niedziela, 21 maja 2017

Jak biec jeszcze szybciej? cz. III. Fatima i św. Andrzej Bobola

Ich odpowiedź jest prosta, trzeba się zatrzymać, przestać biec, „stracić” czas na rachunek sumienia i na medytację, np. medytację dwu sztandarów, sztandaru Króla wiecznego i sztandaru władcy zła (wg Ćwiczeń duchowych św. Ignacego z Loyoli), a potem „stracić” czas na wspólną rodzinną wycieczką albo randkę małżeńską, potem dopiero na najnowsze wieści „z frontu”.
Uderzyła mnie ta bliskość tych dwu świąt: 100 rocznicy objawień fatimskich i święto św. Andrzeja Boboli. Niezdobyty klif eschatonu. Sprawy ostateczne. I razem niemal namacalne potwierdzenie słów Zbawcy: „Oto Ja jestem z wami aż do skończenia świata.” Bo przecież wszystko to poświadcza o Jego nie tylko wszechmocy, ale i wiernej, nieustającej obecności w naszej historii, o Jego nieustannym zniżaniu się w sprawy mieszkańców ziemi.
Kontekst historyczny objawień fatimskich naszkicowała nam niedawno Pink Panthera (http://rozowypanther.blogspot.com/2017/05/fatima-portugalia-krolobojcy-i-salazar.html). I jakież było nasze zdziwienie, kiedy odsłoniła przed nami tę sieć herezji i zdrady, jakie oplatały małych wizjonerów z Fatimy, ich rodziny i wszystkich wierzących w Chrystusa w Portugalii. Ten tępawy wójt gminy Fatima, w zasadzie masoński politruk i bandyta w roli urzędnika państwowego, który zarządza aresztowanie trójki „fanatycznych” dzieci. Ciekawe, że nie wsadza je do zakładu dla obłąkanych, jakby zapewne uczyniliby pozytywni liberałowie z wyższych sfer brytyjskich i republikańskich, ale od razu pakuje do aresztu, jakby zdawał sobie sprawę, że dzieci głoszą prawdę i to niebezpieczną prawdę, „podważającą podstawy ustroju”.
Wówczas Matki Bożej niestety nie udało się zaaresztować. Karzące ramię „sprawiedliwości społecznej” dosięgnie ją dopiero po trwającym ponad pół wieku pościgu, i to tylko w jej jasnogórskim wizerunku, kiedy to w czerwcu 1966 r. częstochowska Ikona zostanie zaaresztowana w czasie milenijnej peregrynacji opodal Fromborka na drodze do Nowego Dworu.
A gdyby tak zaaresztować Jej Boskiego Syna? Na przykład w Eucharystii? Nie, nie, to niemożliwe i niepożądane. Nowi zbawcy ludzkości popełniliby niewybaczalny błąd propagandowy, przyznaliby w ten sposób, że Najświętszy Sakrament to nie zabobon, ale realna obecność Syna Bożego, niewidzialna obecność w widzialnym znaku. Lepiej gnębić głosicieli katolickiego zacofania. Nawet od czasu do czasu zakatrupić któregoś, tak na postrach. Potem się powie, że sam był sobie winien, bo mógł nie przeginać z tymi swoimi obsesjami na punkcie ludzkiej godności i takich tam różnych dyrdymałów, i nie drażnić swoich morderców, w zasadzie uczciwych i lojalnych stróżów socjalistycznego porządku, tylko trochę nerwowych.
Pink Panther pisze również o mordzie prawego władcy Portugalii Karola I de Bragança i jego spadkobiercy. Wpisuje się on w zasadzie w kolejny etap uszczęśliwiania ludzkości metodą demokratyczną, etap polegający na wyzwalaniu uciśnionych europejczyków od tyranii katolickiego monarchizmu poprzez zamachy na życie głów panujących i ich dziedziców. Jest to albowiem jeden z całej serii zamachów przeciw rodom królewskim na przełomie XIX i XX wieku. Szczególy w tekście Pink Panthera.
Kiedy porównamy to historyczne sąsiedztwo objawień z Fatimy z wydarzeniami otaczającymi mord dokonany na św. Andrzeju Boboli, analogia staje się zadziwiająco wyraźna. Analogia to podobieństwo i różnica ujęte w jednej relacji, w jednej aczkolwiek złożonej. Dlatego po swoim aresztowaniu św. Łucja dos Santos wyraża gotowość podjęcia męczeństwa mocą wiary w Jezusa i Jego Niepokalanej Matki. Tak jak rodzeństwo Marto, św. Franciszek i św. Hiacynta, potwierdza swoją heroiczność. Tak jak jej dwoje kuzynów nie ustępuje wobec żądań wyparcia się całego orędzia objawień, żądań popartych groźbami, ponawianych przez fanatycznych przedstawicieli demokratycznej władzy. Trójka małych mistyków nie zostaje na szczęście zgładzona. Franciszek i Hiacynta umierają potem, ale wskutek choroby. Piękna Pani zapowiadam przecież, że rodzeństwo wkrótce zostanie wzięte do nieba. Jednak wolno nam domyślać się, że ta zapowiedź obejmuje również naturalne warunki, w jakich znajdą się dzieci: aresztowanie, więzienie, przesłuchania, cierpienia z nimi związane, nadwątlenie ich zdrowia, a potem epidemia grypy hiszpańskiej szalejąca w Portugalii, uśmiercająca również dorosłych. Łucja żyje i niesie dalej wezwanie do pokuty, ale cała trójka przechodzi swoją gehennę, którą można nazwać białym męczeństwem, mękę zgotowaną przez kolaborację osób sprawujących władzę w Fatimie z duchowymi mocami zła. I to jest właśnie to podobieństwo do krwawego męczeństwa św. Andrzeja Boboli. Różnica zawiera się, rzecz jasna, w tragicznej, krwawej i razem chwalebnej konkluzji zamykającej życia Apostoła Polesia.
Pamiętamy wszyscy o polskich, współczesnych męczennikach z Peru, o dwu franciszkanach, błogosławionych O. Michale Tomaszku i O. Zbigniewie Strzałkowskim, rozstrzelanych przez bandytów ze świetlistego szlaku. Ale za pewne niewielu z nas słyszało o znamiennym szczególe tego męczeństwa. Otóż kiedy zostali oni ujęci w domu, w którym mieszkali, kiedy O. Zbigniew schodził z piętra po schodach pilnowany przez jednego z oprychów, ów zobaczył lornetkę na szyi misjonarza, wskazał na nią i powiedział mu: „Nie będzie ci już potrzebna”. I zgadnijcie, mili państwo, co uczynił O. Zbigniew? Oddał mu ją bez wahania, bez słowa. „Jak baranek na rzeź prowadzony”. Zapewne nowy właściciel lornetki nie zdawał sobie sprawy jaką moc ma relikwia. Stała się ta lornetka albowiem prawdziwą relikwią, która paliła go aż do końca jego dni.
Zwykły grzesznik-choleryk, katolik niedzielny, niewiele wiem o męczeństwie. W obliczu przemocy najpierw szukam jakiegoś narzędzia, modlę się dopiero potem. Ale to jedno do mnie dociera: męczeństwo, faktyczne martyrium, świadectwo wiary złożone aż do przelania krwi z woli Najwyższego, nie jest owocem samodzielnej decyzji człowieka. Jest darem łaski. W zasadzie cudem. Wynika ono albowiem z cudownego przekroczenia naturalnej, i jak najbardziej pożądanej, niechęci do cierpienia. Cierpienie jest złem i można zgodzić się na nie tylko mocą szczególnego daru, mianowicie aktu poddania się złu tylko jako bramy do najwyższego dobra, jakim jest sam Bóg. Stąd ta wyjątkowa wolność wewnętrzna, niezawodnym znak martyrium. Bynajmniej nie dobre samopoczucie ani euforia, ale wolność wbrew upokorzeniu i cierpieniu, najpierw wewnętrznemu, które przychodzi wraz ze świadomością losu. Wyruszając w ostatnią swoją misję Św. Andrzej miał powiedzieć współbraciom: „Jadę na śmierć męczeńską” (Ks. Henryk Szuman i Ks. Jan Cyrankowski, Św. Andrzej Bobola, misjonarz i męczennik, prorok i patron Polski, Stargard, 1938, str. 9, http://www.dbc.wroc.pl/dlibra/docmetadata?id=2268&from=latest). Realizm i razem świadomość swojego powołania, powołania do świadectwa krwi. Wiedział, kim są nieprzyjaciele Rzeczypospolitej i że nie darują mu Ślubów lwowskich, które co najmniej zainspirował, jeśli nie napisał. Przyjął on bowiem za swoją misję rozgłaszania, iż, jak to zostało objawione innemu Jezuicie, O. Juliuszowi Mancinellemu, Matka Zbawiciela jest zarazem Królową Polski. Wiedział jaką nienawiść żywili do niego kozacy z racji przyczynienia się do licznych nawróceń prawosławnych, ich powrotu do Kościoła. Wiedział, czego spodziewać się po kozakach i że nie uniknie kaźni. A jednak odczytał to jako wezwanie i dar łaski z ręki Króla dziejów.
W Wieży Babel, jedynym teatralnym utworze Tomasza Mertona, amerykańskiego Trapisty, znajdujemy takie słowa: „Miasto człowieka, na ziemi, jest odwróconym odbiciem innego miasta. Co jest wiecznie i niezmienne stoi odbite w niespokojnych wodach czasu, i wiele wydarzeń naszej historii jest po prostu poruszeniami wody, które niszczą przemijający cień wieczności. My, którzy jesteśmy opętani ruchem, mierzymy znaczenie wydarzeń ich siłą burzenia naszego świata. Szukamy znaczenia tylko w kataklizmach, które zaciemniają obraz rzeczywistości. Ale wszystkie rzeczy przemijają, zaś obraz rzeczywistego miasta powraca, choćby nie było nikogo, kto mógłby go rozpoznać czy zrozumieć”. Nie całkiem możemy zgodzić się z mnichem poetą w kwestii owego „opętania ruchem”, ponieważ pojęcie ruchu w pierwszym dowodzie na istnienie Boga jest w zasadzie metaforą istnienia. Dla bytu rozumnego, zarówno absolutnego jak i stworzonego, jakim jest człowiek, ruch w sensie duchowym oznacza również akt woli. Wskazuje zatem na wolność. Akt martyrium jest zatem ruchem. Zgadzamy się, tylko jeśli ruch oznacza u Mertona chaos.
To co jest ważne dla mnie w tych kilku zdaniach, nawiązujących do augustyńskiego obrazu (De civitate Dei) konfliktu między Miastem Bożym (porządkiem łaski i prawa boskiego) a miastem człowieka (chaosem grzechu), to przeciwstawienie piękna (doskonałości) rzeczywistości wiecznej brzydocie zła, rzeczywistości przemijającej, choć jak na razie ciągle prześladującej nas. Przeciwstawienie, które ma również znaczenie polityczne. De civitate Dei św. Augustyna jaki i Wieża Babel Mertona są również traktami politycznymi. Mówią również o trosce o wspólne dobro. Analogia do świadectwa trojga portugalskich dzieci, świadectwa wzywającego do nawrócenie i pokuty, czyli powrotu do prawa wiecznego jest tu oczywista. Nadto nawrócenie i pokuta przynoszą owoce nie tylko w życiu osobistym, ale również w życiu publicznym. Podobnie misjonarstwo i męczeństwo św. Andrzeja Boboli jest przelaniem krwi nie tylko za wiarą, ale również za pokój między narodami i stabilność niepodległej. Pamiętamy również tę wypowiedź pana Maciejewskiego zatytułowaną Śledztwo w sprawie śmierci św. Andrzeja Boboli: https://www.youtube.com/watch?v=EaFL_nthsbE
Między wierszami mojego tekstu są również i treści ujęte w tej dedukcji historycznej. A między wierszami coryllusowej prelekcji kryje się natomiast tzw. cienka aluzja do innego augustyńskiego konceptu, gdzie mowa jest o władcach, którzy przez niewierność Bożemu prawu, stają się bandytami i tworzą bandy zbójeckie, czyli zorganizowane grupy przestępcze. Choć mówiąc dokładniej wypowiedź Coryllusa mówi o graczach politycznych i religijnych, którzy, zaprzedając duszę zakamuflowanym organizacjom polityczno-finansowym, stają się najemnikami zła.
Nie ma zatem pokoju bez oparcia życia publicznego na porządku łaski, prawie wiecznym i prawie naturalnym, w tym na prawie do własności i godziwego dostatku. I teraz wcale nie mam pewności, czy najpierw potrzeba wprowadzić łaskę i sprawiedliwość w życie własne, bo z pewnością trzeba, czy może najpierw lub jednocześnie w życiu publiczne. Tu trzeba skończyć. Jak na razie. Reszta jest … dyskusją.

niedziela, 14 maja 2017

Gawędka w obrazku: Nadchodzi nieuchronne starcie!






Zbliżam się powoli to stylistyki oszczędnej. Tak jak św.p. Niewolnik własnych genów raczej nie będę rysował, bo on był znakomitym architektem i miał fantastyczną wyobraźnię przestrzenną. Ja mam inne poczucie przestrzeni. Ale jego kreskówki, zwięzłe i niemal ascetyczne, są ciągle dla mnie niedoścignionym wzorem. 
Z Princess kebab nie mogę zrezygnować, bo nie znalazłem innej formuły dla aluzji do owych niezwykle interesujących enuncjacji w naszych mediach rewolucyjnych. Tutaj ów tytuł "Nadchodzi nieuchronne starcie" jest "cienką aluzją" do najnowszego wywiadu, jaki niezastąpiony koryfeusz postępu Cohn-Bendit, udzielił Gazecie Wyborczej ("Macron - Kaczyński: Nieuchronne starcie", 13-14 maja br.). W zasadzie mówi on tam o starciu Macron kontra Kaczyński i Orban. Dlatego pojawia się na moim rysunku również premier Węgier. Wyjaśniam, gdyby ktoś miał trudności z rozpoznaniem owych dwu panów w garniturach na moim rysunku. I uprzedzając wszelkie wątpliwości, dodaję, że słówko "Macaron", pisane przez dwa "a" (ksywka wściekławego pudelka z mojego rysunku), nie jest błędem, jest złośliwością zamierzoną. 
Jednocześnie ubolewam, że inaczej nie potrafię tego przedstawić. Bynajmniej nie żywię pogardy dla nieszczęsnego prezydenta Francji, p. Macrona, a raczej obejmuję go i jego małżonkę czułą modlitwą. Nieszczęsnego, bo fatalna rola, jaką ma spełnić wobec Francji i Europy, będzie mu wielkim moralnym brzemieniem w życiu doczesnym i wieczności.

poniedziałek, 8 maja 2017

Znowu coś dobrego, a nawet baaardzo dobrego: Korespondencja św. p. Zyty Gilowskiej z Krzysztofem Osiejukiem Toyahem i nadto … wciąż dostępna na rynku.

"Pana nową książkę JUŻ KUPIŁAM - tzn. czekam na odbiór. ... Będę wiernie kupować wszystkie Wasze książki - i Pan i Coryllusa (ależ to jest narwaniec) - dla siebie i moich najbliższych (syna i siostry). A Wy piszcie." (List 32, str. 146) Są to własne słowa p. Gilowskiej.
Kto ma pisać? Panowie Maciejewski i Osiejuk. Słyszycie to państwo? Dwóm największym „oszołomom-opętańcom” trzeciej, czy której tam RP, pani Zyta Gilowska robi promocję. I to jaką! Jedna z pierwszych dam polskiego Parlamentu, teraz już świętej pamięci, prawda o której jest w tej naszej RP nieco już zaciemniona, zostawia Maciejewskiemu Coryllusowi i Osiejukowi Toyahowi, nakaz-testament: „A Wy piszcie.” „A Wy piszcie...” Ciemny gwint! „A Wy piszcie ...”
„Wy” pisane dużą literą. Nic nie zmyśliłem. Lepszą recenzję (całego ich pisarstwa) trudno sobie
po prostu wyobrazić.
Skąd wzięty jest ten tekst? Z książki, której tytułu nawet nie muszę wymieniać, jest ona albowiem, najbardziej przemilczaną książką tej naszej RP.
A cisza o niej aż dzwoni w naszych umysłach.
Ale dla zadośćuczynienia wymogom rzetelnej informacji podaję tytuł: O samotnej wyspie, zapomnianej łodzi i oceanie bez kresu. Listy od Zyty Gilowskiej, Klinika języka, Szczęsne, 2016.
Ciągle dostępna w internetowej księgarni Baśń jak niedźwiedź w cenie niezwykle przystępnej jak na taki dokument historyczny.

 

W tym momencie uprzedzam, że zbanuję każdego pana lub panią, który-która zechce sugerować nawet, że p. Gilowska była już osobą chorą i nie wiedziała, co robi, albo że obaj panowie „opętańcy” omamili ją swoimi retorycznymi sztuczkami. Bo jest to po prostu bezczelne kłamstwo. Pani Gilowska była osobą o niezwykłej inteligencji i zmyśle krytycznym, nawet gdy dotknęło ją cierpienie.
Okazją do przypomnienia tej książki wydanej ledwie kilka miesięcy temu, jeszcze ciepłej, była lubelska konferencja z okazji pierwszej rocznicy śmierci p. Gilowskiej (KUL 24.04.br.), na której prezes Jarosław Kaczyński wygłosił swoje przemówienie wspominając ją jako „osobę o przekonaniach liberalnych i społecznej wrażliwości”.
Warto wysłuchać tę wypowiedź p. Kaczyńskiego: https://www.youtube.com/watch?v=0UuhCITHyo0
Warto, ponieważ p. Kaczyński stara się uczciwie oddać całą sprawiedliwość pani Zycie. Jest to ciekawa i długa wypowiedź. W pewnym momencie, prawie pod koniec, żeby odróżnić ją od twardych liberałów gdańskich, pan Kaczyński podkreśla jej zaangażowanie w politykę finansową na rzecz również najuboższych w naszej Ojczyźnie. Ponieważ chcę skupić się na wybranych fragmentach książki, nie będę cytował tych dwu czy trzech zdań. Chodzi mi o to, że konkluzją tych kilku słów jest opis pani Gilowskiej jako osoby o przekonaniach liberalnych i społecznej wrażliwości”. O wrażliwości i inteligencji pani Gilowskiej nie trzeba przekonywać tych, którzy przeczytali tę książkę. Pozostają tylko te jej „przekonania liberalne”. O nich w konkluzji tego tekstu. Najpierw o korespondencji i o książce.
Pani Gilowska była nie tylko osobą o wrażliwości społecznej. Miała również wrażliwość moralną, duchową, która łączyła się bezpośrednio z jej patriotyzmem i troską o sprawy publiczne. Widzimy to w tym samym 32-gim liście:
„Straszne były te przeczucia śp. Leszka Kaczyńskiego ('o ile będę żył ...'), do mnie też tak powiedział parokrotnie. Za każdym razem byłam zdumiona i zdziwiona i za każdym razem Go 'poprawiałam'. Po raz ostatni powiedział tak do mnie 19 lutego 2010. A potem ja – sama nie wiem, co mnie wtedy napadło – powiedziałam do niego 'trzymam kciuki'. Przez telefon. I to był piątek 09.04.2010 około 20:00. W przeddzień. No i teraz ja mam sporo niedobrych przeczuć.”
Wychodzi na to, że Ich trzeba wspominać razem, prezydenta Lecha i p. Zytę. Ludzie, którzy coś robią dla Polski, dla nas, nie mogą liczyć na długi żywot, albo muszą ostro grać i mieć szczęście.
Daj Boże!
Cześć Ich pamięci!
Książka, o której tu mowa, zawiera również wybór tekstów pana Osiejuka, które szczególnie podobały się pani Gilowskiej. Same tytuły mówią za siebie, mówią o tym polskim, inaczej tego nie umiem określić, właśnie o polskim realizmie pana Osiejuka. O ich doskonałej stylistyce nie będę tu pisał, bo i tak pan Osiejuk, przygada mi, że wazelinuję.
Szczerze? To mało powiedziane. Ja po prostu ociekam wazeliną, kiedy to czytam, a raczej spływa ze mnie i we mnie jakiś eliksir o słodko-cierpkim smaku i głębokiej bordo-purpurze najlepszego rocznika Burgunda.
Jakież to tytuły pani Gilowska wskazała, komentując je po prostu w korespondencji? Na przykład „O Polsce suwerennej i jej największych skarbach”. Jest w nim i atmosfera konferencyjnego spotkania w Katowicach Kaczyńskiego, Gilowskiej, sympatyków i działaczy PiS, i również długi cytat streszczający realistyczną „doktrynę” pani Gilowskiej, a między jego wierszami apologia polskiego kapitalizmu katolickiego. Jakiego? Ano ziemiańskiego, mili państwo, ziemiańskiego!
Inne tytuły: „Samotność długodystansowca”, „Walczymy w cierpieniu. Jest pięknie”, „O okręcie i włosach na głowie”, „Rok 2011”, „Gdy niebo milczy”, „O k...ach, idiotach i czarnym libido”, „Za co przyjdzie komu odpowiedzieć” ...
Starczy. Resztę przeczytajcie, mili państwo, sami. I nie zapomnijcie o ostatnim tekście „Wyspa” o tej tytułowej samotnej wyspie, zapomnianej łodzi i oceanie bez granic. Zamieszczenie tego tekstu jako konkluzji całej książki, to po prostu maestria kompozycji, i to kompozycji znaczeń, które budzą w nas myśli i uczucia głęboko zapadające w świadomość. 

Teraz obiecany komentarz do podkreślenia przez pana Kaczyńskiego „przekonań liberalnych” Zyty Gilowskiej. Jest to o tyle problem, że sama pani Zyta pisze w innym swym liście (44), odpowiadając na pytanie innego blogera o walkę między Kościołem a kapitalizmem, w następujący sposób: "Nie wiem, co to jest 'kapitalizm'. To jakaś propagandowa zbitka. Na pewno wrogiem Kościoła Powszechnego jest korporacjonizm, ale tenże przyjmuje postać państw!"
Zatem kapitalizm nie pokrywa się z liberalizmem. I to się zgadza. Gdy myślimy o ich znaczeniu ideologicznym, kapitalizm i liberalizm to prawie jedno i to samo, ale tylko wtedy. Są czymś innym, jeśli mówiąc o kapitalizmie mamy na myśli pracę i walkę (walkę o popyt i walkę z biurokracją) zmierzającą do zwiększenia zysku. Bo wówczas kapitalizm przestaje być doktryną. Liberalizm natomiast doktryną jest zawsze. Trudno mówić o Billu Gatesie czy o Davidzie Rockefellerze jako o liberałach, chociaż pewnie zawsze podkreślali oni pełną zgodę wobec doktryny liberalnej. Soros (mimo że jest bankierem i inwestorem), nadto Sachs i Balcerowicz, mimo że są wszyscy trzej w zasadzie marksistami (dokładniej trockistami, Soros z pewnością nim jest, Balcerowicz po okrągłym stole aspirował do trockizmu i udało się mu, podejrzewam, że również Sachs), jak najbardziej kojarzą się z doktryną liberalną, są oni albowiem doktrynerami. Są oni również inwestorami, ale raczej nie przedsiębiorcami, albowiem ich inwestycje są lokowane w przedsięwzięcia propagandowe, jeśli w finansowe, to w wielkiej skali zmierzają raczej do grabieży (FOZZ, schładzanie gospodarki) i zbankrutowania swoich rywali ideowych, względnie narodów zwasalizowanych, w celu udowodnienia „skuteczności” monetarnej wersji marksizmu, czyli torckizmu. W rezultacie jako hasło doktrynalne kapitalizm staje się zaprzeczeniem swoich zasad wyjściowych, zwłaszcza tzw. wolnego rynku, gdy wielki przedsiębiorca zdobywa protekcję państwową (biurokratyczną i bankową). Wtedy pojęcie kapitalizmu staje się zbitką propagandową, a może nawet zasłoną dymną dla faktycznych antyrynkowych praktyk. Zatem jako doktryna „kapitalizm” jest zbitką propagandową. I to się również zgadza. Co więcej, pokażcie mi państwo wolność owego rynku. Gdzie ona, do cholery, się chowa? W którym zakamarku? W której z najciemnejszych bram? Rynek jest. Owszem, być musi, z niego żyjemy. Ale jego prawidła czegoś tej wolności za dużo dać nie chcą. Zbitka propagandowa?
Ja wiem, że pan Kaczyński będzie się upierał i nawet będzie miał miażdżące argumenty. Bo ją lepiej znał ode mnie, szarego żuczka, żuczka mądrali. Bo ona, powie pan Kaczyński, zawsze miała na myśli rynek, a nawet wolny rynek. Ale panie Prezesie, o rynku myślą nie koniecznie doktrynerzy. O nim intensywnej i realistyczniej myślą praktycy. A sam pan złożył świadectwo o niezwykłej sprawności pani Gilowskiej w zarządzaniu finansami. Mieliście przecież nadwyżkę. I ja się z tego cieszę ogromnie. Pokazuje to albowiem nie tylko pana umiejętność w doborze sojuszników, ale również to, że pani Gilowska była realistką i praktykiem, a nawet przedsiębiorcą, rządowym, ale w pełnym wymiarze. Nie była doktrynerką.
Stąd docenienie z jej strony i sympatia dla dwu antydoktrynerów wyżej wymienionych, niesłusznie okrzykniętych „opętańcami” przez znanego nam wszystkim publicystę doktrynera. Nazwanych tak i zniesławionych, dlatego, że podnosząc bluźnierczą rękę na doktrynę (endecką i socjalistyczną) pokrzyżowali szyki układowi propagandowemu, który niestety bardzo głęboko wpisał się w media deklarujące poparcie dla dobrej zmiany. Być może było to czymś nieuniknionym.