byli potomkami Kaina. Czarna skóra miałby być owym znamieniem, którym Bóg pokarał pierwszego zabójcę, ale w Piśmie Świętym znamię Kaina nie ma dokładnego opisu. To równie dobrze mogła być biała skóra, albo po prostu inne znamię na skórze. Nadto było przecież ono również ochroną dla Kaina przez mordem i wszelką przemocą. Zajrzyjcie państwo do Księgi rodzaju.
Świadomość, że my w Polsce, mimo tego naporu rynsztoku i wręcz zorganizowanej przestepczości, mamy zupełnie inną sytuację, wzbudził we mnie wielką wdzięczność. Jakie my mamy szczęście, że jest ta Polska, jej historia związana z historią Kościoła, że jest to Wilno z jego historią i św. Faustyna wraz ze swoim kierownikiem duchowym bł. Ks. Michałem.
c.d.n. wkrótce
P.s. Oczywiście Siostrę Marię jak i wszystkie Siostry z Białegostoku i Siostrę przybyłą z RPA, a także Bp Ciereszkę i Ks. Krahela serdecznie pozdrawiam, i dziękuję za gościnność. 

sobota, 8 lipca 2017

Książka jak wino: Krzysztof Osiejuk Toyah, 39 wypraw na 9 krąg, Klinika Języka, 2016.



Jak wino, im starsza tym lepsza. Ta co prawda ma dopiero roczek. Ale klaruje się jak reńskie, z tą różnicą, że z zadziwiającą szybkością. Po roku smakuje dwadzieścia razy bardziej niż za pierwszym czytaniem. Lubo ma w sobie i cierpkość wytrawnego i słodycz słodkiego. Każdy coś znajdzie. Zacznę od mojego ulubionego fragmentu z rozdziału „Zara”, o twórcy tegoż konglomeraty tekstylnego Amancio Ortedze Gaonie (nie wiem czy dobrze odmieniam, mianownik: Amancio Ortega Gaona): „Motocyklista zatrzymał się na czerwonym świetle, tuż obok wytwornego, czarnego lincolna. Z wnętrza limuzyny jej pasażer rzucił okiem za kono i ujrzał czekającego na zmianę świateł chłopaka na motorze. Zauważył też jego strój – jeansową kurtkę z naszytymi łatami, co mu przypomniało dawne lata 70. Mężczyzna w lincolnie, starszy już bardzo człowiek, znacznie starszy od chłopaka , kurtkę obejrzał dokładnie, złapał za telefon i jak głosi legenda, zadzwonił do swojego biura. Nie spuszczając oka z motocyklisty, opisał człowiekowi pod drugiej stronie z najdrobnieszymi zcxzegółami to, jak kurtka została uszyta, jej kształt i kolor, a następnie odkładając telefon, wydał krótką i jednoznaczną instrukcję: ‘Hacelda!’ – Uszyjcie mi to.”
I taki ton, rzeczowy i razem trzymający w napięciu jest obecny w całej narracji, we wszystkich rozdziałach tej książki. Oprócz ciekawego tekstu, jakby proroczego, na temat Donalda Trumpa, napisanego zanim jeszcze zaczął kandydować na prezydenta USA, znajdujemy tam rozdziały na temat świętych niemal milionerów takich jak Gaona, trzech pokoleniach rodu Ferrero, twórców włoskiej Nutelli, Phineasie Taylorze Barnum, mistrzu przemysłu rozrywkowego, a także o bogaczach z piekła rodem, takich jak, du Pont de Nemours, dziwnym odprysku angielskich interesów we Francji przeniesionym w obliczu rewolucji francuskiej do nowego świata, Rotschildowie, przy omawianiu których pan Osiejuk pokazuje swój kieł politologiczny (tak, właśnie, nie inny tylko taki, który należy nazwać kłem filozofii polityki), Roosveltowie, czy Durstowie, przy omawianiu których wychodzi z niego kryminolog.
Truizmem będzie, jeśli powiem, że czyta się to lepiej niż kryminał. Bo są to historie, których nie wymyśli żaden Chandler ani Agata Christi. A są tam takie momenty, że King wysiada. (O Brytolu Doyle’u czy Szwedzie Nebo lepiej z litości w ogóle nie wspominać). Dlaczego, bo to, co pisze King wystrugane jest z przysłowiowego gorącego, jankeskiego kartofla. A tu są horrory, które faktycznie miały miejsce. Powiedzieć, że one są piekielne, nie wystarczy, jakby nie uchodzi, nie uchodzi.
Wszystkich tytułów rozdziałów i nazwisk nie wymienię, bo już dostaję skurczy palców od tego klikania, i również dlatego, że resztę musicie doczytać sami. Powiem tylko, że mamy tu 39 nazwisk z których wiele pokrywa się z listą z książki 60 families Lundberga, który zresztą jest wprost cytowany przez autora. Nie sprawdzałem ile i którzy, ale ta analogia nasuwa się sama. Dlatego jest to lektura obowiązkowa dla Polaka w 21 wieku, który chce wiedzieć, w jakim żyje świecie, co to znaczy pieniądz i kapitał, co to znaczy pracować na sukces, na duży sukces, jakie są progi, przeszkody i prawdziwe piekielne, zaczadzone labirynty na tej drodze, jaka jest etyka walki na tym polu bitewnym i gdzie, w jakich okolicznościach i z jakich racji można spaść na ów dantejski 9 krąg złajdaczenia. Bardzo ciekawe zasady walki, walki w najlepszym stylu, o duże pieniądze, czyli zasady etyki tego pola walki, znajdziecie, mili państwo, w rozdziale drugim poświęconym Samuelowi Truetowi Cathy’emu, w całej jego historii i w jego 14 zasadach uczciwego życia w tym niełatwym świecie kapitału. Nie, nie zacytuje ich. Bo chlor znowu napisze, że walnąłem spoilera, poza tym ścięgna palców. Wiecie, jak jest.
Dodam tylko ostrzeżenie, byście nie dali się zwieść pozorom. Pan Osiejuk Toyah lubi zakładać pułapki na naiwnych. Mnie zresztą też uważa za naiwniaka. Między nami mówiąc, wolno mu. Chodzi o to, że onegdaj ogłosił, że jest „socjalistą”. W tej księdze znowu próbuje nas zwieść jak wytrawny lis slalomista. Pisze albowiem o Michelle Ferrero i jego systemie zabezpieczeń socjalnych i wszelakich dla swoich pracowników, jakoby czyniąc cienkie poetyckie aluzje do swojej, osiejukowej „socjalistycznej” ekstrawagancji, co następuje: „To co wydaje się wyróżniać Michele Ferrero na tle większości z wielkich przedsiębiorców i ludzi biznesu, to fakt, że jeśli przyjrzeć się temu, w jaki sposób on prowadził swoją działalność i jakim był człowiekiem, należy stwierdzić, że nawet jeśli nie powiemy, że był on socjalistą, to z całą pewnością miał więcej wspólnego z socjalistami, niż z tak zwanymi liberałami.” Sęk w tym, że jak sam to wykazał w swoim tekście o pewnym ministrze, szczerzy liberałowie to tak naprawdę zakamuflowani najemnicy czyli socjaliści. Nadto w tym samym rozdziale ekonomiczna analiza poczynań Ferrero i ekspansji jego firmy pokazuje jaki to „socjalista” z pana Osiejuka, to znaczy pokazuje swoją rzetelna wiedzę ekonomiczną i umiejętności analityczne, których nie powstydziłby się sowicie opłacany analityk z informatycznej korporacji Oracle. No cóż, wybiegi i zabiegi pana Osiejuka służą, jak widać, efektownie i efektywnie jednemu celowi, wskazaniu socjalistom i szczerym liberałom z nadania banksterskiego, gdzie ich miejsce na tym śmietniku kapitału i historii. Dlatego, mili państwo, zwróćcie uwagę na taki cytacik z rozdziału poświęconego milliardowemu interesowi rodzinnemu Cargill-MacMillan, w którym pan Osiejuk Toyah pisze o ich dziwnym statusie niby gdzieś na szarym końcu listy najbogatszych: „Otóż to, co jest niezwykle ciekawe, i co rzuca się w oczy niemal w jednej chwili, to fakt, że najbogatsza z nich wszystkich (Cargillów-MacMillanów) Pauline MacMillan Keinath na liście Forbesa zajmuje bardzo dalekie, dopiero 254 miejsce, co by mogło wskazywać na to, że Cargill to biznes taki sobie. Tymczasem firma, o której mówimy, jest dziś największą prywatną korporacją w całych Stanach Zjednoczonych. (…) I zagadki owej skromności Cargillów i MacMillanów nie wyjaśnia nawet fakt, że przez ową niechęć do emisji aukcji, swój wzrost firma zawdzięcza przede wszystkim reinwestowaniu dochodów (dziś stanowi to jakieś 80% z owych zarabianych przez nich każdego roku milliardów), co siłą rzeczy musi mieć wpływ na osobistą sytuację każdego z nich.” Dalej jest tylko ciekawiej.
Na koniec cytat politologiczny, powalający, z rozdziału o Rotschildach, w którym cytuje słowa drugiego w chronologii klanu Rotschilda, Nathana Meyera, na temat pacynkowego charakteru monarchów brytyjskich i prawdziwej władzy nad brytyjskim Imperium spoczywającej w rękach tego, kto kontroluje emisję funta, czyli w rękach jego samego. To tylko wstęp, cytat jest tutaj: „Des Griffin w swojej książce Descent into Slavery opisuje City (centrum finansowe brytyjskie i razem globalne – przyp. Magazynier) jako niezależne państwo i sugeruje, że od czasu gdy w roku 1694 Bank of England przeszedł w prywatne ręce, to tu podejmowane są wszelkie decyzje dotyczące Wileki Brytanii. (…) Natomiast E.C. Knuth w innej książce Empire of the City sugeruje, że kiedy Królowa wjeżdża do City staje się poddaną Lorda Mayora oraz złożonego z 12-14 osób komitetu, popularnie noszącego nazwę Korony (…). Jak pokazuje tradycja, od roku 1820 Lord Major jest wybierany prze Dom Rotschildów.”
Ośmieliłem się imputować kiedyś panu Osiejukowi, na podstawie tego fragmentu, że w zasadzie jest monarchistą, tylko nie wie o tym. Pokazuje on bowiem, najskuteczniejszą monarchię w historii, najskuteczniejszą, bo niejawną i poplątaną z niejawną arystokracją, czyli oligarchią, co oznacza nie możność pociągnięcia owych władców do odpowiedzialności. W tzw. prawie salickim, ustanawiającym zasady monarchii wyrastającej z Kościoła Rzymsko-katolickiego, monarcha może być pociągany do odpowiedzialności poprzez uznanie go niegodnym swojej funkcji, a raczej powołania.

wtorek, 4 lipca 2017

Coś wyjątkowego, dla dzieci, lecz nie tylko: Hanna Koschembahr-Łyskowska, ZIELONE RĘKAWICZKI, Klinika języka, 2017



Żeby napisać książkę dla dziecka, trzeba zrozumieć jego wyobraźnię, jego świat. Trzeba pochylić się nad małym chłopcem lub dziewczynką, uniżyć do jego sposobu przeżywania świata, wsłuchać się w jego wrażliwość i wyobraźnię. Trzeba przypomnieć sobie, jak to było, kiedy byłem/byłam dzieckiem. Pani Hanna Koschembahr-Łyskowska, autorka powieści ZIELONE RĘKAWICZKI, wydanej dopiero co przez Klinikę języka, wydawnictwo państwa Maciejewskich, potrafi właśnie tak pochylić się nad wrażliwością dziecka a zarazem nad przeszłością swoją, swych bliskich i nie tylko. Dlatego obok małego bohatera tej historii, Krzysia Skrzyneckiego, syna inżynierskiego małżeństwa mieszkającego na przedmieściach Krakowa końca dziewiętnastego stulecia, obok chłopca, który musi na kilka długich miesięcy rozstać się ze swoimi rodzicami i zostać w domu pod opieką służby i przyjaciół rodziny, autorka tej oryginalnej opowieści stawia młodą acz rozważną damę, panią Julię, przyjaciółkę pani Skrzyneckiej i chrzestną Krzysia, która, dla życzliwości jaką darzy rodziców i samego chłopca oraz dla poczucia odpowiedzialności, roztacza nad nim roztropną opiekę. Pani Julia uosabia tę empatyczną i odpowiedzialną obecność kogoś dojrzałego przy małym chłopcu, który jest żywym źródełkiem inwencji i razem niezaradnym, trochę rozpieszczonym, chorowitym dziesięciolatkiem. Pani Julia z jednej strony zdumiewa się chłonnością jego umysłu, prowadzi z nim pełne humoru rozmowy, prześwietnie skomponowane przez panią Hannę, ale z drugiej strony musi pochylić się nad jego niezaradnością. By odczuć coś z kunsztu autorki oraz z owego przykładu mądrej empatii, warto przytoczyć dłuższy fragment powieści:
„Obiady zawsze jadali razem, a potem Krzyś z psami wybiegał do ogrodu, gdzie dogi wydeptywały w głębokim śniegu swoje dróżki. (Krzyś ma wspaniałych czteronożnych towarzyszy, dwa dogi arlekiny Luisa i Funia – przyp. Magazynier) Wracali z tych zabaw tak ośnieżeni, że w sieni, jak zwykle, stała kałuża wody. Justyna (ochmistrzyni domu) utyskiwała, a ciocia Julia, zwracając Krzysiowi uwagę, że należy otrzepywać ubranie i buty na ganku, zaczęła uważnie przyglądać się chłopcu. Zauważyła, że Krzyś nie radzi sobie z wieloma codziennymi sprawami, lub też nie zauważa, że trzeba sobie z nimi radzić. (…) Krzywo zapięty kożuszek i czapka ledwie na uchu powieszona, niedosznurowane trzewiki – tak było zawsze, jeśli Justyna nie zdążyła sama wyprawić chłopca na dwór. O bałaganie w dziecinnym pokoju nie warto w ogóle wspominać, gdyż zna to chyba każdy. (…) Ciocia Julia bardzo się tym zmartwiła. Oczywiście, cudownie było rozmawiać z Krzysiem wieczorem w salonie, gdy wszystko było już jako tako uładzone przez Justynę, piec promieniował dobrym ciepłem grzejąc nosy psów, na mahoniowym stoliku parowała pachnąca herbata w cieniutkich, błękitnych filiżańkach ze złotymi paskami, a Krzyś wymyślał mnóstwo tematów, o których znajomość Julia nigdy nie posądzałaby dziesięcioletniego chłopca. Jednak codzienne życie Krzysia wymagało całkowitej zmiany.”
Tu zaczyna się intryga wychowawcza, w której kluczową rolę, obok dziadka Krzysia, pułkownika kawalerii w stanie spoczynku, obecnie galicyjskiego ziemianina, pana Lutniewskiego, pana na Konarach, odegrają tajemnicze, tytułowe zielone rękawiczki, prezent od cioci Julii. Jaką rolę? Nie zamierzam zdradzać. Jest to bowiem opowieść nie tylko dla dzieci. Również dla ich rodziców. We wspaniały sposób inspiruje ona bowiem wyobraźnię zarówno małych czytelników jak i ich rodziców, wzmacniając nić unikalnej przyjaźni między nimi, wolnej od fałszywej, liberalnej równości.
We wstępie pani Anna Czerwińska-Rydel, bez której, jak wyznaje autorka, nie byłoby tej wspaniałej opowieści, pisze w ten sposób: „Dzieci potrzebują zanurzenia w innym świecie. Potrzebują odrobiny fantazji, ciekawych czasów, interesujących opowieści, nawet ze szczyptą magii. Autorka niniejszej opowieści poszukuje utraconego świata i odnajduje go wśród starych obrazów, mebli, filiżanek, porcelanowych figurek, srebrnych łyżeczek, a zwłaszcza rodzinnych fotografii, listów i strzępów rodzinnych wspomnień.” Lecz nie tylko. Na pierwszy rzut oka zwięzła, mieszcząca się na niecałych 125 stronach, które można przeczytać na głos w ciągu czterech wieczorów, co rzetelnie sprawdziliśmy z moją żoną, powieść ta ma tyle ukrytych sekretów, egzotycznych woni i prawdziwych skarbów, że można by nimi obdarzyć grubą 700-stronnicową księgę. By nie być gołosłownym wymienię tylko dwa z nich. Resztę doczytajcie sobie sami.
Pierwszy to wilki. Wizyta pani Julii we włościach dziadków Krzysia, państwa Lutniewskich, w Konarach, w środku zimy, zaczyna się od niespodziewanego ataku wilków na stajnię i owczarnię, udaremnionego przez pięcioro wspaniałych wyżłów. Kontratak myśliwskich psów pułkownika Lutniewskiego na stado wilków, znacznie liczniejsze, jest zaskakujący nawet dla samego ich pana. Nie jest to epizod przypadkowy. Przypatrzcie się, mili państwo, temu obrazowi Józefa Chełmońskiego Napad wilków: http://chelmonski.info.pl/?p=861

Przypomnijcie sobie wspaniały opis Zofii Kossak-Szczuckiej, w jej znakomitej Błogosławionej winie, zimowego polowania na hordy wilków, dosłownie setkami nawiedzającymi kodeńskie lasy. Jest to moim zdaniem jeden z najlepszych fragmentów polskiej literatury. Niebezpieczne acz zażyłe sąsiedztwo wilków i polskich ziemian i włościan jest rzeczywistością wielopoziomową, sugestywną, historyczną i razem moralną, o wielu znaczeniach. I takie ono jest w powieści pani Hanny. Dlatego, zbliżając się do Konar, do domu w którym wraz ze swoją przyjaciółką, spędzała letni czas swej młodości, pani Julia widzi: „rozłożysty dwór z ogromnym dachem, stojący na wysokiej podmurówce z ciosanych kamieni, ze ślicznym gankiem podtrzymywanym przez cztery kolumny. (…) Ucząc się wraz z Janisią Lutniewską u sióstr w Sacre Coeure, Julia każde letnie wakacje spędzała w Konarach. (...) Teraz – ciemniejący po zachodzie dwór, otulony zimowym krajobrazem, promieniejący ciepłym światłem okien zdawał się Julii najpięknięjszym i najbardziej chwytającym za serce widokiem, jaki napotkała w życiu. – Boże – westchnęła, ocierając łzy wzruszenia – To prawdziwy dom. Prawdziwy polski dom. Nie ma niczego lepszego i piękniejszego na świecie.”
I to jest ten drugi skarb, którego obecność w powieści zdradzam państwu. Lecz tylko uchylając rąbek kurtyny.
No trudno, muszę, „bo się uduszę”, zdradzić również i trzeci skarb. Jest nim obecność Jana Matejki i jego mistrzowskiej sztuki. Ale to tyle. A tajemnic tam bez liku. Resztę trzeba zgłębić i posmakować samemu, samotrzeć, samoczwór, samopięć, czy jak tam Bóg darzy, ze swoimi bliskimi.

: Posłuchajcie państwo sami pierwszego dialogu między panią Julią, chrzestną głównego bohatera tej powieści, a nim samym, Krzysiem Skrzyneckim, dziesięcioletnim chłopcem, który musi na kilka długich miesięcy rozstać się ze swoimi rodzicami i zostać w domu pod opieką służby i przyjaciół rodziny:
– Krzysiu! – (Julia) wyciągnęła ręce w kierunku chłopca, który znowu poczuł znajomy zapach fiołków. – Mój Krzysiu! Jak ty wyrosłeś i zmężniałeś! (…) Nie wiem, czy mnie pamiętasz, jestem twoją matką chrzestną.
– Pamiętam, ciociu, ale tylko trochę – odparł Krzyś. – Ale była ciocia u mnie chyba ze sto lat temu.
Lecz nie tylko. Również przeszłość swojej rodziny i narodu Opowieść pani Hanny Koschembahr-Łyskowska, ZIELONE RĘKAWICZKI, wydanej dopiero co, przez Klinikę języka, wydawnictwo państwa Maciejewskich, jest właśnie takim wspaniałym, mądrym powrotem do przeszłości. Do wspomnień własnego dzieciństwa, atmosfery rodzinnego domu, relacji z najbliższymi i przyjaciółmi, do wspomnień o wychowaniu i czułej opiece nad własnymi dziećmi. Nadto jest to powrót do „czasów, które mogą nas wiele nauczyć”. Do czasów polskich ziemian, konnych bryczek, szacunku dla Kościoła, tradycji, ziemi i sztuki, kiedy dom oznaczał stabilność i bezpieczeństwo, rodzina wzajemny szacunek, małżeństwo wierną miłość. Do czasów rozwoju kolei żelaznych, parowozów, pierwszych tryumfów nauk przyrodniczych i medycznych. Kiedy twórcza praca, angażująca bez reszty ludzki umysł, dawała godziwe wynagrodzenie i po spełnieniu pozwalała ostatecznie na spokojny powrót do bliskich.

niedziela, 2 lipca 2017

Tekst dla blogera Marka, z którym dyskutowałem u Toyaha na temat Bractwa Piusa X

Poniżej fragment tekstu O. Balaza SJ z Opoki, z całym szacunkiem dla Biskupów i kapłanów-tułaczy za poszukiwanie doskonałej liturgii. Doskonałość liturgii jest czymś ważnym, bo to jest jeden ze sposobów ukazywania ludziom Zbawiciela. Liturgia ma wyraźnie objawiać wierzącym Zbawcę. Ale Kościół jest też rozgrywany. Widzimy to wyraźnie w przypadku duchownych postępowych instrumentalnie używanych przez różne gazownie. Ale czemu wsteczni duchowni nie mieliby być rozgrywani?

Marek Blaza SJ

Co dalej po zdjęciu ekskomuniki?


Nie sposób nie zauważyć, iż środowiska związane lub sympatyzujące z Bractwem św. Piusa X, a także spora część osób uważających się za tradycjonalistów popadła w tryumfalizm. Zdjęcie ekskomunik z czterech biskupów wyświęconych przez abpa Marcela Lefebvre'a w niektórych spośród tych środowisk określono nawet następująco: „papież Benedykt XVI jedna się z Bractwem św. Piusa X”. Taki komentarz insynnuje jednak przynajmniej pośrednio, że to papież się opamiętał i nawrócił. Ponadto niektórzy przedstawiciele tych środowisk uporczywie starają się wykazać, że papież ogłosił, iż te ekskomuniki są nieważne i niebyłe, a więc tak naprawdę papież niczego nie zdejmował, bo nie było czego.
Z drugiej strony środowiska żydowskie, a także niektóre katolickie, bardzo ostro zareagowały na zdjęcie tych ekskomunik, a zwłaszcza w odniesieniu do bpa Richarda Williamsoma, który w swoich poglądach podważa tragedię holokaustu. Trzeba jednak zaznaczyć, iż nie za te poglądy została nałożona ekskomunika na tegoż biskupa, ale za przyjęcie konsekracji biskupiej bez mandatu papieskiego. Ponadto z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że w Kościele katolickim znaleźliby się jeszcze inni duchowni, którzy podzielają opinię bpa Williamsoma co do holokaustu i nigdy za te poglądy nie zostali ukarani przez kompetentną władzę kościelną.
To, co łączy obydwa powyżej zaprezentowane stanowiska, to rozumienie zdjęcia ekskomunik z biskupów Bractwa św. Piusa X jako pełnej ich rehabilitacji i początek powrotu Kościoła katolickiego do czasów sprzed Soboru Watykańskiego II. Ale czy sytuacja Bractwa św. Piusa X jest już unormowana po zdjęciu tychże ekskomunik?
Zdjęcie ekskomunik nie zmienia faktu, że sami biskupi Bractwa św. Piusa X są niejako zawieszeni w próżni — nie należą ani do struktur diecezjalnych, ani zakonnych, ani nie tworzą stowarzyszenia życia apostolskiego, ani nie należą do prałatury personalnej. A zatem, mają święcenia biskupie, ale nie mają powierzonego zadania (łac. munus) w Kościele katolickim. Mają zatem status biskupów-tułaczy. Również księża Bractwa św. Piusa X mają status kapłanów-tułaczy, bo nie są inkardynowani do żadnych struktur kościelnych. A zatem, kapłani Bractwa jako kapłani-tułacze, czyli są faktycznie suspendowani, tzn. nie mają prawa sprawować żadnych sakramentów. Mimo to je sprawują lub usiłują sprawować.
O ile chrzest, Eucharystię i namaszczenie chorych kapłani Bractwa sprawują ważnie (co nie znaczy, że zawsze godziwie), o tyle rozgrzeszenie, którego udzielają, poza oczywiście bezpośrednim niebezpieczeństwem śmierci penitenta, jest nieważne, gdyż nie posiadają oni upoważnienia (jurysdykcji) do spowiadania. Sami kapłani Bractwa usprawiedliwiają się, że posiadają tzw. „jurysdykcję zastępczą”, którą im daje Kościół jako taki. Jednak kapłani Bractwa świadomie wprowadzają w błąd osoby pragnące przystąpić do spowiedzi, że oni ważnie rozgrzeszają.
Jeśli zatem ktoś wie, że kapłani Bractwa nieważnie rozgrzeszają, to nie powinni przystępować do spowiedzi u tych kapłanów, bo taka spowiedź będzie dla tych penitentów nieważna. Jeśli zaś penitent nie orientuje się w sprawach prawnych i co do kompetencji kapłanów Bractwa, to wówczas obiektywnie rozgrzeszenie jest nieważne, ale ze względu na dobro duchowe penitenta Kościół uzupełnia (łac. Ecclesia supplet) brak tego rozgrzeszenia, tak że skutki tej spowiedzi są takie, jakby to rozgrzeszenie było ważne. Jednak tym większą winę ponosi wówczas kapłan, gdy świadomie wprowadza w błąd wiernych, kierując się swoim „widzimisię”. Paradoksalnie okazuje się, że kapłani Bractwa św. Piusa X chcą być uważani za tradycjonalistów, a kierują się tutaj modernistycznym pozytywizmem prawnym.
 Również sakrament małżeństwa, które błogosławi kapłan-tułacz, jest nieważnie zawierane, bo kapłan-tułacz nie otrzymuje delegacji koniecznej do bycia świadkiem urzędowym małżeństwa. Chociaż bowiem w Kościele rzymskokatolickim sami nupturienci udzielają sobie sakramentu małżeństwa, to jednak kapłan błogosławi to małżeństwo w imieniu Kościoła, a kapłana-tułacza Kościół nie upoważnia do błogosławienia małżeństw.
Z drugiej strony trzeba podkreślić, iż status kapłana-tułacza nie jest związany ściśle z Bractwem św. Piusa X. W Polsce istnieją także pojedynczy kapłani, którzy nigdzie nie są inkardynowani i sprawują lub usiłują sprawować funkcje kapłańskie (np. ks. Tadeusz Kiersztyn), mimo tego, że kompetentna władza kościelna wprost przypomina, iż sprawują oni sakramenty niegodziwie, a rozgrzeszenie otrzymane u takich księży jest nieważne.
Co zatem zmieniło się po zdjęciu ekskomunik? Stataus Bractwa św. Piusa X w dużej mierze powrócił do stanu z dnia 29 czerwca 1988 roku, czyli z dnia przed udzieeniem konsekracji biskupiej czterem księżom przez abpa Marcela Lefebvre'a. Czy zdjęcie ekskomunik oznacza zatem, że została przywrócona pełna jedność Bractwa św. Piusa X z Kościołem katolickim? Wiadomo przecież, że Bractwo nie akceptuje części nauczania Soboru Watykańskiego II (np. na temat ekumenizmu, dialogu międzyreligijnego czy wolności religijnej).
W tym kontekście trzeba zaznaczyć także, iż nie za każde nieortodoksyjne nauczanie w Kościele katolickim jest przewidziana ekskomunika. Tylko jeśli katolik głosi herezję, czyli naukę wprost sprzeczną z dogmatem wiary, popada w ekskomunikę. Ae już za podważanie niższej rangi orzeczeń, nawet nauczania definitywnego, do którego należy m.in. nauka o udzielaniu święceń kapłańskich wyłącznie mężczyznom, ekskomunika nie jest wprost przewidziana. Podważanie nauczania definitywnego tak precyzuje Kongregacja Nauki Wiary w Wyjaśnieniu doktrynalnym dotyczącym końcowej części formuły „Wyznania wiary” (1998 r.): „odrzucenie nauczania definitywnego nie jest herezją, ale sprawia, że odrzucający nie jest już w pełnej komunii z Kościołem katolickim” (nr 6).
A zatem, to, że ktoś nie wpadł w ekskomunikę za głoszenie nieortodoksyjnych nauk, nie oznacza, że jest w pełnej komunii z Kościołem. Przykładem może być tutaj o. Roger Haight SJ, który jest m.in. autorem kontrowersyjnej książki „Jezus symbol Boga”, w której kwestionuje on tradycyjną naukę o Jezusie Chrystusie. I owszem, o. Haight został odsunięty od wykładania teologii na uczelniach katolickich, ale nadal jest jezuitą i nie jest ekskomunikowany.
Nieortodoksyjne poglądy mogą głosić nie tylko moderniści czy progresiści, ale z takim samym powodzeniem konserwatyści i tradycjonaliści. I mimo swej nieortodoksyjności nie są oni od razu ekskomunikowani. Widać więc, że nagłaśniane przez media zdjęcie ekskomunik dotyczy tylko czterech konkretnych osób, ale nie zmienia faktu, że status Bractwa św. Piusa X w Kościele katolickim nadal jest nieuregulowany.
Z drugiej strony należy jeszcze podkreślić, iż to zdjęcie ekskomunik nie objęło przełożonego Bractwa św. Jozafata, ks. Wasyla Kowpaka, który przewodzi podobnemu Bractwu tradycjonalistycznemu, wywodzącemu się z Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego. Ów fakt tym bardziej wskazuje na konieczność prowadzenia dalszego dialogu między Stolicą Apostolską a tymiż dwoma Bractwami w celu uregulowania sytuacji. A jako chrześcijanie winniśmy się w tej intencji żarliwie modlić, bo chodzi przecież o jedność Kościoła.
Na zakończenie tej refleksji warto odwołać się do słów wypowiedzianych przez Benedykta XVI w ramach środowej audiencji 28 stycznia br. na temat powodów, dla których zdecydował się on zdjąć ekskomuniki z czterech biskupów Bractwa św. Piusa X: „Uczyniłem ten gest ojcowskiego miłosierdzia, ponieważ biskupi ci wielokrotnie mnie informowali, jak bardzo cierpią z powodu sytuacji, w której się znaleźli. Gorąco pragnę, aby w odpowiedzi na ten gest gorliwie się zaangażowali w realizację kolejnych kroków, które są niezbędne dla osiągnięcia pełnej komunii z Kościołem, dając tym samym świadectwo o swej prawdziwej wierności i prawdziwym uznaniu dla urzędu nauczycielskiego i władzy Papieża, a także Soboru Watykańskiego II”.


P.s. Ks. Kiersztyn zginął w wypadku w sierpniu 2012. Słyszałem coś nie coś na ten temat, ale ponieważ nie mam potwierdzonej wiedzy na ten temat, określam go jako tajemniczy. Czyli tekst ten był pisany jeszcze przed śmiercią Ks. Kiersztyna, a już po słynnej audiencji Benedykta XVI z lutego 2009. Chyba w 2011, jeśli wierzyć stopce pod nim.