wtorek, 27 czerwca 2017

W „moim” magazynie cz. I: Radiowe debaty "Rzeczpospolita Trzecia i Pół" (Radio Opole, 01.05.2017, 15.06.2017)

Moim” w cudzysłowie, ponieważ sam „magazyn” jest metaforyczny, czyli w cudzysłowie, ale już nie chciałem mnożyć cudzysłowów. Zatem nie jest tak naprawdę ten „magazyn” moją własnością, ani nie jest konkretnym magazynem/hurtownią, bo jest on po prostu moim zaściankiem, czyli są to ludzie, z którymi spotykam się często. Jest mój, ponieważ mam ten przywilej, że uczestniczę w życiu „mojej okolicy” (okolica inaczej po staropolsku zaścianek).
William Faulkner, piewca amerykańskiego południa, ekscentryk, alkoholik i mitoman, razem żarliwy czytelnik sienkiewiczowskiej Trylogii i niestety noblista, mówił o swoim południowoamerykańskim zaścianku, zmarginalizowanym i świadomie zniszczonym po wojnie secesyjnej przez senatorów i kongresmanów zwycięskiej północy, że jest jego hrabstwo Yoknapatawpha (Jonapatała – literacka kopia faktycznego hrabstwa Oxford w stanie Mississippi) gdzieś na uboczu, jest czymś marginalnym, lecz razem jest ono kamieniem węgielnym całego świata, bez niego runąłby cały kosmos.
Kilka razy zamieściłem na blogu Coryllusa filmy ze spotkań, z walnym uczestnictwem tej okolicy, które odbyły się w auli kowalczykowskiej, tzw. starej auli Uniwersytetu Opolskiego. Patrząc wstecz, od spotkania z maja 2016 z Ks. prof. Tadeuszem Guzem, na temat reformacji w I Rzeczypospolitej, naliczyłem ich pięć, pięć, który linkowałem u Coryllusa i innych blogerów. Czyli, oprócz wyżej wymienionego, dwa spotkania z panem Osiejukiem na temat jego dwu książek: 39 wypraw na 9 krąg i książki na kanwie jego korespondencji z panią Gilowską, jedno spotkanie z panem Maciejewskim nt. jego książki Kredyt i wojna, Blogerów debata prezydencka w czasie kampanii prezydenckiej z udziałem panów Krzysztofa Osiejuka Toyaha (http://toyah1.blogspot.com), Gabriela Maciejewskiego Coryllusa (https://coryllus.pl), Andrzeja Krzysztofskiego Dr Walla i Jacka Bezega, opolskiego weterana Pierwszej Solidarności jak również blogera (http://jacekbezeg.pl).
Teraz chcę zarekomendować państwu cykl audycji z Radia Opole nazwany Rzeczpospolita trzecia i pół przez ich animatora, pana Bolesława Bezega, historyka, dziennikarza i harcmistrza, syna wyżej wymienionego Jacka, cykl, który z racji nie posiadania owego „mojego magazynu”, zaliczam właśnie do niego. Cykl znakomity, który słucha się świetnie, biorą w nim albowiem udział ludzie doskonale władający mową polską, a przede wszystkim, którzy wiedzą, co chcą powiedzieć i nadto wiedzą, gdzie zmierzają i gdzie zmierza nasza Rzeczypospolita.
 Tu podaję link to najnowszej audycji tego cyklu: http://radio.opole.pl/409,15,rzeczpospolita-trzecia-i-pol-debata-z-15-czerwca&sp=1
Pod nagraniem i streszczeniem tej debaty znajdziecie państwo poprzednie, również tej z maja br.
Mógłbym na tym zakończyć, ale nie byłbym sobą, gdybym powściągnął mój język plotkarski. Muszę albowiem podzielić się z państwem moją lokalną radością, że wreszcie opolskie audycje pana Bezega są archiwizowane. Przeprowadził on już setki, jeśli nie tysiące, rozmów i debat radiowych, jak np. z panem Jarosławem Kaczyńskim, z panem Leszkiem Żebrowskim, z panem Grzegorzem Braunem, z Ks. Małkowskim, z panem Wojciechem Sumlińskim, z panem Jackiem Korabitą Kowalskim, z panem Maciejem Świrskim, z Coryllusem, z Toyahem, które niestety zapadły w czeluści niebytu, czyli nie zostały zarchiwizowane, a przynajmniej są one trudne do odtworzenia. I teraz po wieloletnim szlifowaniu i udoskonalaniu swego rzemiosła dziennikarskiego, jest on bowiem dziennikarzem wiernym swojej misji (również wydawcą pisma Historia lokalna), jego audycje będą dostępne na stronie Radia Opole, przynajmniej przez jakiś czas. Na wszelki wypadek trzeba korzystać, póki są.
Nie mogę też powstrzymać się od wyrażenie swojej radości, że w audycjach pana Bezega, kluczową rolę odgrywają dwaj szlagoni z naszego opolskiego zaścianka, aktywni uczestnicy spotkań w „moim magazynie”, czyli w auli kowalczykowskiej, zresztą tak jak i obaj Bezegowie, junior i senior: obaj weterani Pierwszej Solidarności, pan Jerzy Łysiak, obecnie prezes Opolskiego Stowarzyszenia Pamięci Narodowej, i pan Antoni Klusik, również tworzący ów OSPN, zresztą wraz z p. Jackiem Bezegiem, który w audycjach tych nie występuje, należy domyślać się, że ze względu na bliskie więzy krwi z prowadzącym je. Tu link to strony OSPN: http://www.ospn.opole.pl
Należy w tym miejscu przypomnieć, że trzej owi starsi panowie, wraz z czwartym wtedy aktywnym w OSPN, Wojciechem Ukleją, rzucili rękawicą w połyskliwy pysk gazowni, czyli nazwali spółkę Agorę i jej media po imieniu. Jak to było? Ano tak: „Trzeba chyba opowiedzieć historię od początku. Brat Antoniego, mieszkaniec Opola i obrońca krzyża w Warszawie Jan Klusik został w nocy z 14 na 15 sierpnia ub.r. (2010) kopnięty w klatkę piersiową przez napastnika, gdy bronił kobietę przed atakiem. Miał potem pęknięte żebro i problem z oddychaniem. Zmarł nagle 25 września. Miesiąc później przeprowadzono ekshumację ciała Jana Klusika podejrzewając, że śmierć jego była wynikiem tamtego uderzenia. W opolskim dodatku do Gazety Wyborczej Joanna Pszon napisała (11.10.2010): ‘Środowiska skrajnej prawicy wespół z PiS próbują zbić kapitał polityczny na śmierci Jana Klusika, dawnego opozycjonisty z Opola. (...) Przedstawiają go jako męczennika - obrońcę krzyża, którego śmierć ma obciążyć rządzących w Polsce.’ 11 października podczas konferencji prasowej w Opolu(zorganizowanej wraz z pozostałymi udziałowcami OSPN – przyp. Magazynier) brat zmarłego, Antoni Klusik pod wpływem słów Joanny Pszon nazwał Gazetę Wyborczą ‘ORGANIZACJĄ PRZESTĘPCZĄ, WROGĄ NASZEJ CYWILIZACJI’ (duże litery moje). (…) Antoni Klusik powiedział Naszemu Dziennikowi, że był porażony, gdy przeczytał w internecie artykuł Gazety Wyborczej. Potraktował to jako obelgę. Dzisiaj wspomniał krótko o wydarzeniach przed Pałacem Prezydenckim twierdząc, że miał wtedy do czynienia nie z dziennikarzami, lecz z napastnikami: "Na przykład kiedy trwała modlitwa, nagle zjawiały się dwie kamery i dwa sprzęty oświetleniowe. I nic nie włączają, tylko stoją w gotowości. Nagle jak na klaśnięcie rozpoczyna się z tyłu za nami istna hucpa. Tańce i krzyki. Włączają wtedy 'owi dziennikarze' pełne światła na nas i na tę hałaśliwą grupę. Robią sobie żarty, scenki. Czy to są dziennikarze?" Swą wypowiedź kończy Antoni Klusik tak: "To element bolszewizmu, który teraz jest przekształcony, ale istota jest taka sama jak strzelanie w tył głowy. Nawet we wszczynaniu procesów jak ten celem jest wzbudzenie strachu. Chodzi o to, żeby ludzie zaczęli się bać.http://zygmuntbialas.salon24.pl/284173,spolka-agora-wytoczyla-proces-antoniemu-klusikowi
W dyskusji pod tym rzetelnym i zwięzłym tekstem znajdziemy takie komentarze:
... nazwał Gazetę Wyborczą ‘ORGANIZACJĄ PRZESTĘPCZĄ, WROGĄ NASZEJ CYWILIZACJI’ (duże litery moje) Jak powiedzial to przed kamerami i jest zapis, to dyskusja zbedna. Niech szykuje pieniadze na ogloszenie zprzeprosinami i te 5 tysiecy na cele charytatywne. Przegra jak amen w pacierzu”
- Joanna Pszon miała świętą rację. - P. Antoni Klusik wyciągnął fałszywy wniosek z pobłażliwości władz państwowych względem osób, naruszających porządek publiczny pod Pałacem Prezydenckim - zapomniał, że Agora to firma prywatna, która nie pozwoli na publiczne oszczerstwa pod swoim adresem. ”
Tu chodzi o śmierć człowieka. Nie sadzę, żeby jakiś sąd stanął po stronie tego bydła. Ekipy się zmieniają a papiery zostają ukłony ”
Jeszcze takich nie było (chyba), którzy by wygrali z Gazetą Wyborczą.”
Nie znam spraw, które by GW przegrała; tylko raz częściowo: nie udało się im wydębić od IPN 50 tys. zł. Pocieszam się, że takie sądzenie się nie przyniesie GW sławy i nakład będzie nadal lądował w dół. ”
No i zgadanijcie, mili państwo, kto miał rację? Tak właśnie. Najbliżej prawdy był ów bloger, który podkreślił, że chodzi tu o śmierć człowieka i żaden sąd nie stanie po stronie „tego bydła”.
Choć niestety to nie śmierć pana Jana Klusika, starszego brata Antoniego, zadecydowała o ostatecznym wyroku, ale raczej umiejętne sformułowanie linii obrony przez doświadczonego prawnika, panią Alicję Nabzdyk, postać znaną w opolskim środowisku patriotycznym i solidarnościowym, obrońcę pana Klusika w tym procesie, która oparła obronę na koncepcji cywilizacji prof. Konecznego, czym nadała owej krytyce Gw ze strony pana Klusika jako organizacji wrogiej naszej cywilizacji precyzję i siłę. Wyrok I Instancji był również wynikiem szermierki na argumenty w wykonaniu pana Antoniego: „Wprawdzie Sąd Okręgowy w Opolu skazał działacza Opolskiego Stowarzyszenia Pamięci Narodowej, na publikację przeprosin w lokalnych mediach, ale Sąd Apelacyjny tylko w przypadku pierwszego z tych określeń podtrzymał orzeczenie I instancji, pisze Nasz Dziennik. ‘Zgodnie z wyrokiem można będzie mówić, że to pismo jest wrogie naszej cywilizacji, twierdzi Klusik. I zaznacza, że walka o wolność dotyczy także swobody wypowiedzi.’ Dobrze, że sąd zauważył, że mamy prawo nazwać siebie, iż reprezentujemy inną cywilizację niż Wyborcza’, dodaje.
(http://www.polskieradio.pl/5/3/Artykul/501609,Gazeta-Wyborcza-wrogiem-naszej-cywilizacji)
No więc pan Antoni „Wołodyjo-Zagłoba” - „Wołodyjo-Zagłoba”, Wołodyjo, bo zna timing szermierczy; Zagłoba, bo jego, jak zobaczynie mili państwo zaraz, fortele trafiają głęboko w duszę adwersarza - no więc pan Antoni ostatecznie wygrał ten proces. Bo jakże inaczej można by opisać ten werdykt wydany w obliczu dysproporcji między molochem Agory z jednej strony a rencistą z drugiej? Pan Antoni wraz z panią Alicją, jego obrońcą, i całym OSPN może odtąd wziąć słowa imć Onufrego: „Jam ci to sprawił!”, jako swoje. A dokonał tego odparowaniem cięcia nyżkiem ze strony adwersarza – cięcie nyżkiem jest niemal niemożliwe do odbicia, jest albowiem cięciem poniżej pasa z dołu – niemal z jednoczesnym, swoim, cięciem w zerk, w twarz przeciwnika. Szabla w jego prawicy paruję cios poniżej pasa i zaraz tnie prawą skroń przeciwnika, co oznacza, że albo tnie tylnym ostrzem pióra (ostrej części głowni) albo po odparowaniu szabla śmiga wzwyż, ale podstępnie po lewej stronie pana Michała-Onufrego, który wygina nadgarstek i tnie przednim ostrzem. Innymi słowy należałoby nazwać ten fortel podniesieniem przyłbicy, co ważne, swojej i adwersarza.
A było to tak: „Sądzie Rejonowym Warszawa-Śródmieście nastąpiła kolejna odsłona wytoczonej 3 marca br. sprawy o ochronę dóbr osobistych. Przesłuchano Niemczyckiego, szefa Agory, wydawcy "GW". Odbyło się to z nikłym udziałem publiczności. Zdaniem prawników, niewykluczone, że przedstawiciele Agory chcieli uniknąć rozgłosu w związku z tym, że 7 lipca zbliża się termin innej rozprawy - również o ochronę dóbr osobistych - wytoczonej tym razem poecie Jarosławowi Markowi Rymkiewiczowi. Mecenas Alicja Nabzdyk, pełnomocnik Klusika, przypuszcza, że świadomie wybrano do wczorajszego przesłuchania III Wydział Rodzinny i Nieletnich. - Jutro będzie rozprawa Agory przeciwko panu Rymkiewiczowi. Jest już takie jej nagłośnienie medialne, że prawdopodobnie stwierdzili, że przesłuchanie w sądzie rodzinnym będzie bardziej kameralne. To nietypowe postępowanie - zauważa mec. Nabzdyk.
Na przesłuchanie stawił się jednak Klusik, który chciał zadać Niemczyckiemu kilka pytań, co - jak się okazało - nie było łatwe. - W naszym pozwie chodzi o to, żeby dowieść, iż jest nieprawdą i nie ma dowodów, aby pozwany używał takich stwierdzeń - mówił sędziom Niemczycki. Klusik chciał się dowiedzieć m.in., dlaczego został pozwany przez spółkę Agora, skoro jego wypowiedź o "organizacji przestępczej" dotyczyła "Gazety Wyborczej". - Czy jest pan współwłaścicielem spółki? - spytał Klusik. - Tak, jestem akcjonariuszem, posiadam udziały - odpowiedział Niemczycki. - Czy pana celem jako współwłaściciela jest zarabianie pieniędzy? - ponownie spytał działacz OSPN. Sędzia sądu rejonowego Ewa Soból-Ganiec oddaliła to pytanie jako niemające związku ze sprawą, argumentując, że stroną powodową jest osoba prawna - spółka, a nie fizyczna - Niemczycki. Klusik nie ustępował. - Sąd ogranicza moje prawa do zadawania pytań. Czy celem spółki jest zarabianie pieniędzy? - zapytał ostatecznie pozwany. Niemczycki odpowiedział twierdząco. - Tak. Celem jest rozwój spółki, zagwarantowanie niezależności mediów, które posiadamy, gdyż ich finansowanie przez partie lub organizacje religijne powoduje, że stają się w sposób pośredni lub bezpośredni zależne - oznajmił szef Agory. - Czy celem spółki jest propagowanie pewnych idei? - kontynuował przesłuchanie Klusik. Sędzia ponownie uchyliła jego pytanie. - Czy celem spółki jest przekonanie o swoich racjach? Pragnę zaznaczyć, że w pozwie strony powodowej zarzuca się, iż nazwałem "GW" "organizacją przestępczą". Skoro sąd uchyla to pytanie, jest stronniczy - ocenił Klusik. Sędzia uznała, że to ostatnie może należeć do jego prywatnej opinii. Klusik zwrócił uwagę Niemczyckiemu, że jego słowa dotyczące działalności gazety powinny być raczej przedmiotem publicznej debaty, a nie rozprawy sądowej wytoczonej przez olbrzymi koncern medialny zwykłemu skromnemu człowiekowi, który stanął w obronie godności własnej rodziny. - Czy jest pan w stanie dostrzec biednego rencistę z Opola? Uważam, że celem procesu jest ograniczenie wolności słowa. Celem spółki jest niszczenie przeciwników ideowych i politycznych. Czy panu nie jest wstyd? - mówił. Sędzia ponownie uchyliła zadane przez Klusika pytania.
Niemczycki zdecydował się w końcu zabrać głos. Wskazał, że darzy szacunkiem "wspólną" w okresie komunistycznym opozycyjną "przeszłość z pozwanym". - Mniemam, że chodziło nam wówczas o to samo. Widać obecnie, że różnimy się światopoglądowo. Pozwany powiedział, że jesteśmy "organizacją przestępczą", co w mojej ocenie nie ma nic wspólnego z debatą publiczną. Skoro kogoś się tak określa, trzeba mieć na to dowody - stwierdził szef Agory.
Sędzia przystąpiła ostatecznie do odczytania protokołu z przesłuchania Niemczyckiego, w którym ten ostatni zeznał, iż celem każdego medium "jest niezależność i wiarygodność". "Wypowiedź nazywająca spółkę "organizacją przestępczą" ewidentnie narusza nasze dobra osobiste" - czytała sędzia. Jak wynikało z protokołu, szef Agory tłumaczył, że takie publiczne oświadczenie Klusika naraża spółkę na utratę wiarygodności, ponieważ dowiadują się o tym następnie udziałowcy i reklamodawcy, "którzy nie chcą mieć nic wspólnego z organizacją przestępczą". Niemczycki podkreślał również, że pełnomocnicy spółki chcieli załatwić sprawę polubownie, aby Klusik przeprosił za swoje słowa w środkach masowego przekazu. To ostatnie stwierdzenie wywołało zdziwienie pozwanego. - Agora wysłała propozycje ugody, ale warunkiem było zapłacenie 5 tys. złotych - zauważył Klusik.” (http://213.218.120.117/artykuly.php?id=112743)

Nie wiem, jak sądzicie wy, ale mnie się zdaje, że te proste słowa: „czy nie jest panu wstyd?”, były cięciem kończącym sprawę. Pan Antoni swoją słabość obrócił w siłę. Jak się zdaje jego tym, co nadało moc jego świadectwu obywatelskiego sumienia, było również „polityczne” uchylenie przez panią Sędzię jego ostatecznego pytania do pana Niemczyckiego .
Teraz możemy posłuchać pana Antoniego, również pana Łysiaka „Kmicico-Czarnieckiego” na żywo w audycjach Rzeczpospolita trzecia i pół. I nie tylko. Piszę o panu Jerzym, że Kmicico-Czarniecki, bo horyzonty, konstatuję to bez żadnej ironii, miewa hetmańskie a wąsik jędrusiowy. W pierwszej debacie styczniowej możemy posłuchać pana Arkadiusza Karbowiaka opolskiego inicjatora narodowego Święta Żołnierzy Niezłomnych i współorganizatora stołecznego Muzeum Niezłomnych. Możemy nadto nałożyć tembr głos pana Antoniego na słowa cytowane powyżej z Naszego Dziennika. I delektować się oną sztuką szermierczą.
Dla zachęty kilka fragmentów z debaty majowej, w których pan Jerzy gestem niemal hetmańskim kreśli strategiczne horyzonty, zaś pan Antoni tłumaczy jak je wypełnić konkretem fechtunku. Prowadzący pyta się o sytuację w jakiej PiS dziś sprawuje władzę. Pan Jerzy odpowiada: „Chciałem przypomnieć, że my nie jesteśmy samotną wyspą. Przecież ta sytuacja krajowa, ta walka, ta obrona stołków, nazwijmy to po imieniu, ze strony tych przegranych, jest nałożona na sytuację w Europie, kiedyś my tak myśleliśmy, a teraz przecież widać, że światową. Bo przecież była sytuacja całkiem podobna w Stanach Zjednoczonych. Do których, gdzie tam nam się porównywać, a przecież sytuacja była całkowicie analogiczna i podobna. Tutaj mówi się po prostu w ten sposób, że jeżdżą ci targowiczanie i sprzedają Polskę. A to nawet nie o to chodzi. Bo przecież jest naturalną rzeczą, że tamci mają dokładnie te same interesy. Ci Europejczycy, te wszystkie Timmermanse i inni mają dokładnie te same interesy, co ci nasi chłopcy, przeciwnicy nasi w Polsce. Więc tu chciałem powiedzieć taką rzecz, bardzo ważną. Ja sobie uświadomiłem bardzo mocno wtedy, gdy czytałem wywiad w Gościu niedzielnym z Jarosławem Kaczyńskim na temat stosunku PiSu do przerywania ciąży i do tej całej debaty. Uświadomiłem sobie to bardzo mocno, że w skład odpowiedzialności PiSu wchodzi, paradoks, taki element, żeby nie utracić władzy. Bo przecież jeśli się utraci władzę, utraci się wszystko. WSZYSTKO! Więc ta ostrożność, ta odpowiedzialność za to, żeby nie utracić władzy, dla kogoś, kto nie praktykował polityki na takim szczeblu, jest kompletnie niezrozumiałym. Nawet nie bardzo wiadomo, o co tu może chodzić.” W słowo wchodzi tu pan Antoni: „W końcu mamy demokrację. To nie żadne nieszczęście zdobyć władzę.” Odpowiada pan Jerzy: „Żadne nieszczęście, bo to jest odpowiedzialność największa. Bo jak się utraci władzę, to wszystko się traci, wszystko przestaje mieć sens”. Znowu Antoni: „To tak jest w tej sytuacji, Jurek. W sytuacji, która jest teraz, bo się tak zaogniło na całym świecie. Ktoś powiedział i sądzę, że słusznie, że jest właściwie tylko jedna wojna. Wojna między szatanem a Bogiem. Ja wiem, że tu można w jakieś niedobre rzeczy wpaść, ale w końcu, gdyby politycy tak wrzeszczeli, to ludzie może by im nie wierzyli, ale my nie jesteśmy politykami, patrzymy z tyłu i tak to odbieramy.Atoli starsi panowie dwaj ani nie są ani politykami ani nawet adwokatami PiSu, albowiem kiedy pan Jerzy mówi o odpowiedzialności pani Kopacz i jej ekipy za kłamstwo smoleńskie i rządowym zamierzonym zaniechaniu egzekucji prawa wobec przestępców „smoleńskich”, pan Antoni wchodzi mu w słowo i mówi: „Być może to nie jest zamierzone, ale wynika to z tzw. mechaniki walki politycznej. To tak troszeczkę jak na polu walki. To można zrozumieć. Że na przykład tym prawym skrzydłem nie uderzymy, bo za dużo … albo lewym … albo coś takiego. To jest jakoś tam wytłumaczalne, ale tego jest trochę za dużo”, uśmiecha się uroczo pan Antoni. „Za dużo tej ostrożności procesowej?”, konkretyzuje pan Bezeg. „Tak, tak, za dużo ostrożności procesowej”, potwierdza pan Antoni. „To są zaniechania”, wtrąca się pan Jerzy. „Można to nazwać zaniechaniem walki”, dopowiada Antoni, „kiedy się ponosi klęskę, ale kiedy się zwycięża, to są koszty zwycięstwa, czy jakieś tam.”
Nie ma już tu miejsca na dalsze cytaty, dość że dopowiem, że z dalszej dyskusji wynika, że według obu panów, te tzw. „koszty zwycięstwa” można i należy zminimalizować. Winą PiSu jest zaniechanie optymalizacji onych kosztów. Na czym ma polegać owa optymalizacja, trzeba dosłuchać samemu.

piątek, 23 czerwca 2017

Komisja Edukacji Narodowej, Hugo Kołłątaj i Stanisław Staszic. Czyli fizjokracja na dwu skibach. Cz. II


(Tekst opublikowany w Szkole Nawigatorów, kwartalniku Kliniki Języka, wydanie poświęcone sprawom polskim)
Podkreślić należy fakt, iż KEN została powołana na życzenie Stackelberga. Oraz to, że polskie opracowania historyczne, od Staszica po Konecznego, opisują KEN jako jedyny pozytywny owoc owej katastrofy dziejowej, wielkie szczęście w ogromnym nieszczęściu, zbawienie narodu, które wydobyło Polskę z zapaści sarmackiej i jezuickiego obskurantyzmu. Żeby zrozumieć naturę tego przedsięwzięcia należy naszkicować sytuację, w której Komisja weszła na areną historii. Sejm rozbiorowy zwołany został na 19 kwietnia 1773 r. Zaś 10 sierpnia tego roku w Polsce została ogłoszona kasata Jezuitów, o możliwości której zapewne zaufani z różnych zakątków Europy donosili zainteresowanym, być może nawet z samej Stolicy Apostolskiej. 14 października 1773 r. powołano na wniosek Stackelberga Komisję Edukacji Narodowej, która jako pierwsza w Europie, jeśli nie w świecie, centralna, państwowa instytucja edukacyjna, miała przejąć majątek rozwiązanego zakonu. Na drodze tym intencjom stanęły zabiegi sejmowego marszałka Adama Ponińskiego, sowicie opłacanego przez kolejnych ambasadorów rosyjskich, który dążył do uchwalenia tzw. emfiteuzy, sprzedaży dóbr pojezuickich szlachcie rodowej „z obowiązkiem wnoszenia do skarbu państwa przewidzianej sumy od dochodu”.1 „Wobec niepowodzenia tej koncepcji (...) Poniński usiłował nie dopuścić do powstania organu, który stałby się spadkobiercą substancji pojezuickiej, tj. KEN. Gdy 14 października 1773 uchwalono jej ustawę konstytucyjną, marszałek zdołał odwlec przejęcie przez Komisję pojezuickiego majątku do czasu jego dokładnego zlustrowania.”2
Zabiegi te miały na celu stworzenia dogodnej sytuacji do rabunku pojezuickiego mienia. Co ciekawe Stackelberg nie interweniował, mimo iż Komisja Edukacji Narodowej była jego dzieckiem. Dał Ponińskiemu wolną rękę. Najwyraźniej był on spokojny o jej dalszy los. Zatem słynny ambasador podchodził do sprawy polskiej „profesjonalnie” i gotów był przyglądać się z ukontentowaniem, jak jego „dzieci” sekują się wzajemnie, zarazem grzebiąc Rzeczpospolitą w mroku intryg. Po to wydawał owe „dzieci” na świat.
Komisje administracyjne sejmu rozbiorowego (edukacyjna i lustracyjna, następnie rozdawnicza, litewska i koronna) posłużyły jako rabusie i paserzy upłynniający mienie pojezuickie. Ambroise Jobert, francuski historyk, autorytet w sprawia KEN, pisze w pierwszej kolejności o spontanicznym skoku tłumu chciwców na majątek jezuicki przez:
Marszałkowie konfederacji mieli wyznaczyć lustratorów; Adam Poniński postarał się jak najszybciej wykorzystać tę prerogatywę. (…) Jedynie inwentarz pozwoliłby poznać wielkość dóbr pozostałych po zakonie. Massalski (inny człowiek Stackelberga, Biskup wileński, gorący orędownik KEN, wkrótce jej pierwszy przewodniczący i beneficjent – W. G.), czy ludzie z jego otoczenia, mówili nawet o dziewięciu milionach złp dochodu. Lustratorowie prowadzili dalej w sposób zorganizowany rabunek (…) wierzyciele Towarzystwa, spadkobiercy jego dobroczyńców, tysiące osób, zgłaszających mniej lub bardziej uzasadnione pretensje, rzuciły się na dobra, położyły rękę na zbiorach.3
W owym czasie los samych Ojców Jezuitów był opłakany, kilka miesięcy biedy. Oburzony Nuncjusz Apostolski, Giuseppe Garampi skarżył się Papieżowi na skorumpowanych polskich biskupów. Bliski był odkrycia, iż w istocie są oni karierowiczami wprowadzonymi w hierarchię Kościoła dla zabezpieczenia interesów magnackich środowisk. Nazywał Polakównarodem bezprzykładnym”.4 Lustratorowie formalnie podlegali Komisji Edukacji Narodowej, ale Poniński podporządkował ich sobie. Ogromne pieniądze rozchodziły się do prywatnych kieszeni wysokich urzędników komisji rozdawniczej. Marszałek Poniński zagarnął 200 000 złp, Biskup poznański Młodziejowski 300 000, Woroniecki 400 000, wojewoda kaliski Twardowski 450 000, książę Lubomirski 535 000, August Sułkowski, tak jak Poniński i Massalski protegowany Stackelberga, 237 000.5 Król Staś również otrzymywał podarki z tej puli. Wartość mienia Jezuitów, zarówno formalnie wykupionego jak i rozgrabionego po kasacie, szacuje się na 32 mln złp,6 co dziś w przybliżeniu równa się ok. 1 mld euro.7
Kasa samej Komisji była w tym okresie dość skromnie uposażona, ale Ignacy Massalski, pierwszy przewodniczący KEN do 1776, był jednocześnie administratorem kasy wileńskiej, ściągającej mienie pojezuickie na Litwie.8. Na upłynnienia jezuickich naczyń liturgicznych zyskał 600 000 złp. 300 000 natomiast przywłaszczył sobie z „funduszy przeznaczonych na edukację”.9 Jako instytucja, KEN musiała zadowolić się jakimiś resztkami. Massalski ponawiał skargi. Jej oficjalne wpływy w latach 1773-1776 wynosiły tylko 1 852 420 zł.10 Podczas, gdy realne dochody ze szkół pojezuickich wynosiły 3 mln rocznie. Porządki w finansach KEN, jakie zaczęto wprowadzać wraz ze zwołaniem nowego sejmu w 1776, wykazały złodziejstwa lub, biorąc pod uwagę ówczesny stan moralności publicznej, nonszalancję Massalskiego. Zaciągał on w niej wysokie pożyczki, których nie zwracał. Natomiast braki w zarządzanej przez niego kasie wileńskiej wynosiły 51 939 złp. Z tych i innych przyczyn Massalski musiał ustąpić i zwrócić, na zasadzie ugody, część przywłaszczonych środków. Trzeba mu oddać jednak to, że, jak pisze Jobert, „choć bardzo niechętnie, spłacał długi”.11 Powszechna juma zakończyła się wraz z zamknięciem sejmu. Po rozliczeniu z działalności pierwszego okresu i objęciu przewodniczenia przez Biskupa Michała Poniatowskiego, według Joberta, KEN mogła „pracować spokojnie”.12
Oznaczało to powrót do założeń Stackelberga, które w słynnym przemówieniu z 8 lutego 1773 r., jako jego zaufany, wygłosił sam Ignacy Massalski, wskazując na braki w wykształceniu narodu jako główną przyczynę rozbiorów, doradzając królowi kompromis z zaborcami i pouczając posłów o konieczności konstytucji „opartej na porządku natury, niezmiennym jak ona”, która „zapewni wszystkim Polakom własność ziemi”.13 „Załóż, Wasza Królewska Mość, nowe królestwo”, wzywał Massalski, „pamiętne na zawsze i przedmiot pragnień rodzaju ludzkiego, na prawach wiecznych i niezmiennych!”14
Skoro tak prawił kapłan Pański, spadkobierca Apostołów, jakżeby inaczej mógł czynić król, Boży Pomazaniec, dziedzic Piastów i Jagiellonów. „Prawa wieczne i niezmienne” mogły być tylko świętym lex divinae, Boskim Prawem. Być może tylko wtajemniczeni, łącznie z samym Stanisławem Augustem, zwrócili uwagę na słowa poprzedzające owo wezwanie: „porządek natury” i „własność ziemi”. Ale czyż porządek natury nie wynika z prawa Bożego? Czyż Stwórca nie dał swym dzieciom ziemi na własność?
1. Zofia Zielińska, „Adam Poniński h. Łodzia”, w: Internetowy Polski Słownik Biograficzny, http://ipsb.nina.gov.pl/index.php/a/adam-poninski-h-lodzia.
2. Ibid.
3. Ambroise Jobert, Komisja Edukacji Narodowej w Polsce (1773-17794), tłum. Mirosława Chamcówna, Warszawa, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, 1979, str. 16.
4. Komisje Rozdawnicze: Koronna i Litewska, https://pl.wikipedia.org/wiki/Komisje_Rozdawnicze_Koronna_i_ Litewska.
5. Ibid., str. 19.
6. Jerzy Besala, Mirosław Nagielski, „Biorą nawet ryby”, „Polityka”. 12 (2393), 2003-03-22. [dostęp 2011-07-11], za wikipedią.
7. Boson, Król Staś, Sułkowski i reszta über złodziei, http://boson.salon24.pl/684139,krol-stas-bracia-sulkowscy-i-reszta-ber-zlodziei.
8. Ambroise Jobert, Komisja Edukacji Narodowej w Polsce, str. 21.
9. Komisje Rozdawnicze: Koronna i Litewska.
10. Ibid., str. 65.
11. Ibid., str. 64.
12. Ibid., str. 65.
13. Ibid., str. 5.
14. Ibid.

niedziela, 18 czerwca 2017

Komisja Edukacji Narodowej, Hugo Kołłątaj i Stanisław Staszic. Czyli fizjokracja na dwu skibach. Cz. I

(Tekst opublikowany w Szkole Nawigatorów, kwartalniku Kliniki Języka, wydanie poświęcone sprawom polskim)

Dziesięć lat po trzecim rozbiorze Polski, 22 września 1805 r., Hugo Kołłątaj napisał bardzo ciekawy list do Tadeusza Czackiego. Jest on w zasadzie mową pochwalną na cześć Aleksandra I i jego szczodrobliwego ukazu z 1803 r. (do którego wydania walnie przyczynił się książę Adam Jerzy Czartoryski, kurator okręgu wileńskiego, prawa ręka cara w dziedzinie edukacji na Litwie), przywracającego Uniwersytetowi Wileńskiemu część jego pierwotnej nazwy1, zatwierdzającego „układ nauk dla guberni wołyńskiej”, którego polscy poddani JM Aleksandra I „rządali dla swego potomstwa”2, i nadającego Uniwersytetowi Wileńskiemu szeroką autonomię, z czym wiązać się musiały również wysokie dotacje, w tym również autonomię posługiwania się językiem polskim. Uniwersytet Wileński okazał się największym i najsilniejszym ośrodkiem edukacyjnym w całej dziewiętnastowiecznej Rosji. Zarazem „układ nauk” był tryumfem samego Kołłątaja. Czartoryscy albowiem, zarówno ojciec (Adam Kazimierz) jak i syn (Adam Jerzy), przyjęli jako swój własny oświeceniowy, racjonalistyczny program zrealizowany przez Kołłątaja w Akademii Krakowskiej. Polegał on na wyniesieniu na plan pierwszy matematyki, fizyki, medycyny, nauk politycznych, literatury i sztuk pięknych, i, co najważniejsze, zmarginalizowaniu tzw. metafizyki, czyli scholastycznej filozofii bytu („arystotelizmu chrześcijańskiego”)3, odseparowaniu jej od teologii, która odtąd miała być „nauką moralną” zmieniającą się powoli w deizm, a dokładniej w ideologię fizyczno-moralną, o której gęsto pisał Kołłątaj w swoich pismach teoretycznych. Deizm i fizjokratyzm albowiem miał być, w czasach stanisławowskich, a także u zarania wieku dziewiętnastego, najwłaściwszym spadkobiercą racjonalizmu klasycznego (arystotelesowskiego). Innymi słowy Czartoryski zapożyczył od Kołłątaja „utrwalanie tradycji naukowych i narodowych” oraz „niechęć do sposobu uprawiania nauki przez jezuitów”,4 która, jak możemy się domyślać, w mentalności doby stanisławowskiej była fundamentem tzw. „tradycji naukowej i narodowej”.
Przemówienie to przeznaczone na bliżej nieokreśloną oficjalną okoliczność, prócz wyrazów wdzięczności wobec imperatora, szkicowało historię oświecenia w Europie i w Polsce, i włączało w nią Komisję Edukacji Narodowej, jako „najprzyjemniejszy obraz w historii Polski”.5 Uczciwie uznawało pierwszeństwo średniowiecznych Papieży w promowaniu nauki i pierwszeństwo Reformacji w zahamowaniu jej rozwoju. Z drugiej strony powtarzało kanoniczny zrąb protestanckiej, a jednocześnie anglosaskiej, propagandy w postaci czarnej legendy inkwizycji, która miała sprowadzić ciemność niewiedzy i zabobonu na chrześcijańską Europę. W sposób charakterystyczny naświetla sytuację poprzedzającą powstanie KEN:
Kto bez uprzedzenia zdolny jest sądzić o wydarzeniach historycznych, kto umie porównywać ich wypadki z pewnymi datami czasu; ten się przekona o tych wielkich prawdach: że oświecenie w naszym narodzie wskrzeszone, daleko wcześniej okazało się między nami w swych dobroczynnych skutkach niż gdzie indziej; że nawet w czasie powszechnego upadku uchroniło nas od tych sromotnych zdarzeń, którymi inne się splamiły narody. Naród nasz nie podlegał nigdy jarzmu inkwizycyi, nie przelewał nigdy krwi dla szermierstw teologicznych, nie prześladował nikogo dla różnic w opiniach; całą jedynie w tej zmianie ponieśliśmy szkodę, że za wprowadzeniem szkół zakonnych straciliśmy gust w dobrej literaturze i cofnęliśmy się wstecz w postępku tych umiejętności, które się najpierw na naszej odrodziły ziemi. (…) Zniknęła z przyzwoitą władzą królów potrzebna nad naukami opieka: niezgoda polityczna przemieniła się w niezgodę uczoną; zakonne zgromadzenia przemogły nad szkołą krakowską i jej koloniami. Upadła więc ta szkoła w swojej wziętości, a zatem upadło prawdziwe źródło oświecenia. (…) Inne zakony wysilały się na słabe między sobą poprawy, lecz te ich wysilenia rzetelnego dobra dla nauk nigdy przynieść nie mogły; bo w nich szukali korzyści zgromadzeni własnych nie korzyści narodowej. 6
Ostatnie zdanie tego fragmentu zostaje powtórzone w innym dokumencie Kołłątaja, w Stanie oświecenia w Polsce w ostatnich latach panowania Augusta III: „Jakkolwiek mogły być najszlachetniejsze cele w ustanowieniu zakonu jezuickiego przez ich fundatora, skutek atoli okazał, że to zgromadzenie zawsze i wszędzie chwytało się wszystkich razem środków do zbogacenia się i przewodzenia w każdym kraju”.7
W innym miejscu rozwija tę tęzę:
Jeżeli przez pobożne praktyki i pilnowanie nauk [jezuici] uzyskali kredyt u jakiego dworu, zawsze się na tym kończyło, aby panującym lub jego ministrami rządzić, kollegia swoje bogacić i naród z przyczyny niezgody w nauce wiary kłócić. Jeżeli nie mogli opanować dworu lub dawney [sic!] zyskany stracili kredyt, całe ich staranie zwracało się do utrzymowania jakiej niezgodnej fakcyi, którą by rządowi krajowemu grozić mogli.8
Jeśli zatem „porównywamy wypadki wydarzeń historycznych”, jak zachęca nas w owym liście Kołłątaj, takich jak pierwszy rozbiór Polski w 1772 r. i powołanie Komisji Edukacji Narodowej w 1773 r., „z pewnymi datami czasu”, mianowicie z datą ogłoszenia w Polsce kasaty Jezuitów: 10 sierpnia 1773, mamy nieodparte wrażenie, iż nie jest zbieżność przypadkowa. Jeśli natomiast zestawiamy powyższe sentencje ze słynnym przemówieniem promującym ideę KEN i wskazującym na upadek edukacji jako główną przyczynę pierwszego rozbioru, wygłoszonym na pierwszej sesji sejmu rozbiorowego (8 lutego 1773 r.) przez Biskupa wileńskiego Ignacego Massalskiego, ambitnego gracza na scenie stanisławowskiej; jeśli dodamy do tego donos Staszica (w Uwagach nad życiem Jana Zamoyskiego) na „pobożne zgromadzenia”, na ich nieużyteczność dla nauk z racji ich przychylności dogmatom chrześcijańskim, i na opłakane skutki teologii, która „szkołę ludzi oświeconych i zgodnych obywatelów” zamieniał „w szkołę niewiadomych, kłótliwych, na duszy i na ciele słabych ludzi”,9 kiedy zestawimy ze sobą te wszystkie wydarzenia i wypowiedzi, zobaczymy genezę i zarys czarnej legendy Jezuitów. Wzajemne dopełnianie się tych cytatów wskazuje, iż od Massalskiego do Kołłątaja i Staszica aktywiści KEN chcą promować jeden historyczny dogmat: Jezuici byli nie tylko zarzewiem zacofania, ale, co więcej, ich szkoły ponoszą winę za upadek moralności narodu szlacheckiego i pierwszy rozbiór Polski. Jezuici doprowadzili do pierwszego rozbioru Polski.
Dzisiejszy stan historycznych badań nad edukacją Jezuicką owego czasu wskazuje,10 iż bardzo łagodnym jest osąd powyższych twierdzeń jako „przesadnych i niesprawiedliwych”.11 Są one po prostu brutalną, kłamliwą propagandą. Na okazję innego tekstu należy zostawić rozważania, czy Massalski, Kołłątaj, Staszic et consortes szczerze wierzyli w owe konfabulacje, czy i do jakiego stopnia wynikały one z ich niewiedzy, czy może raczej wynikały z ich hipokryzji i mentalności mafijnej. Teraz dość powiedzieć, że Massalski czerpał całymi garściami z mienia pojezuickiego, zarazem był jednym z zaufanych agentów ambasadora Katyrzyny II, Otto Magnusa von Stackelberga (będącego pierwszym „syndykiem” Rzeczypospolitej, scenarzystą Sejmu Rozbiorowego [1773-1776] i dozorcą króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, komunikującego mu decyzje carycy, zarazem głównym inicjatorem KEN), że Kołłątaj wiedział o nieustannej rywalizacji między Akademią Krakowską a Jezuitami, których inicjatywy krakowscy akademicy ciągle utrącali i bez wahania podpiął się pod układ krakowski.12 Zaś Staszic bezpiecznie, w zaciszu włości Andrzeja Zamoyskiego, snuł na jego zamówienie swoją łopatologię.




1. Pierwotna nazwa Akademia i Uniwersytet Wileński Towarzystwa Jezusowego została zmieniana przez KEN na Główną Szkołę Wileńską, przez analogię do Głównej Szkoły Krakowskiej czyli Akademii Krakowskiej. Po rozbiorach nosił on nazwę Powszechnej Szkoły Wileńskiej.
2. Hugo Kołłątaj, Korespondencja listowna z Tadeuszem Czackim, Kraków, Drukarnia Uniwersytecka, 1844.
3. Marian J. Lech, Hugo Kołłątaj, Warszawa, Książka i Wiedza, 1973, str. 107.
4. Stanisław Domoradzki i Zofia Pawlikowska-Brożek, „Uniwersytet Wileński”, w: Roczniki Polskiego Towarzystwa Matematycznego. Seria II: Wiadomości Matematyczne, Poznań, Polskie Towarzystwo Matematyczne , 1999, str. 127. W tym samym fragmencie mamy informację, że Uniwersytet Wileński według ukazu carskiego miał mieć 4 wydziały, „wydział fizyczno-matematyczny, nauk moralnych i politycznych, medyczny, literatury i sztuk pięknych”.
5. Hugo Kołłątaj, Korespondencja listowna …, str. 257.
6. Ibid., str. 255-257.
7. Idem., Stan oświecenia w Polsce w ostatnich latach panowania Augusta III (1750-1764), Warszawa, Gebethner i Wolff, 1905, str. 44.
8. Ibid.
9. Stanisław Staszic, Uwagi nad życiem Jana Zamoyskiego Kanclerza i Hetmana W. K. do dzisiejszego stanu rzeczypospolitej polskiej przystosowanych, Kraków, Czas, 1861, str. 9. Na tej samej stronie znajdujemy takie zdanie: „Tym końcem, od wieku jedenastego, początku akademiów i szkolniczej nauki, musiano się uczyć wszystkiego kłótni sposobem, gadając przez tyle godzin, i koniecznie takiemi wyrazy. Przez to prawdy od mniemania rozłączone nie były. Co jest źródłem fałszywych rozumów. Tego to błędu jad Europejczyków tak okrutnymi uczynił, że po wiele razy, często o słów kilka, wszyscy porywali się do noża, dla jednej części swych bliźnich wyrznięcia,
10. Szczegółowy obraz edukacji jezuickiej przed kastą zakonu w: Kazimierz Puchowski, Edukacja historyczna w jezuickich kolegiach Rzeczypospolitej 1565-1773, Gdańsk, Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego, 1999; Ks. Ludwik Piechnik SJ, „Jezuickie Kolegium Nobilium w Warszawie” i „Przemiany w szkolnictwie jezuickim w Polsce w XVIII w.”, oraz Ks. Bronisław Natoński, „Jezuici a Komisja Edukacji Narodowej”, wszystkie trzy artykuły w: Z dziejów szkolnictwa jezuickiego w Polsce, red. Ks. Jerzy Paszenda SJ, Kraków, WAM, 1994; Ks. Ludwik Piechnik SJ, „Działalność Jeziutów polskich na polu szkolnictwa (1556-1773)”, w: Jezuici a kultura polska, red. Ks. Ludwik Grzebień SJ i Ks. Stanisław Obirek, Kraków, WAM, 1994.
11. Anna Królikowska, „Nauczyciele eksjezuici w pracach i szkołach KEN”, w: Katarzyna Doremus, red., Komisja Edukacji Narodowej. Kontekst Historyczno-Pedagogiczny, Kraków, 2014, str. 149.
12. Warto przytoczyć w tym miejscu fragment z dzieła Jerzego Roberta Nowaka Żeby Polska …, w którym zwięźle ujmuje on postawę życiową Ks. Hugona Kołłątaja, współtwórcy KEN od 1776, reformatora Akademii Krakowskiej, no i oczywiście fizjokraty: „W lipcu 1793 pod wpływem upadku nadziei patriotycznych Kołłątaj doradzał królowi przystąpienie do Targowicy, sam również, z konformizmu, składając akces przystąpienia do niej. Miał on wówczas oświadczyć strofującym go przywódcom patriotycznym: 'Łatwo to panom ekspatriować się, bo wszędzie sobie radę dadzą, ale ja, chudy pachołek, dogrzebawszy się urzędu, nie mogę tak z rąk wypuścić całego mojego losu'.” (str. 153) Postawę życiową Kołłątaja dobrze ilustrują również fragmenty z jego biografii pióra Marcina J. Lecha, Hugo Kołłątaj (cytowanego wyżej), które mówią o jego finansowych malwersacjach w kasie Akademii Krakowskiej, m.in. o pożyczce 400 000 zł udzielonej Protazemu Potockiemu, słynnemu bankierowi stanisławowskiemu, która wskutek jego bankructwa nigdy nie została zwrócona (str. 149-150).

niedziela, 11 czerwca 2017

Bytomskie Targi Książki jako „pielgrzymka zbrojna”



Dziś zakończyło się wspaniałe święto wolnego intelektu, Bytomskie Targi Książki Rozetta, wielkie przedsięwzięcie logistyczne, wspólne dzieło Piotra Szeligowskiego Valsera, Gabriela Maciejewskiego Coryllusa i całej ekipy zatrudnionej przez pana Piotra do obsługi logistycznej. Szczera im za to wdzięczność i podziw. Było to wielkie święto umysłu poszukującego prawdy, albowiem, oprócz potężnego ładunku treści zawartych w ofercie książkowej, ci, którzy nawiedzili bytomską halę sportową „Na skarpie”, mogli usłyszeć kilka obszernych i fascynujących prelekcji. W sobotę (10.06) trzy prelekcje: ks. Roman Kneblewski – „Przeciw antykatolickim i antypolskim mitom”, prof. Grzegorz Kucharczyk – „1517-1717-1917. O czym mówią nam wielkie rocznice?”, dr Rafał Łatka (Biuro Badań Historycznych IPN Warszawa) – „Prześladowanie duchowieństwa katolickiego w Polsce w latach 1944-1956”). W niedzielę, czyli dzisiaj (11.06), dwie prelekcje – Leszek Żebrowski – „Geneza komunizmu w Polsce i jego następstwa. 1918-2017” – ks. dr Sławomir Kęszka – „Życie i dzieło ks. Wacława Blizińskiego”, oraz panelową dyskusz zaproszoną polską czołówką blogerów politycznych – Gabriel Maciejewski (Coryllus), Krzysztof Osiejuk (Toyah), Krystyna Murat (Pink Panther), Jolanta Gancarz (Tropiciel). Wszystkie te wydarzenia, jak zapowiadają organizatorzy, będą dostępne na youtubie.
Pozwolicie mili państwo, że nie będę się odnosił do wszystkich tych wykładów, ufam, że inni blogerzy uczynią to lepiej niż ja. Powiem tylko, że każdy z nich miał właściwy ciężar gatunkowy, żaden z prelegentów się nie oszczędzał. Niektóre były wręcz monumentalne, tak jak wykład prof. Kucharczyka, z racji bardzo cennej syntezy wydarzeń historycznych i historii idei, i pana Żebrowskiego z racji epickiej i niezwykle spójnej prezentacji historii komunizmu w Polsce (i nie tylko) aż do doby bieżącej. Coryllus zapewne napisze o tym, kto został zdobywcą nagród Rozetta.
Nawiążę tutaj do jednej idei, która wybrzmiała w prelekcji Księdza Kneblewskiego, mianowicie do idei pielgrzymki zbrojnej. Jest to inne, według naszego wspaniałego prelegenta, właściwsze określenie krucjaty. Cele wypraw krzyżowych są nam znane. Realia również. Jednak pojęcie pielgrzymka zbrojna precyzyjniej oddaje ich cel duchowy i razem sposób jego realizacji. Pojęcie to, pielgrzymka zbrojna, głęboko zapadło w umysłach wszystkich uczestników tych tragów. Dodam jeszcze tylko, że ks. Kneblewski wyraził pogląd, iż to właśnie wyprawy krzyżowe z europejskich wojowników uczyniły rycerzy. Mimo wszystkich komplikacji z nimi związanych, kod rycerski zrodził się właśnie z nich.
W dyskusji panelowej, kończącej Targi Rozetta, Piotr Szeligowski, twórca tzw. formuły bytomskiej, w pewnym momencie powtórzył to pojęcie, mówiąc, że w obliczu radykalnego ograniczania wolności blogosfery i rynku treści, bardziej brutalnego niż to miało miejsce do tej pory,wydawcy, blogerzy, pisarze i czytelnicy mogą uciec się do tej właśnie praktyki, do „pielgrzymki zbrojnej”. Jak wiemy, pan Piotr ma nader pojętny umysły i dobrą rękę do formuł skutecznych. W tym momencie ja porwałem znowu mikrofon i rzekłem, że, z racji moich zainteresowań zbliżonych do dawnych sukcesów sportowych pana Piotra, ja również marzę czasem o czynie konkretnych, ale pragnę pocieszyć pana Piotra i rzec, że „pielgrzymka zbrojna” w wykonaniu wydawców, blogerów, pisarzy i czytelników już miała miejsce, już się odbyła, a były nią właśnie Bytomskie Tragi Książki Rozetta.
Tu palnąłem niejaką gafę, ale nie całkiem. Powiedziałem bowiem, że mamy tu, na tych Targach, „broń”, „amunicję” i całe zaplecze logistyczne. Na co Coryllus mruknął, żebym uważał, bo zaraz będziemy tu mieli jakichś detektywów. Trochę mnie zatkało, zdziwiłem się albowiem, dlaczego ktoś na służbie miałby się interesować Targami Książki. Przecież jeśli ktoś mówi, że targi książki to „pielgrzymka zbrojna”, i że są na nich „broń”, „amunicja” i logistyka, to ma na myśli książki, środki płatnicze i oczywiście cały wysiłek organizacyjny ich twórców. Nie chciałem atoli komplikować dyskusji i w zasadzie dopiero, kiedy znalazłem się w domu i zjadłem smaczną kolację, zaświtało mi, że ktoś mógłby nie zauważyć tych nader wyraźnych cudzysłowów, w które ujęte były słowa „pielgrzymka zbrojna”, „broń” i „amunicja”.
Dlatego piszę teraz ten tekst i rozwijam powyższą myśl. Książka to „broń masowego rażenia”, ale nie taka, która odbiera życia. Owszem znamy książki, które zabijają sumienie, a nawet zagrzewają do mordu. Jednak dobra książka, której był wielki dostatek na Targach Rozetta, przysparza życia w tym najbardziej ludzkim sensie. Jest ona bowiem nasieniem owej wolności zwanej actus humanus, właściwym działaniem człowieka, poznawczym i wolitywnym. Zatem dobra książka przymnaża życia.
Pieniądze jako „amunicja” również, ponieważ czytelnicy „strzelając” nimi do pisarzy nie zabijają ich, lecz wręcz przeciwnie, pozwalają im zdobyć środku do życia, również duchowego. Nie da się żyć duchem z pustym żołądkiem i awitaminozą, zwłaszcza, gdy wraz z tobą głoduje Bogu ducha winna małżonka o szczerym sercu i … dzieci.
Pisarze natomiast odpowiadają pięknym za nadobne i podają czytelnikom wciąż nową strawę poznawczą. "Strzelają" do nich z książek i książkami. 
Logistyka, jaka była, wszyscy widzieliśmy. To był czysty trud, czysty a owocny.
Wyjaśniłem zatem, dlaczego "zbrojna". Dlaczego "pielgrzymka"? Ponieważ nasze wspólne poszukiwanie prawdy dokonuje się wraz z Kościołem i w Nim. Nie może być zresztą inne niż wspólne. Samotnie możemy odnajdywać tylko "fikcyjne niebyty", o których gęsto mówiła w dyskusji Pink Panthera. Pan Maciejewski rzekł wyraźnie w tej samej dyskusji, że celem tej wspólnoty pisarzy i czytelników, oprócz konkretnych interesów handlowych, czyli oprócz pomnażania życia, jest wspieranie Kościoła. Nigdzie indziej lepszej oferty na wolność i wspólnotę nie ma. Po prostu nie ma. I tyle.
Co w święto Boskiej a Przenajświętszej Trójcy własną ręką spisałem - Magazynier

piątek, 2 czerwca 2017

Coś BAAARDZO DOBREGO i ciepłego jeszcze: Gabriel Coryllus Maciejewski 'Socjalizm i śmierć' Tom 1.


Tekst jest długi, zatem jeśli brak czasu, czytajcie go na wyrywki. Tu spis treści:
1. Grafiki Bereźnickiego
2. Pierwszy rzut oka na książkę i przygody z portretem Żeromskiego
3. Przygody z tytułem książki
4. Juma i rewolucja
5. Metoda Coryllusa
6. Styl Coryllusa i Bereźnickiego
7. Wskazówki co do dyskusji, bardzo ważne.
Lubię książki z obrazkami i to bardzo. Te zaś obrazki w Socjalizmie i śmierci pióra Gabriela Maciejewskiego, wielce nietypowe grafiki Tomasza Bereźnickiego odstawiły daleko w tyle moje oczekiwania. Znałem przecież jego styl z memiksów. Czemu zatem odstawiły jak samotny Szurkowski (pamiętacie go, nieprawdaż) cały peleton kolarski moich wyobrażeń? Wyjaśnię to na końcu tego tekstu.
Zatem jak przystało na wstecznego inteligenta zacząłem od obrazków. Przeczytałem tylko dwa wstępne, wytłuszczone cytaty i musiałem lecieć do miasta, z wielkim niedosytem i łaknieniem. Za drugim razem dla odmiany skupiłem się na … obrazkach. Nałóg jakiś, powiecie mili państwo. Nie. Po prostu predystynacja. Za tym drugim razem książka po prostu otworzyła się sama na moim ulubieńcu, na miszczu Stefanie, ma się rozumieć Żeromskim, na tym portrecie miszcza sjerdceszczipatielnoj progresiwnoj litieratury, tam gdzie zaczyna się rozdział „Siłaczka”. I mało mnie nie zgięło w pół. Nie będę psuł wam dowcipu. Sami sobie zobaczcie. Kupcie albo pożyczcie, ale zobaczcie sami. Po prostu mistrzostwo, prawdziwe mistrzostwo podstępu (nie mylić z miszczostwem). Tak zażyć z mańki oglądacza potrafi mało kto. Tylko jeden zdradzę szczegół, który zresztą zobaczyłem na końcu oglądactwa. Ten adidas, czy inny nike. To mnie rozłożyło dokumentnie.
A problem potęguje jeszcze ten fakt, że grafikę pana Bereźnickiego nie można określić jako satyryczną. I ten metaforyczny portret Żeromskiego również wychodzi poza konwencję satyryczną. Dlaczego, nie pytajcie. Wychodzi i już.
Zgaduję, że dama na grafice pana Bereźnickiego niewiele ma wspólnego z prawdziwą bohaterką żeromskiej Siłaczki, tak jak niewiele wspólnego ma bohaterka stworzona przez Żeromskiego, tytułowa samobójcza Siłaczka z jej faktycznym pierwowzorem, Faustyną Mokrzycką. Mamy bowiem portret zdjęciowy tej pani na końcu książki. Jest zatem żeromska bohaterka i jej wyobrażenie na grafice pana Bereźnickiego karykaturą prawdziwej i tragicznej postaci Faustyny Mokrzyckiej. Tragicznej z zupełnie innych powodów niż stefano-pochodna nauczycielka poświęcająca się dla ubogich, chłopskich dzieci. Powody te są znacznie poważniejsze i życiowe, i razem budzące wiele podejrzeń. Jakie one są, zostawiam wam do własnego śledztwa.
Nie mogę opędzić się od tej jednej dręczącej myśli związanej z tytułem tej powieści. Prześladował on bowiem wielu internautów od co najmniej dwu lat. W moją podświadomość wrył się tak głęboko, że ja w pierwszym odruchu już inaczej nie umiem go zapisać jak tylko Śmierć socjalizmu. Tak samo teraz: chcąc napisać tytuł książki Coryllusa walnęły mi się najpierw tłuste jak meksykańskie byki litery ŚMIERĆ SOCJALIZMU. Głodnemu, powiecie, chleb na myśli. Wszak wolno, odrzeknę ja, pomarzyć głodnemu o pachnącej, czerstwej piętce chleba żytniego, z gęsim smalcem na ten przykład (jak u mojej babci), albo o świeżym ogórku z miodem (jak u Pawlikowskiego), albo o tych hektarach uprawnych w powiecie mołodeczniańskim czy bobrujskim, z lasem na dokładkę, z własną bryczką i parą karych koni, w stajni zaś, dajmy na to, kilka arabów, nie do bryczki bynajmniej, takich co to, potrafią zrobić zwrot w koń, albo o koncie bankowym opiewającym na liczbę sześciocyfrową. Wolno, nieprawdaż?
No dobra, mniejsza o te nasze konta, tę naszą rozdrapaną ziemię, tę oszukaną niepodległość i te złodziejstwa bohaterów powieści Maciejewskiego i ich pogrobowców. Bo jest to opowieść, co się zowie, ten pierwszy tom Socjalizmu i śmierci. Trzyma czytelnika za gardło i nie chce puścić. I ten tytuł. Sami powiedzcie, mili państwo, jak tu uniknąć tego przekręcenia właściwego a pięknego tytułu? Tylko Śmierć socjalizmu. Inaczej być nie chce.
Gdyby nie obowiązki belferskie i rodzinne, wciągnęłaby mnie ta opowieść w ciąg. Łyknąłbym ją, a ona mnie w ciągu dwu wieczorów.
Teraz znowu będzie o jumie i rewolucji. Powracają one jak bumerang. Zgryzoty prowincjonalnej egzystencji nie pozwalają o ich związku zapomnieć. Czemuż zatem ośmielam się obarczać winą za historyczny rabunek męczenników niepodległości ludowo-socjalnej, takich jak Stanisław Mendelson, Ludwik Waryński, Marcin Kasprzak, Ignacy Daszyński, Ludwik Krzywicki, Stefan Żeromski, Władysław Grabski wraz z Janem Ludwikiem Popławskim (prekursorzy Narodowej Demokracji), opisanych przez Coryllusa zwięźle a podstępnie, samych bojowników o wolność uciemiężonych, którzy byli zwali oną jumę sprawiedliwością dziejową?
Przecież nie o całą obwiniam, bo całość, jak wiemy, rozłożono nam na dwieście z okładem lat. Tylko o kolejny jej etap. Lubo (chociaż) był to etap kluczowy, sine qua non (bez którego nic), otwierający kanał wprost do bankrutacji ziemian przez parcelację, do zubożenia części włościan gospodarujących na gorszych ziemiach, zależnych od wielkich gospodarstw ziemiańskich (wg Woyniłłowicza zależność ta i korzyść jest wzajemna), nacjonalizacji przemysłu, ekspediowania zubożonych chłopów, przed 1918 i po, do przemysłu i dalej do powojennego ludobójstwa ziemian i kułaków (głównie włościan i drobnych zaścianków) w imię kołchoźniczego zbawienia ludzkości. Dalej już mamy darmowe dostawy węgla, stali i technologii do Sowietów, a dalej balacerowiczowskie schładzanie gospodarki przez m.in. bankrutację rolników w 1990 r. („nocna” monetarna rewaloryzacja kredytów rolniczych – http://biznes.gazetaprawna.pl/artykuly/864625,balcerowicz-zniszczyl-polskie-rolnictwo-wies-miala-byc-wyspa-kapitalizmu.html), a w końcu kumulację przywłaszczonego kapitału pod zarządem szczerych liberałów i bankrutację polskich firm budowlanych i transportowych w ramach Euro’2012.
Dlaczego ośmielam się wiązać lewicę patriotyczną w jednym łańcuchu z tymi wydarzeniami naszej historii gospodarczej? Przecież oni, ktoś powie, pozostali za drutem kolczastym drugiej wojny światowej. Dlatego, że jak pokazuje to skrzętnie a podstępnie pan Gabriel, jest ona, ta lewica, tak patriotyczna i pro-polska jak sam wódz rewolucji kulturalnej Mao, czyli bardzo mało. Ot taki szczegół. Przypomina pan Maciejewski – w rozdziale „Średnia długość życia wrogów socjalizmu” – ten utopijny entuzjazm, wygenerowany przez aktywistów niby-polskich rewolucyjnych kółek spiskowych, pierwszych socjalistycznych pism i pisemek, partii i partyjek pseudo-polskich rewolucjonistów, organizacji w zasadzie przestępczych, terrorystycznych, finansowanych z Paryża i Londynu, entuzjazm wkradający się w patriotyczne sentymenty zarówno ziemian, włościan jak i robotników, wykorzystujący i odnawiający pierwotną moc propagandy zwanej oświeceniową – wygenerowaną przez Józefa Wybickiego, Hugona Kołłątaja, Stanisława Staszica et consortes – moc haseł niby patriotycznych mających odwrócić uwagę poczciwego acz niezbyt spostrzegawczego narodu rycerskiego od zbankrutowania polskich finansów (bank Fregusona-Teppera, bank Protazego Potockiego i pozostałe) w 1794 roku, rok przed trzecim rozbiorem Rzeczypospolitej, czyli odwrócić uwagę od faktycznego, lubo nie całkowitego, atoli kluczowego i strategicznego ograbienia naszych właścicieli ziemskich z płynności finansowej, i to nawet tych z tzw. Familii (Czarotyskich, Zamojskich, Poniatowskich), tych, którzy spodziewali się nominacji na faktycznych władców Polski, innymi słowy na klawiszy, po przeczuwanym przez nich nowym rozdaniu politycznych wpływów i synekur. Jest to eksplozja łatwych i bezmyślnych idei, które co rusz wzbudzają naiwną wiarę, jak pisze Maciejewski, „że Polska mogłaby się odrodzić bez Kościoła i żyć, karmiąc się tylko ideami rewolucyjnymi, wśród których (i te słowa, ja, Magazynier, wytłuszczam tu jako kluczowe) hasło ubrane przez Lenina w bezpretensjonalne słowa – grab zagrabione – stanęło na pierwszym miejscu.
A wcześniej w tym samym rozdziale nasz autor dopełnia oglądu rewolucji pseudo-patriotycznej pisząc o obsesyjnych, odrażających opisach ziemian polskich w prozie, znanemu wszystkim, Stefana, rzecz jasna Żeromskiego, nie zdolnego choćby do naszkicowania drugo- lub trzecio-planowej pozytywnej postaci pana na włościach, choćby i dalekiej analogii Edwarda Woyniłłowicza. osoby znanej wówczas wszem i wobec w Polszcze, znanego filantropa i adwokata sprawy włościańskiej, niczym jednak nie ujmującego interesom obszarniczym, co niestety musiało być ujmą w oczach postępowego ćwierćinteligenta, i co gorsza duszą zaprzedanego Kościołowi.
Jeden akapit wcześniej czyni pan Maciejewski niedwuznaczne aluzje nie tylko do nieudolności polskich rewolucjonistów, ale nadto do ich uwikłania w dziwne powiązania z tzw. fabrykantami, co ilustruje łatwością, z jaką „tłumiono pierwsze robotnicze strajki w Królestwie wybuchające w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych (wieku XIX)”. Prócz tego ilustruje takim oto faktem, iż biograf Ludwika Waryńskiego, Andrzej Notkowski, „porównuje z taką samą swadą, z jaką porównywał ceny żywności (w istocie wzięte z jakiegoś księżycowego kalkulusa, jak to ciekawie i matematycznie pokazuje Coryllus) i wysokości robotniczych płac, długość życia robotnika i … myślicie pewnie, że kapitalisty, że jakiegoś Lilpopa albo Kronenberga krwiopijcy, a może chociaż czynownika ruskiego …? Mylicie się. Ze średnią życia robotnika zestawiona jest średnia właściciela ziemskiego.
A skąd on, ten Maciejewski, spytacie się z irytacją, to wszystko wie? Niby jak do tego doszedł? A, to jest chytra sztuka. Tłumaczy ją na przykładzie technik jakoby ezoterycznych Eusapii Palladino, słynnej mediumstki, protegowanej sir Artura Conana Doyle’a, przywołującej jakoby z zaświatów dusze zmarłych, w seanse której wtajemniczeni byli tylko wybrani, tacy jak na ten przykład Bolesław Prus czy Maria i Piotr Curie.
Jak pisze pan Maciejewski, siła Eusapii Palladino, wygenerowana przez admirację właśnie nie kogo innego jak tylko sir Artura Conana Doyle’a, „jak i cel jej podróży po Europie, były dla ludzie zainteresowanych postępem i uszczęśliwianiem ludzkości, całkowitą tajemnicą. Patrzyli oni w inną stronę ...” W którą stronę? Tę mianowicie wskazaną przez pełne zadumy, mądrości i tajemnicy, poważne oczy miszcza Artura sira. „Patrzyłeś w inną stronę, chłopczyku – mówi stojąca obok pani – i nie widziałeś jak ten pan oszukiwał.” Aha, więc o to się rozchodzi! Żeby patrzeć nie tam, gdzie spoglądają pełne zadumy, mądrości i tajemnicy oczy miszcza sira. I tę sztukę pan Gabriel wypracował sobie, zapracował na nią i opanowała niemal do perfekcji. Czytamy pierwszy tom Socjalizmu i śmierci i uczymy się patrzeć, nie tam gdzie spogląda autorytet z nadania, ale tam gdzie spogląda ta starsza pani, przez nikogo nie zauważona, stojąca w cieniu, jak stary jakoby nikomu nie potrzebny rekwizyt, odstawiony na tzw. boczny tor. Kim ona jest? No jak to? Nie domyślacie się? No nie … Nie będę wam ułatwiał.
Dodam tylko, bynajmniej nie w celu ułatwienia odpowiedzi na tę zagadkę, że metoda ta pozwoliła panu Gabrielowi odkryć socjalistyczne początki takich zjawisk medialnych i politycznych jak Gazeta wyborcza, Tygodnik Powszechny, Solidarność i Pobudka. Są to bowiem nazwy związane z dziewiętnastowiecznym rewolucyjnym ruchem pseudo-patriotycznym. I jest to ważne odkrycie. Wszystko już było? Czy sponsorom politycznej aktywności w naszej Ojczyźnie brak nowych wynalazków propagandowych? Pytanie raczej źle postawione. Stare hasła się przyjęły i wciąż sprawdzają, nie ma potrzeby na radykalne zmiany.
Tyle by starczyło w zasadzie w kwestii wprowadzenia do tej niezwykłej książki. A to tylko niewyraźne naszkicowane dwa, trzy ledwie rozdziały.
Obiecałem jednak, że wyjaśnię jeszcze jedną rzecz, jeden powód dla którego grafiki pana Bereźnickiego są tak wyjątkowe w tej książce. Ich styl, bliski jest stylowi pisania Coryllusa. Być może dopiero teraz to zauważyłem. One mianowicie, podobnie jak kompozycja znaczeń i faktów u Maciejewskiego, mają coś wspólnego z collagem. Właśnie to, zestawienie osób i wydarzeń, które tworzy znaczenia. Collage leży blisko metafory. Nie chodzi tu o atmosferę marzycielską. Poezja i metafora nie muszą być marzycielskie i romantyczne. Wręcz przeciwnie, są ciekawsze, gdy unikają romantyczności. Lubimy przecież „Rejtana” Kaczmarskiego, mimo że sam Kaczmarski jest w zasadzie heretykiem, no powiedzmy takim uczciwszym pelagianistą (http://poezja.org/wz/Inny/7315/Rejtan,_czyli_raport_ambasadora_-_Jacek_Kaczmarski – nawet jego „Wiosna 1905” zbliża się do naszej wiedzy o rewolucji niby-polskiej: http://www.groove.pl/jacek-kaczmarski/wiosna-1905/piosenka/266907 ). Kiedy język i pisarstwo stają się nieposłuszne wobec kierunku spojrzenia miszcza sira, zadumanego i pełnego mądrości, wtedy wiążą w logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy byty i znaczenia, które wcale nie są ukryte. Wręcz przeciwnie, metafora to zestawienie znaczeń odległych, lecz zestawienie nie ukrywające niczego. Wszystko podaje jak na dłoni. Tak owszem, często, żeby te znaczenia odczytać, trzeba sięgnąć poza poezję, do historii, do bytu faktycznego, albo poświęcić kilka chwil na własną dedukcję. Ale dlatego właśnie, tak jak owa spostrzegawcza, starsza pani, poezja widzi to czego oczarowany i naiwny oglądacz nie dostrzega, oszukaną sztuczkę albo rzecz prawdziwą, jak na przykład faktyczną historią Faustyny Mokrzyckiej. Nie chodzi mi o to, że mamy tu poezję u Coryllusa. Chodzi mi o to charakterystyczne zestawiania faktów i tworzenie znaczeń adekwatnych do rzeczywistości, analogicznie w pisarstwie Maciejewskiego i w grafikach Bereźnickiego.
Dodam tylko coś jeszcze na temat języka, jedno słowo, no powiedzmy, jedną onomatopeję i dwa słowa. Mmmmm … przepysznego coś.

P.s. W komentarzach proszę nie streszczać poszczególnych rozdziałów Socjalizmu i śmierci. Pójdźmy raczej dalej. Gdzie? Np. tu do Pamiętnika Igancego Daszyńskiego - http://partiarazem.pl/Pamietniki_-_Ignacy_Daszynski.pdf
Do tego jego orlego wzroku na tym zdjęciowym portrecie, zapatrzonego w świetlaną przyszłość z determinacją klasycznego deliryka. Lub do innych materiałów dostępnych w sieci, albo tylko wam na temat pseudo-polskiej rewolucji socjalnej.
Albo to: Daszyniówka - http://partiarazem.pl/daszyniowka.pdf – z 2016 roku. Za rok mamy 100-lecie, przypatrzcie się uważnie. Tak tak, mili państwo, jeszcze wszystko przed nami. Fortuna kołem nas tłoczy.