niedziela, 30 kwietnia 2017

Gawędka w obrazku: Z okazji 1 maja wspomnienia zimowe


Niedawno mieliśmy nawet trochę zimy. Stąd wspomnienia zimowe w przeddzień 1 maja. Obrazek jeden z pierwszych bardzo niedoskonały, bo przeładowany. Skąd się wzięła Princess kebab, nie trudno zgadnąć. Nadto w biegu zimowo-pierwszomajowym brakuje p. Biedronia, który "nigdy nie ugnie się przed nim". Ten tajemniczy "on". "A numer 'jego' ..." Jak ta cała dęta opozycja wazelinuje "mu". Z jednej strony to schlebia, ale z drugiej pewnie czasem mdłości muszą "go" brać. No to chyba jednak ta dekada będzie "jego".

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Jak biec jeszcze szybciej? cz. II Dlaczego teoria niespiskowa, najwyżej tylko trochę ...?

Notkę tę planowałem od dawna, od czasu pierwszej części tego cyklu. Ma odpowiedzieć on na pytanie, dlaczego teoria, czyli realistyczny opis danej rzeczywistości, w tym wypadku spraw publicznych, czyli teoria polityczna, teoria życia publicznego, zarysowana w moim tekście "Pani Magdalena Ogórek zakłada skrajnie prawicowy ruch przeciw pigułce „dzień po” (Ellaone) czyli Rebacca Kiessling w Polsce. cz. I" nie jest teorią spiskową. Przyspieszone sporządzenie dzisieszej notki wymusił wczorajszy tekst Coryllusa "Skąd się biorą prorocy". No cóż, uznacie mnie państwo za akolitę pana Maciejewskiego. I słusznie. Na swoje usprawiedliwienie powiem tyle, że jeszcze zanim zaczął on pisać o pieniądzu, rewolucji i kontrrewolucji, ja zajmowałem się tą tematyką, ale bez pieniądza. Wprowadzenie do moich lektur historii gospodarczej świata pogańskiego i chrześcijańskiego, w zasadzie współistniejących ze sobą po dzień dzisiejszy zmieniło moje spojrzenie na historię rewolucji, herezji i kontrrewolucji i chrześcijańskiej ortodoksji. Do tego momentu byłem przekonany, że idee rządzą światem. Materiał badawczy przedstawiony w Baśniach - polskich, czeskich, amerykańskich i prowansalskich - jak również znakomite teksty ze Szkoły Nawigatorów, nie tylko rosyjskiej, pokazały mi wagę pieniądza, produkcji, monopolu, kredytu i prawa. Historia idei nabrała bardziej realistycznych proporcji.
Niedawno na blogu Coryllusa komentator-bloger Shork w dyskusji pod tekstem "Czas tytanów", któremu jest wdzięczny za jego wysiłek poznawczy, streścił interpretację historii przedstawioną w tekstach pana Maciejewskiego w kilku punktach:
"1. Każde wydarzenie ma swoją przyczynę i ma swojego płatnika.
2. Nie istnieją artyści jednocześnie niezależni i znani.
3. Najwięcej zarabia się na rzeczach najtańszych i dla monopolu nad rynkiem tychże finansuje się upadek nawet całych państw
4. Nauczanie ekonomii istnieje tylko w celu oszukiwania i tworzenia armii idiotów
5. Trwa odwieczna wojna miasta z wsią (czyli gospodarki opartej na bezwartościowym pieniądzu i gospodarki opartej na własności)
6. Podręczniki piszą propagandyści
7. Jednostka ludzka ma dużo większe znaczenie niż może się wydawać.
8. Państwo powinno posiadać doktrynę
9. Symbole są bardzo ważne."
Komentator-bloger Tytus dodał 10 punkt:
"10. Ważniejsza jest kontrola nad kanałem dystrybucji niż sama produkcja."
Na co Coryllus dopowiedział ważną rzecz: "Czy tytani będą kontrolować kanały dystrybucji swoich produktów? Rzecz jasna nie." Pisząc o tytanach miał na myśli propagandystów typu Michnik, RAZ, Hartman, Tokarczuk, Stasiuk, Hołownia etc. Lecz ja dopowiem od siebie: tytanów było wielu i niewielu śmiało nazwać wszystkich po imieniu. Nie tylko nie śmiało ale nie było w stanie. Zwłaszcza pośród ich współczesnych. Trzeba naprawdę nieźle wgryźć się w bieżące doniesienia, enuncjacje i plotki, żeby uchwycić tę w zasadzie bardzo dynamiczną hierarchię świata "tytanów".
Wczoraj w feletonie-eseju "Skąd się biorą prorocy" Coryllus napisał m. in.: "istota socjalizmu – kapłan zajmujący się wytwórstwem. I nie chodzi w niej o to, by uszczęśliwić robotnika, szczególnie nieżydowskiego, ale o to, by zdewastować rynek konkurencji i całkowicie go unieważnić, następnie zaś wejść nań ze swoimi produktami. Nie tylko luksusowymi, ale wszystkimi jak leci po prostu. Kapłan uświęcający pracę jest o wiele bardziej atrakcyjny niż tłusty i opity winem bankier kopiący po tyłkach swoich niewolników." Trzeba tu podkreślić, że celem socjalizmu i programów pochodnych, w zasadzie kamuflujących socjalistyczny rdzeń tak jak tzw. liberalizm, jest zniszczenie danego rynku i zastąpienie produktów tego rynku, produktami pochodzącymi z rynku zwycięskiego. To jest historia samodzierżawia, republiki francuskiej, kolonii brytyjskich, polskiej niepodległości, kamuflującej dobicie naszego ziemiańskiego wolnego rynku, i rosyjskiej rewolucji socjalnej i bolszewickiej, siłą swej entropii rozprzestrzeniającej się na kraje ościenne.
Tekst "Skąd się biorą prorocy?" oparty o streszczenie artykuły, który dopiero się ukaże w kolejnej Szkole Nawigatorów, dotyczy świata żydowskiego, jak rozumiem współczesnego pojawieniu się Zbawiciela, lub sąsiadującego blisko niego, a dokładniej rywalizacji między organizacjami handlowymi żydowskimi a greckimi. W tle pojawiło się ostatnie powstanie żydowskie i zniszczenie świątyni 70 lat po Zmartwychwstaniu Pańskim, co pośrednio łączy ten tekst i mój z klimatem całego okresu Wielkanocnego.
W tekście Coryllusa są jeszcze trzy zdania, które zwróciły moją uwagę: "...nie ma sukcesu, bez kontroli produkcji. I nie ma monopolu bez kontroli produkcji. Taka zaś kontrola możliwa jest jedynie w sytuacji kiedy praca ma związek z sacrum."
Sprowokował one moje pytanie: a jeśli z sacrum złączona jest własność? Kapłani zawsze byli strażnikami depozytów, czyli pożyczkodawcami. Zarówno w kultach "naturalnych", często o charakterze demonolatrii, jak i w religii opartej na interwencji nadprzyrodzonej. Najpierw był kult płodności/żyzności, i depozyty w nim złożone, a potem imperium. W takim razie kapłaństwo związane z produkcją, to twór schyłkowy. Kurcze, że też schyłkowość może ciągnąć się przez dwa milenia.
A może to nie są kapłani? Rabini nie są kapłanami, są substytutem kapłanów. Faryzeusze, uczeni w piśmie to "wędrowni" teologowie i prawnicy, "trubadurzy" prawa przed-talmudycznego, czyli propagandyści, innymi słowy "tytani". Rabini zaś to "trubadurzy" talmudu.
Bóg-człowiek wszedł w historię, kiedy kapłani-depozytariusze/pożyczkodawcy stworzyli kastę faryzeuszy, która w założeniu miała być im podległa, kastę "trubadurów" Prawa, tytanów-propagandystów, od których chętnie, lub niechętnie, kapłani się uzależnili. Bo faryzejstwo to sofistyka, która jest w stanie udowodnić wszystko, nawet to, że "prawo", tzn. manipulacja prawem, jest ważniejsza od Prawodawcy, zwłaszcza jeśli sprawa toczy się o dużą kasę, np. o utrzymanie wpływów z kultu ofiarniczego. W sumie Zbawiciel niewiele od nich żądał, zalecał tylko reorganizację i względne ograniczenie zysków. Ale dla umaczanych w rządzę władzy, być może w rabunki usprawiedliwiane prawem sakralnym, i tak tego było za dużo.
Co więcej, widzimy, że "tytanów" było wielu. Czy kapłani też w jakimś sense byli "tytanami"? Ci którzy spełniali rolę wykonawców, tacy jak Kajfasz, na pewno. Musiał on znaleźć usprawiedliwienie i doprowadzić zamysł do skutku (rękoma Piłata), czyli rozpropagować kłamstwo i je zrealizować. Reżyserzy upokorzenia i zabójstwa Jezusa Pana, tacy jak Annasz, kontrolowali sytuację z tylnego siedzenia. Nawet jeśli Kajfasz miał udział w decyzjach finansowych świątyni, w tym danym momencie spełnił rolę "tytana", propagandysty, wykonującego zlecenie zapewne sformułowane wspólnie z Annaszem i resztą "zarządu".
Znaczy to, że jego teść Annasz, pełnił ważniejszą rolę w świątynnej organizacji bankowej. Kajfasz i faryzeusze to "tytani", Annasz jest "olimpijczykiem", tzn. kimś na podobieństwo sterujących "tytanami" bogów Olimpu. Znaczy to, że kolaboracja między kapłanami-depozytariuszami (nie tylko dóbr duchowych, ale również depozytów pieniężnych) a faryzeuszami musi zmienić się w rywalizację. Dlaczego żydowska diaspora po zniszczeniu świątyni nie wypracowała jakiejś innej koncepcji kapłaństwa? Kasta kapłańska została wycięta w pień przez Rzymian? Raczej nie w pień. Ktoś przeżył. Niektórzy przyłączyli się do Kościoła. Inni pozostali w strukturze żydowskiej.
Czy ci, którzy pozostali w synagodze, byli zbyt małą grupą, żeby odnowić dominującą pozycję kapłanów? Być może. Ale najważniejsze są tu depozyty. Czy zostały całkiem zrabowane? Czy ktoś przejął ich pozostałość? Nie wiem. Natomiast podejrzewam, że tu znajduje się przyczyna braku innej koncepcji kapłaństwa żydowskiego. Czyż nie mógł się pojawić kapłan-ofiarnik-pielgrzym, łączący w sobie wzór Melchizedeka i ojca wszystkich wierzących, Abrahama, zmierzający odnowa do Ziemi Obiecanej? I owszem, mógł. Ale zabrakło mu aktywów. Natomiast aktywami i depozytami dysponowali kupcy, arystokraci i związani z nimi uczeni w piśmie.
W tej krótkiej medytacji, drugiej z cyklu "Jak biec szybciej", z założenia krótkiej, nie zamierzam wyczerpać wszystkich spraw zasygnalizowanych w powyższych cytatach. Nie da się tego zrobić. Zostawiam lwią część tych treści na przyszłe wpisy.
Teraz chciałbym zwrócić państwa uwagę na to, że, jeśli: "każde wydarzenie ma swoją przyczynę i ma swojego płatnika", jeśli "nie istnieją artyści jednocześnie niezależni i znani", jeśli "wojna miasta z wsią (czyli gospodarki opartej na bezwartościowym pieniądzu i gospodarki opartej na własności) jest odwieczna," to znaczy, że interpretacja historii sformułowana przez Coryllusa, Toyaha i ludzi, którzy wpadli na ten sam trop, nie może być nazwana teorią spiskową - najwyżej tylko trochę.
Tylko trochę, ponieważ na wojnie ważne decyzje i porozumienia są niejawne. Nie mogą być jawne, z oczywistego wojennego powodu. Przypominają trochę knowania spiskowców. Ale spiskowcy to po prostu nieświadome instrumenty głównych reżyserów ekonomicznych bitew i wojen. Są "tytanami" sterowanymi i w końcu niszczonymi przez "nieśmiertelnych z Olimpu". Role jednak, jak widzimy mogą się odwrócić, i tytani mogą zagrozić nieśmiertelnym. W mitologii indyjskiej, czyli w politycznej, pseudo-religijnej propagandzie wedyjskiej, pojęciu tytanów odpowiada pojęcie "asuras", demonów - raczej trzeba przypuszczać, że opisuje ono jakichś osiłków-dewiantów - zaś pojęciu nieśmiertelnych odpowiada pojęcie "devas", bogów, promienistych, z racji pozycji przypisanej sobie, rywalizujących z Najwyższym i Absolutnym Stwórcą i Pasterzem wszechświata.
To jest to samo. Ten sam podział na reżyserów ukrytych w ciemności teatralnej widowni, sterujących z zacienionego ósmego rzędu politykami i propagandystami odgrywającymi przydzielone im role w świetle reflektorów. Asuras i devas to pojęcia z pseudo-religijnej mitologii, czyli z religii naturalnych, tzw. pogańskich, w których pierwotna pamięć o Stwórcy zostaje przytłoczona całym gmachem projekcji, namiętności i wyobrażeń powstałych w zagubionych duszach ludzi nie radzących sobie ze światem dotkniętym złem. A zatem wyznawcy religii mojżeszowej, z natury religii o pochodzeniu nadprzyrodzonym, z samego źródła bytu i prawa moralnego, ześlizgnęli się jakoś do poziomu religii naturalnych.
Metodą kopernikańską, opisaną jakże zwięźle przez Emmanueal Kanta, przeskakuję zatem do konkluzji, w której chcę postawić tezę, że jeśli nie może to być teoria spiskowa, to jest to teoria wspólnotowo-klanowo-mafijna, teoria nieteoretyczna, ale teoria w znaczeniu klasycznym, jako adekwatny opis rzeczywistości.
O czym więcej w kolejnym rozważaniu z tego cyklu.

czwartek, 20 kwietnia 2017

Gawęda w obrazku: Powrót J. E. M. Wilka na Ojczyzny łono






Niestety nie udało mi się jeszcze wypracować zwięzłości formy i treści zbliżonej choćby do stylu Adama Wycichowskiego, "Niewolnika własnych genów". Dlatego na razie jeszcze gawęda na temat niedawnych wydarzeń. Mam nadzieję, że sprawię w ten sposób uciechę kilku osobom.

piątek, 14 kwietnia 2017

Dla wszystkich czytelników mojego bloga z serdecznymi życzeniami radości Wielkiej Nocy

Jan Matejko, Wniebowstąpienie Chrystusa

Trudno to dostrzec na pierwszy rzut oka, ale ta erupcja światła i mocy wokół Chrystusa ma kształt Jego Najświętszego Serca. Jego Oblicze ma jakieś dziwne podobieństwo do Oblicza z Całuny turyńskiego. Obraz był namalowany w 1884 roku, kiedy to rozwijał się kult Najświętszego Serca Zbawiciela w Polsce rozdzielonej przez zabory. Ponad wiek wcześniej w 1765 r. polscy biskupi skierowali do Papieża Klemens XIII prośbę o zgodę na ustanowienie liturgicznego święta Serca Jezusowego. W 1895 w Poznaniu rozpoczęto przygotowania do budowy pierwszej świątyni w Polsce pod wezwaniem Najświętszego Serca Jezusa (i św. Floriana), ukończono w 1899 r.

czwartek, 13 kwietnia 2017

Jak biec jeszcze szybciej? Cz. 1. Czy pan Andrzej Rzepliński zostanie Wiedźminem?

Bez wątpienia tak. A nawet już nim został, ex equo z Ks. Adamem Bonieckim. Na Wiedźmina mianowała go Fundacja im. Stefana Kisielewskiego przyznając mu honorową nagrodę imienia tegoż swojego patrona 28 marca tego roku. Razem z twórcami Wiedźmina. Były tam jakieś przepychanki z oficerami prowadzącymi z Wprost, którzy chcieli sobie podporządkować rzeczoną Fundację. Ale ostatecznie Fundacja górą. Ks. Adam Boniecki otrzymał nagrodę za „potęgę milczenia”. Ex-przewodniczący TK, pan Andrzej Rzepliński za „obronę demokratycznego państwa prawa”. Twórcy Wiedźmina za kasę, którą zgarnęli w Stanach. Ok. Ja się nie czepiam. Wolno robić kasę w Stanach, nawet na takim gniocie. Każdy ma takiego Wiedźmina, na jakiego sobie zasłużył, że sparafrazuję znany dowcip jednego z członków Kapituły Nagrody Kisiela, pana Andrzeja Mleczko.
Powiecie państwo, że sobie jaja robię z człowieków honoru? Nie zaprzeczę. Ale na swoje usprawiedliwienie mam to, że w szyderstwie uprzedziła mnie Kapituła Nagrody im. Kisiela w składzie: „m.in. Andrzej Olechowski, Janusz Lewandowski, Irena Eris, Joanna Solska, Marek Safjan, Sobiesław Zasada, Tomasz Lis, Ernest Skalski, Czesław Apiecionek, Andrzej Mleczko, Paweł Piskorski, Adam Michnik oraz Fundacja im. Stefana Kisielewskiego, powołana w 2014 roku przez m.in. Jerzego i Jana Kisielewskiego (syna i wnuka Stefana), Wiesława Uchańskiego i Jana Krzysztofa Bieleckiego. (http://www.tvn24.pl).Oni pierwsi zrobili sobie jaja z dwu zasłużonych narodnych gierojów gazownianego państwa prawników, to znaczy pardąs, państwa prawa niewątpliwie pod egidą Gazety Wybiórczej. I to już w 2015 roku. W jaki sposób? Ano w taki, że w jednym rzędzie postawili obok siebie dwa filary miłości do ludzkości w naszym kraju, autorytety medialne, razem z twórcami komiksu płaskiego jak powierzchnia jego okładki lub jak ekran, na którym migają te wirtualne fatamorgany, bez treści, bez myśli, doprawione pikantną demonolatrią, takimż porno i chamską rzezią, z twórcami kultowego komiksu wszystkich esbeków i TeWuów. Spójrzcie tylko na to zdjęcie powyżej. I to jest zdjęcie z samej Gazety Wyborczej. Ciemny gwint! Ludzie, co się dzieje? Wyborcza sama podkłada swoich narodnych gierojów pod pisowskie szyderstwo?
Co na nim widzimy? A raczej czego nie widzimy? Nie widzimy portretów Adama Kicińskiego i Marcina Iwińskiego – jak ładnie rymują się ich nazwiska – odpowiednio prezesa i wiceprezesa projektu „Wiedźmin”. Czymu, jak zapytuje znany klasyk? Bo oni nie mogą zostać mianowani na Wiedźminów. Oni stworzyli ten dance macabre. Oni są przysadka mózgową Wiedźmina. To nie oni zostali wrobieni. Co najwyżej okradli dwa autorytety z ich aury autoryteckiej. Po co? Żeby pokazać ją kumplom na zjeździe integracyjnym i drzeć z niej, z tej aury, łacha.
Widzimy za to leciwego kapłana, który czuje już gorycz herezji na swoich ustach, nie chce jej wyrazić wprost, bo musi trwać na wysuniętej rubieży, dlatego półgębkiem sączy ją w postaci np. apologii przestępczych hapenningów znanego wszystkim aspiranta szołbiznesu. Czuje już zmęczenie nieakceptacją swej postawy ze strony swej rodziny – Kościół i Zakon to też rodzina – ale nie może wylać na nią swej frustracji, bo wszyscy są tam nieznośnie grzeczni i miłosierni. Żadnych pretekstów nie dają do otwartego buntu i zdjęcia sutanny. A tu na dodatek rodzina, do której aspiruje, nieformalny „zakon iluminatów”, taki mu psikus robi. Ale zobaczmy. Z podniesionym czołem bierze to na klatę. Tylko kątem przysadki myśli sobie: „Kto mnie do cholery w to wrobił? Niech no pan Adam tylko coś spróbuje ode mnie wydębić?” Kurcze, że nie możemy posłuchać sobie tego nagrania z tej pogawędki jednego miszcza Adama z drugim. Nic to. Cierpliwości. Czytajmy Gazetę Wyborczą oraz Tygodnik Powszechny, rzecz jasna za darmo w kafejce popijając kawą dominikaną. Jest szansa, że znajdziemy echa tej konwersacji.
Na drugim zdjęciu widzimy starszego pana Rzeplińskiego, który równie intensywnie myśli, ale o czym innym. Dręczy go pytanie wprost z Alicji w krainie czarów Lewisa Carolla: „Jak biec jeszcze szybciej? Biegłem, biegłem i biegłem i jestem na tym samym polu szachowym. Gdzie jest ta królowa, do jasnej cholery? Ta skórkowana wiedźma oszukała mnie. Powiedziała mi, że muszę biec jeszcze szybciej, żeby przesunąć się na inne pole w tej rozgrywce. I co? Jestem w tym samym miejscu. Gorzej nawet, zostałem Wiedźminem. Ciemny gwint, niech tylko Olechowski spróbuje coś ode mnie wydębić … ”. Kurcze, że nie możemy posłuchać nagrania z tej konwersacji między jednym miszczem Jędrzejem a drugim. Nic to. Cierpliwości. Czytajmy Rzeczpospolitą i Dziennik, rzecz jasna za darmo w kafejce popijając kawą dominikaną. Może złowimy echa tej rozmowy.
Pamiętamy wszyscy tę bardzo ciekawą scenę, kiedy królowa prowadzi Alicję na pole szachowe i biegną. Biegną i biegną aż dostają zadyszki. Alicja zatrzymuje się, bo dalej już nie może i widzi, że są na tym samym polu, na które weszli dopiero co. Nie zrobili żadnego postępu. Na jej pełne zdziwienia pytanie królowa odpowiada: „Trzeba biec jeszcze szybciej”. Oczywiście, że kłamie. Alicja jest małą dziewczynką i ufa dorosłym. Królowa to wykorzystuje i wciska jej kit. Surrealistyczna bajka Lewisa Carolla jest powieścią polityczną.
Rzecz jasna, przesadzam z tym wglądem w duszę pana Rzeplińskiego. On wygląda raczej tak, jakby zastanawiał się, gdzie tu jest jakieś wyjście ewakuacyjne i jak zmyć to łajno z siebie. Nie da się. Może trzeba poczekać aż przyschnie i odpadnie. Ale to jest łajno gorszego sortu, bo zaczarowane. Wiedźmin to męska Alicja w krainie czarów. Los zasłużonych starszych panów w krainie czarów, którzy przywykli, że wszyscy im się kłaniają i podsuwają pod nos na chińskiej tacy papiery wartościowe, jest naprawdę nie do pozazdroszczenia. Jak w banku, wirtualny list podany na tej samej tacy zamieni się nagle w głowę wiedźmy rodem z którejś z przygód Wiedźmina, która złoży starszemu panu propozycję nie do odrzucenia. Jeśli będzie się opierał, głos niezapomnianego Jana Kobuszewskiego w roli księdza kapelana w „Damach i huzarach” będzie jęczał w jego smartfonie„Nie uchodzi, nie uchodzi ...” go złamie.
Generalnie mężczyźni są bezradni w krainie czarów. Wiedźmin, żeby opanować lęk przed tym całkowicie obcym sobie żywiołem, musi ciągle ćwiczyć fikołki, kurczowo trzymać tę katanę (miecz samurajski), przeżuwać jakieś grzyby, popijać jakąś szamańską lurę i świecić oczami. Kobieta po prostu ma już w sobie ten czar. Nie musi niczym świecić, bo obok dyskretnego blasku jej duszy nikt nie może przejść obojętnie. Dlatego Lewis Caroll bohaterką swojej fantasmagorii politycznej uczynił dziewczynkę. Dyskretne acz nieposkromione promieniowanie dziewczynek jest najsilniejsze, bo wzmacnia je dziecięca czystość ich dusz, o ile nie są już w dzieciństwie zmaltretowane. Mężczyzna w krainie czarów albo zostanie potępieńcem, którego godność żeńskie demony zadepczą swymi pantofelkami – lekka nóżka, jak wiemy, ma zwykle ciężki pantofelik – albo wkroczy tam z Krzyżem i Ewangelią i wszystko wywróci do góry nogami.
Pan Rzepliński został zatem Wiedźminem. Czy „to” się da odskrobać? Nie da się. Co więcej, „to” się zachowuje w sposób nieprzewidywalny. A według prof. Staniszkis i młodych rewolucjonistów z fejsbuka, rewolucjonistów, którzy już z niecierpliwością odliczają czas do końca rządów PiS-u, pan Rzepliński miałby zostać królem Polski, to znaczy prezydentem państwa prawa. Ostrożnie z tym odliczaniem. Adwentyści dnia siódmego, czy ósmego, już nie pamiętam którego, też odliczali koniec świat, czekając w białych szatach na Śnieżce czy Babiej Górze, nie pamiętam dokładnie, i niestety srodze się zawiedli. Ktoś ich zrobił w bambuko. Pewnie jakiś aspirant z WSI w ramach zbierania materiałów do pracy mgr z psychologii grup religijnych. Gdyby pan Rzepliński miał zostać prezydentem RP, odbyłoby się to w sposób nieprzewidywalny zwłaszcza dla niego. Czyli raczej nie zostanie królem. Bo król Polski już jest. Jak pisze Coryllus, jest nim Leib Fogelman. Kto to jest? Proszę samodzielnie się doinformować. W skrócie przypomnę, że to jest książę „państwa prawników” w USA, prawa ręka prawej ręki Donalda Trumpa, czyli prawnik pana Guillianiego. Żeby doprecyzować, dla nadwiślańskiego kraju jest on raczej księciem namiestnikiem. A zatem prof. Staniszkis promując pana Rzeplińskiego do wyborów prezydenckich, próbuje wepchnąć go na fotel pod-namiestnika. No bo dwu namiestników na jednym terytorium być nie może. Czy pan Rzepliński zostanie nim jako prezydent RP? Wydaje mi się, że nie, bo nominacja na Wiedźmina wygląda jak pocałunek śmierci, ale mogę się mylić. Prof. Staniszkis, choć odtrącona przez PiS, to jednak jest bliżej krainy czarów niż piszący te słowa. I jest kobietą, która już dawno przekroczyła granicę lustrzanej tafli.
Na razie pan Rzepliński jest księciem „państwa prawników”. To jest naprawdę coś, kraina czarów sama w sobie, ale jakoby czarów innego sortu. Został jednak Wiedźminem. Przekroczył granicę lustrzanej tafli. Wygląda to jak koniec, ostatni krok. I razem ostrzeżenie dla „państwa prawników”. Ale nawet ten ostatni krok jest dopiero początkiem, nawet dla pana Rzeplińskiego, początkiem gry wirtualnej pt. jak odskrobać się z Wiedźmina. Czy może lepiej nie odskrobywać się? Niech samo odpadnie. Raczej nie odpadnie, ale ujawni kolejne właściwości ekstraktów grzybo-pochodnych. To może wykorzystać te właściwości?
Nadto tu urywa się ledwie pierwsza część moich medytacji nad „bieganiem jeszcze szybszym”.


wtorek, 11 kwietnia 2017

Znowu coś dobrego: 14 Szkoła Nawigatorów Coryllusa, rosyjska


Klinika języka, czyli wraz z małżonką pan Gabriel Maciejewski, znany jako Coryllus, jest wydawcą i redaktorem kolejnej, 14 już edycji Szkoły Nawigatorów
Takiego scenariusza nie powstydziłby się sam mistrz Alfred. Albowiem  czternasta Szkoła Nawigatorów ma właściwą sobie dramaturgię i napięcie, rzekłbym rosnące, nadto, finezyjnie zróżnicowane. Sam temat numeru, Rosja, brzmi jak chruszczowskie walnięcie butem w pulpit w ONZ, 12 października 1960 r.*, albo raczej jak odpowiedź na ową efektowną acz tanią prowokację ze strony sowieckiego genseka w postaci walnięcie pięścią w stół, które wówczas niestety nie mogło zaistnieć, w wykonaniu, powiedzmy, gen. Sosabowskiego, twórcy polskich oddziałów desantowych pod angielską kuratelą.**
Pierwszą serię wstrząsów przynosi artykuł pióra Krzysztofa Osiejuka "Michałkow i ferajna", bardzo pouczające spojrzenie wstecz na nasze naiwne zauroczenie sowieckim i razem rosyjskim twórcą filmowym Nikitą Michałkowem, które wspomina jego arcyciekawe relacje z naszą elitką artystowską (Daniel Olbrychski). Jest to retrospekcja, która w stylu właściwym panu Osiejukowi, znanemu w blogosferze jako Toyah, otrzeźwia i orzeźwia, i razem nadaje przewodni ton narracyjny całej antologii. Nie będę zdradzał zbyt wielu szczegółów, by nie zepsuć czytelnikom efektu poznawczego. Zacytuję jedynie ten znamienny fragment: "Przyjrzyjmy się samemu Michałkowowi. Ciekawe jest to, że z dzisiejszej perspektywy, nie sposób pojąć, jak to się stało, że akurat on, obok Żanny Biczewskiej, Ganielina, Bułata Okudżawy, czy Władimira Wysockiego, stał się symbolem Rosji walczącej, że już nie wspomnę o Rosji utalentowanej. Jest oczywiście możliwe, że on był zawsze  bardziej owym cerkiewnym nacjonalistą niż komunistą, a jeśli komuna go tolerowała, to ze względu na oczywiste atuty, jednak nie sądzę. Gdyby on im się choć trochę podobał, skończyłby jak prawdziwie wybitny rosyjski autor Jerofiejew, w pociągu na trasie Moskwa - Pietuszki, nie mając pojęcia skąd i dokąd jedzie i pies z kulawą nogą by o nim nie słyszał". Nie mam słów, cały Toyah. 
No i może jeszcze ten fragment, który nadaje ton całej narracji w tym niepowtarzalnym zbiorze: "W tym kształcie, który znamy, z tymi ich cerkwiami, popami, świeczkami i tym ich papieżem, który większość swego czasu spędza między Kremlem a centralą GRU, Rosja to wróg. I nie dajmy sobie wmówić, że tam się dzieje coś jeszcze, co daje nam szansę na choćby minimalną zmianę". No i jak wam, mili państwo, podoba się? A dalej jest tylko lepiej. Spytam was jeszcze, czy widzicie tę gładkość stylu i tę konstatację brutalnej prawdy ze lekkością motyla, bez zadęcia, bez gniewu, bez żądzy odwetu, jedynie z trzeźwym spojrzeniem wprost w przekrwione ślepia proteuszowej zjawy zwanej Rosją? Nie widzicie?  No nie, musicie w takim razie przeczytać cały artykuł razem z konkluzją zawierającą apoteozę niemal kina rosyjskiego, a zwłaszcza jednego filmu, filmu Eldara Rjazanowa Dworzec dla dwojga.
Rzekłem, iż dalej jest tylko lepiej, mając na myśli, że inaczej. Wstrząsy są przeplatane autentycznie budzącymi grozę pomrukami spod najgłębszych warstw tektonicznych Euroazji, chwilami ciszy pełnymi napięcia i oczekiwania na nieuchronne nemezis, nieuchronne choć niewiadomego kształtu, oraz erupcjami rozgrzanej do czerwieni lawy. 
I tak Jacek Drobny w artykule "Ilja Muromiec na wyjeździe integracynym" kreśli przed nami faktyczne znaczenie i scenariusz tzw. Wielkiego Poselstwa, podróży cara Piotra I, jakoby edukacyjnej, po zachodnich stolicach (od marca 1697 do września 1698). Ale zanim opowie o zakulisowych wydarzeniach towarzyszących Wielkiemu Poselstwu, musi nakreślić tło historyczne i w ten sposób pogłębia perspektywę nakreśloną przez pana Osiejuka. Pisze bowiem: "Wielkie Księstwo Moskiewskie nie było państwem ruskim. Było państwem tatarskim tak pomyślanym, aby koszty kontrolowania Rusi przez Tatarów były jak najtańsze. Prawosławie było podstawowym narzędziem tej kontroli. Zaskakujące, że ten pogląd nie jest niczym  nowym i był powszechny w Europie Zachodniej w XVII wieku. Piszący do swoich władców z Moskwy dyplomaci (zachodnio-europejscy) wysyłali korespondencję z Tartarii ... Pokonanie Złotej Ordy i podbój Kazania był zwycięstwem prawosławnych moskiewskich Tatarów nad Tatarami muzułmańskimi z Saraju.Wasal pokonał Suwerena i zajął jego miejsce ... przejął też herb Złotej Ordy, jakim był ... dwugłowy orzeł." Chciałoby się rzec: koniec, kropka. Ale to dopiero początek. Skąd się wziął Ilja Muromiec, bohater znanej w Rosji heroicznej klechdy, w tytule tekstu na temat Piotra I zwanego Wielkim, dowiecie się, mili państwo, z tekstu. Za mało tu miejsca na pozostałe szczegóły tego artykułu. Dodam jeszcze ten jeden fragment, który mówi o wkładzie Gottfrieda Leibniza w nawiązanie przez Piotra I kontaktów m.in. z wnuczką i córką Elżbiety z brytyjskich Stuartów, wżenionych w dynastię Hanowerską, w niedalekiej przyszłości mającą zasiąść na tronie brytyjskim. Spotkania te niespodziewanie miały otworzyć Piotrowi I Romanowowi drogę do Londynu. Jednak pan Drobny słusznie zadaje pytanie, jak to możliwe, skoro dynastia Hanowerska w 1697 zdawała się być daleko od tronu brytyjskiego. Wilhelm III Orański obejmie sukcesję brytyjską dopiero w 1702 roku, zaś Weflowie, spokrewnieni z Hohenzollernami dopiero w 1714 r. "Na Boga - skąd Piotr mógł o tym wcześniej wiedzieć!", dziwi się pan Drobny i dodaje: "Spośród wszystkich licznych w tym czasie państw niemieckich wyróżnił (Piotr I) tylko te, które  były związane z protestanckimi potomkami Stuartów w Niemczech". Z czego wynika jasny wniosek, że ten, kto nakreślił itenerarium Piotra I, był wtajemniczony w zamiary ówczesnych możnowładców co do wydarzeń w elektoracie Hanowerskim, Amsterdamie i Londynie. 
Tekst Jana Stella-Sawickiego "Koronacja Cara Aleksandra II" należy do tych prastarych delikatesów, jeszcze z początku minionego stulecia, a zaczerpnięty jest z tomu jego autorstwa Rozwiane Marzenia (Moje Wspomnienia) 1831-1910. Wraz z fragmentem Pamiętnika Samuela Maskiewicza z wojny moskiewskiej, tej samej, która miała przynieść tron moskiewski Wazom, z Relacją expedcyi wojennej Jego Carskiego Wieliczestwa Alexieja Michałowicza do Litwy, przeciw Janowi Kazimierzowi Królowi Polskiemu r. 1654, oraz tekstem znacznie młodszym, bo z lat 20-tych zeszłego wieku, Hipolita Korwina Milewskiego Śmiertelne zagrożenia rewolucji rosyjskiej, stanowi tekst Stella-Sawickiego konieczną i razem niezwykle atrakcyjną ilustrację, tworzącą tę unikalną atmosferę studiów rosjoznawczych, oddającą zarówno myśli dawnych Polaków na temat Moskowii jak i jej realia. 
Niestety nie ma tu czasu na cytaty z kolejnych artykułów, czytelnik albowiem zaraz stwierdzi, że musi lecieć do miasta i jest już spóźniony, bądź też głosem donośnym a nieznoszącym sprzeciwu jego lub jej dzieci zaczną dopominać się należnej im, słusznie i jak najbardziej, uwagi, dlatego o pozostałych artykułach niesprawiedliwie, bo nieco krócej napiszę. 
Niesprawiedliwie, bo tam też dzieje się a dzieje. Maciej Cielecki kreśli przed nami "Pieśń o Rzeczypospolitej Handlowej" czyli historię republiki kupieckiej Nowogrodu, ostatecznie zmasakrowanej przez Iwana Groźnego. A dlaczego i na czyje życzenie dokonuje tego ludobójstwa, dowiecie się państwo od samego pana Cieleckiego. Bez ironii, czysta adrenalina. Bo jest to synteza niemal Chandlera, Ludluma i Raspalla, na dodatek odziana w barwne stroje, sobole futra i wylewne temperamenty ruskich Bojarów- chciałoby się powiedzieć rusińskich, bo Rassija dopiero umacnia się w Moskwie - oraz w nędzne brzozowe łapcie i lniane rubachy pod-nowogrodzkich mużyków.
Ewa Rembikowska proponuje nam opowieść w stylu łączącym Juliusza Verne, jego najlepsze fragmenty, z grafem Custine, ale bardziej custinowską, albowiem prawdziwą, bez żadnych zmyśleń sajens-fajans. Jej tekst "Kilofem i taczką" opowiada o karkołomnym a globalnym przedsięwzięciu, mianowicie o budowie wielkiej kolei transyberyjskiej podjętej przez carskiego ministra finansów Sergiusza De Witte. I tu mamy coś więcej niż czystą adrenalinę, coś jakby wicher, który dech zapiera, mianowicie wielkie przestworza, wielkie twórcze namiętności, ogromne, globalne trudności i intrygi, wielki trud setek tysięcy ludzi, tragiczną śmierć dziesiątek tysięcy pracujących przy tej kolei, i ... wielkie plany imperialne, nie tylko moskiewsko-petersburskie. Tu pozwolę sobie złamać dane słowo i zacytować jeden fragment, należy on albowiem do kluczowych dla całego tomu: "Rosyjską ekspansję na Dalekim wschodzie najbardziej zaniepokojona była Wielka Brytania. Podjęła różne działania bezpośrednie i pośrednie, by opóźnić, jeśli nie storpedować budowę. Postanowiła zablokować dostęp Rosji do kredytów międzynarodowych. Rozmowy De Witte z londyńskimi Rotschildami okazały się fiaskiem." Czy to wtedy, wolno nam zapytać, Londyn wraz możnowładcami z City, wymienionymi wyżej, zamyślił przenieść rewolucję socjalną, udoskonaloną przez Karola Marksa z wydajną pomocą angielskiego czartysty, Georga Julian Harneya, z zachodniej Europy na wschodnią jej flankę, do imperium moskwicińskiego, które zaczynało jakby tracić pamięć o tym, skąd mu wyrastają aktywa?
Artykuł "Julisz Enoch" Krzysztofa Laskowskiego opisuje złożone dzieje doradcy i sekretarza margrabiego Wielopolskiego, Juliusza Enocha, przedziwnego męża stanu o niewątpliwych skłonnościach patriotycznych a jednocześnie reprezentującego przekonanie wielu Polaków owego czasu, iż Imperium Moskiewskie jest tworem skazanym, przy wszystkich swoich wadach, na wieczne trwanie. Pan Laskowski w ten sposób wprowadza czytelników w wątek polskiej zależności od rosyjskiego hegemona w wieku XIX. Zarazem, denuncjując niedoinformowanie polskich konserwatystów na temat rzekomo trwałej kondycji Petrsbursko-Moskiewskiego Carstwa, być może niedoinformowanie usprawiedliwione, kontynuuje on główny wątek zbioru i ten rozpoczęty przez Ewę Rembikowską a dotyczący Rosji u progu rewolucji bolszewickiej. 
Agnieszka Bywalec w artykule "Czerwień" otwiera przed nami pewien aspekt historii gospodarczej Rzeczypospolitej I i Moskowii. Chodzi tu o handel produktem niezwykle atrakcyjnym, przynoszącym milionowe zyski, mianowicie czerwonym pigmentem, ekstrahowanym z maleńkiego pajączka zwanego czerwcem polskim, w nadobfitości obecnym na Kresach wschodnich, ale również w okolicach Warszawy i Torunia, którego hodowla znajduje w XVIII w. nieoczekiwaną konkurencję w postaci hodowli czerwca hiszpańskiego i amerykańskiego. Co więcej polska hodowla i europejski handel czerwonym barwnikiem zostaje przejęta i powstrzymana przez zaborcę rosyjskiego. Największym beneficjentem zaś tego wrogiego przejęcia staje się Wielka Brytania importująca barwnik z swoich kolonii amerykańskich.  
I znowu pan Maciej Cielecki raczy nas historią rywalizacji między dwoma polsko-żydowskimi potentatami finansów i przedsięwzięć gospodarczych, zwłaszcza kolejowych, z okresu rozbiorowego, między Leopoldem Kronenbergiem, filarem stronnictwa Białych, a Janem Gottliebem Blochem, prawdopodobnie pierwowzorem Wokulskiego z Lalki Bolesława Prusa. Nie muszę dodawać, że narracja jest wartka i sensacyjna. Trzyma w napięciu. 
Podobnie Bartosz Biesiacki w "Cudzie na hokejowej tafli" przyciąga czytelnika wartką akcją, opisując rywalizację z 1980 roku między drużyną rosyjskich mistrzów, królującą na taflach całego świata, trenowaną przez Wiktora Tichonowa, a hokeistami amerykańskimi, prowadzonymi przez znakomitego Herba Brooksa, dokonującymi w starciu z hegemonami światowego hokeja rzeczy niemożliwej.
Marian Powrotnik natomiast wycisza i uspokaja nieco narrację wchodząc w nieznane detale biografii autora jednej z najgłośniejszych powieści minionego stulecia Mistrz i Małgorzata, czyli Michała Bułhakowa, jak się okazuje rosyjskiego monarchisty. Ale to tylko pierwsza część jego tekstu, druga bowiem przechodzi do tego, co zwiastuje tytuł "Michał Bułhakow a sprawa polska" i analizuje dwa zaskakujące fragmenty prozy tego giganta rosyjskiej literatury, co ciekawe, dalekiego od utożsamiana Moskwy, Sankt Petersburga, a nawet Prawosławia z tym, co najlepsze w kulturze rosyjskiej, niebezpiecznie zbliżającego się w swoim pisarstwie do myśli przewodniej omawianej antologii: Rosja jest zjawiskiem niesamodzielnym i nietrwałym, a nawet jako państwo bytem fikcyjnym.
Tekst pani Maryli Sztajer, zamykający całość zbioru, "Garść refleksji i przemyśleń o przemyśle i własności w Zagłębiu Dąbrowskim w XIX w.", należy do innego porządku badań, ale nie mniej fascynującego. Jest to kontynuacja cyklu listów do córki, zebranych pod tytułem "Okradzione miasto", wydanych w specjalnym żydowskim numerze Szkoły Nawigatorów. Razem tworzą ciekawą, bo analogiczną pointę do na pozór odległego rosyjskiego tematu. A mówią o smutnej choć niezwykle pouczającej historii ekonomicznych manipulacji w pod-katowickiej Czeladzi. Oba teksty zasługują na wspólny tytuł "Listy z okradzionego miasta". 
Takie to są studia i teksty rosjoznawcze, historyczne, ekonomiczne i politologiczne inspirowane i redagowane przez pierwszego "oszołoma" IV Rzeczypospolitej, pana Gabriel Maciejewskiego, powiedzmy pierwszego ex equo z panem Krzysztofem Osiejukiem. Nie mam słów, po prostu czyste "opętanie". 
Jednego tylko brakuje temu bardzo cennemu zbiorowi artykułów, mianowicie tekstu samego Gabriela Maciejewskiego.
 




*W reakcji na słowa przedstawiciela Filipin na temat sowieckiego, rosyjskiego wchłonięcia Polski i całej Europy Wschodniej po II wojnie światowej. 
** Pięść gen. Sosabowskiego w 1960 r., jak wiemy, nie mogła dosięgnąć celu, gdyż został on ulokowany przez możnych tego świata w fabryce silników elektrycznych jako robotnik magazynowy i pracował tam do 1962 r..