czwartek, 26 października 2017

Widziałem śmierć Uniwersytetu – pamiętajmy o nim w dzień zaduszny, w 600-tną rocznicę jego śmierci

Zobaczyłem ją w cichej zgodzie teologów akademickich z pewnej uczelni na otwarcie podyplomowych studiów genderowych. A potem w ich niechęci wobec ks. Oko. Powinienem był zakryć twarz. Nie zakryłem. Owionął mnie chłód grobu. Jeden z najnowszych objawów tej śmierci. I tak ze mną pozostał. Potem była akcja środowisku KUL-u, wiem to na pewno że nie całego, skierowana przeciw Ks. Guzowi. Staram się ich usprawiedliwić, owych teologów i wykładowców katolickich, bo to jest kwestia pieniędzy dla uczelni w tym finansowania instytutu teologicznego. Nie ma dziś innego sponsora jak tylko państwo i administracja unijna, no i może jeszcze korporacje, które mają jakiś interes do Kościoła. My zwykli katolicy jesteśmy za biedni, żeby utrzymać kościelne instytucje edukacyjne.
Ale wrażenie agonii jest. Bo skoro do takich kompromisów zdolni są Księża zatrudnieni na uczelniach, nawet zdawałoby się niezależnych jak KUL, skoro niektórzy wykładowcy z UKSW potrafią mówić publicznie o katolickiej rozgłośni i telewizji jako o problemie dla Kościoła, skoro zatrudnienie akademickie wiąże się z jakąś presją, mentalną i ekonomiczną, której przynajmniej niektórzy z nich nie potrafią się przeciwstawić, to znaczy, że słudzy Kościoła, powiedzmy niektórzy słudzy Kościoła, z łona którego Uniwersytet wyszedł, nie są w stanie obronić jego misji, misji Uniwersytetu, misji tworzenie i odradzania szerokiej wspólnoty skierowanej ku prawdzie i sprawiedliwemu bytowaniu ludzi dających posłuch tej prawdzie. Skoro wielu teologów akademickich, niezależnie od proporcji zbyt wielu, nawet jeśli to mniejszość, nie znajduje w sobie punktu oporu wobec kompromisu z programami zmierzającymi do wykluczenia wierzących w Chrystusa z życia publicznego, tym bardziej nie znajdą ich w sobie niewierzący pracownicy akademiccy, tym bardziej będą przyjmowali propagandę anty-kościelną.
Zmierzam tu do określenia mojej postawy wobec reformy szkolnictwa wyższego A. D. 2017 i wobec protestów przeciw niej. Jedno i drugie jest dla mnie czymś nieadekwatnym. Adekwatne są co najwyżej szczegółowe przepisy regulujące szczegółowe relacje związane z erygowaniem szkół wyższych, zarządzaniem nimi, tytułami naukowymi, stypendiami, itd.
Czemu te próby uzdrowienie tzw. uniwersytetu uważam, jak najbezczelniej, za nieadekwatne? Ponieważ szkolnictwo wyższe, o którym dyskutujemy w Polsce w związku z tzw. reformą „uniwersytetu”, to nie jest Uniwersytet. Uniwersytet jest Uniwersytetem tylko gdy jego inspiratorem, sponsorem i cenzorem jest Kościół. Są oczywiście takie Uniwersytety w świecie, ale w Polsce dziś jest tylko jeden toruńska Wyższa Szkoła Kultury Społecznej i Medialnej, stworzona przez Redemptorystów, no i kilka redut mężnie trzymających się na uczelniach państwowych i tzw. uczelniach katolickich. Dzisiaj wygląda na to, że w Polsce, tylko nieliczni duchowni i świeccy są w stanie intelektualnie podźwignąć misję Uniwersytetu. Finansowo zaś nikt. Jest jakiś podobno uniwersytet w Stanach sponsorowany przez bogatego przedsiębiorcę wyznania katolickiego. Nie wiem, jak tam w świecie, bo przecież są Uniwersytetu rzymskie, Gregoriański, Ambrozjański i jeszcze kilka, są Uniwersytety sponsorowane przez Kongregację ds. Edukacji Katolickiej.  Moje przeczucie mówi zarazem, że 90% katolików na świecie jest po prostu odarta z możliwości dorobienia się konkretnych, milionowych zysków i skapitalizowania ich na cel inwestycji np. edukacyjnych i uniwersyteckich.
„Uniwersytety” świeckie-państwowe i prywatne-świeckie nazwę tę, Uniwersytet, przywłaszczyły sobie, ukradły ją od Kościoła, a wraz z tym przywłaszczeniem uzurpują sobie pretensję do władzy duchowej, należnej tylko i wyłącznie religijnej, zhierarchizowanej wspólnocie o charakterze uniwersalnym, głoszącej nauczanie o charakterze uniwersalnym, wspólnocie w dużej mierze bezinteresownej, zainteresowanej przede wszystkim realizacją swej misji, misją służby w ramach Mistycznego Ciała Chrystusa. Bo ten, kto tworzy Uniwersytet, ma jakoby kompetencje do tego, czyli autorytet, moralny i intelektualny. A zatem stanowi świętą władzę, która posiada sankcję religijną, zbawczą.
Protest wobec gowinowskiej reformy szkolnictwa wyższego artykułuje tzw. Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej, ustami swego reprezentanta dr Aleksandra Temkina, filozofa, członka Narodowej Rady Rozwoju przy urzędzie prezydenta Rzeczypospolitej Polski, który określa ją jako maskaradę i brudny deal Gowina z establishmentem i rektorami”. https://wpolityce.pl/polityka/363135-nasz-wywiad-aleksander-temkin-przygotowana-reforma-szkolnictwa-wyzszego-to-maskarada-i-brudny-deal-gowina-z-establishmentem-i-rektorami
Mówi pan Temkin: Konsultacje Ustawy 2.0. przypominały ustawkę: odrzucono, pod nieprzekonującym pretekstem formalnym, projekt zespołu prof. Piotra Steca (z Uniw. Opolskiego). Minister Gowin twierdzi, że jego projekt popiera całe środowisko. Tymczasem krytykują je nie tylko szef klubu PiS, prof. Ryszard Terlecki, ale tak różne środowiska jak NSZZ “Solidarność” UW, Pracodawcy RP, Kongres Ruchów Miejskich czy Polskie Towarzystwo Socjologiczne. „Środowisko naukowe”, na które powołuje się minister Gowin, to przede wszystkim dobrze umoszczone w dotychczasowym systemie uniwersyteckim grupy interesu. Reforma przedstawiana jest jako wielka rewolucja, tymczasem widzimy, kto za nią stoi. I kto będzie głównym beneficjentem jej zapisów. Chodzi mu o „Oligarchię, która doprowadziła polską naukę do godnego pożałowania stanu, w którym dziś się znajdujemy. Mam na myśli towarzystwo rektorów, którzy teraz przebierają się w nowe szaty i udają nowe twarze.”
Przejrzałem tę ustawę, z pewnością zbyt pobieżnie, i nie dostrzegłem tam niczego, co byłoby sankcją dla absolutnej władzy rektorów. Niech mnie pan Aleksander poprawi i wskaże mi te niebezpieczne punkty owego dealu. Gotów jestem uznać jego racje, bo naprawdę nie miałem zbyt wiele czasu na przestudiowanie nowej ustawy: http://www.znpul.pl/wgrane_pliki/projekt-ustawy-prawo-o-szkolnictwie-wyzszym-i-nauce-16.09.2017.pdf
To prawda, że szkolnictwo wyższe w Polsce jest zdominowane przez największe uniwersytetu, które zgarniają największe dotacje państwowe. Przez te 27 lat od umowy okrągłostołowej polska akademia, czyli cech wykładowców i pisarzy akademickich, jak również badaczy ścisłowców, przyrodników i inżynierów, jak i inne cechy elitarne, związane ze sprawowaniem władzy i dzieleniem kasy, stał się krok po kroku zawodem zamkniętym, tak jak cech prawniczy.
W Centralnej Komisji nadającej tytuły akademickie jest podobno jakiś profesor marksista, który zajmuje się systematycznym i konsekwentnym utrącaniem wszelkich karier uniwersyteckich na bazie teologii czy filozofii chrześcijańskiej. Bez namysłu, jak automat zawsze głosuje w takich przypadkach na nie.
Tzw. „uniwersytet” w Polsce jest konglomeratem niejawnych, lub nie całkiem niejawnych klik, klanów, układów. Do nich należy również tzw. Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej. Reprezentuje on środowisko pseudouniwersyteckie, pseudouniwersytetem są albowiem uczelnie państwowe, które z innych pobudek działa niemal identycznie jak wyżej wspomniany profesor. Z pewnością, bo znam kilku przynajmniej jego sympatyków, są tam dziewczyny i chłopaki poczciwe, pracowite, którym jednak przydażył się pech - wpadli w objęcia tzw. świeckiego humanizmu, niby-etyki przypominającej w swej elastyczności i niespójności gumę do rzucia, a także w objęcia tej sitwy. Być może znajdą się w tym  środowisku chrześcijańscy personaliści lub pisarze wskazujący na głęboki chrześcijański humanizm poezji Norwida, Słowackiego, Herberta i św. Karola Wojtyły. Ale zaryzykuję tezę, że wolno im tylko powtarzać frazesy typu św. Jan Paweł II wielkim humanistą był, bo wielkim humanistą jest, ale ... nieco zacofanym, taki uparty dziadek z Watykanu. Nie wolno im sięgnąć dalej, np. do filozofii O. Mieczysław Krąpca OP, czyli do szkoły polskiego tomizmu, czy nawet to myślicieli francuskiego odrodzenia tomistycznego, takich jak Etienne Gilson. Dlaczego? Ponieważ O. Krąpiec popełnił niewybaczalny błąd. Zaangażował się w katolicko-nacjonalistyczny fundamentalizm Radia Maryja. Zamiast elegancko podeprzeć gazowniany Tygodnik Powszechny. Upolitycznił się. No a co? Tygodnik nie jest upoliticzniony? I to jeszcze od czasów komuny?
Niech ręka bosko-humanistyczna broni każdego, kto zamiast rozpływać się w „myśleniu z głębi metafory” zacznie rozkminiać poezję przy użyciu scholastycznej teorii analogii bytowej i metaforycznej, albo każdego, kto zechce udowadniać, że św. Wojtyła filozof tak naprawdę sięgnął po fenomenologię Husserla i Ingardena (np. w Osobie i czynie) nie po to, by powielać peany na ich cześć, ale po to by obrócić ją w puch i pył, by sprawdzić skuteczność koncepcji św. Tomasza z Akwinu. No i sprawdził. Trzeba się tylko w nią wczytać.
O co tu chodzi? O propagandę. O to by propagandę złą, propagandę nielogicznych, niespójnych zasad humanistycznych pseudo-etycznych, w zasadzie bardzo „gumowych”, rozciągliwych i naciągliwych, dających dużą swobodę artystycznym, politycznym i grabieżczym wybrykom, ubrać w aurę i majestat uniwersalizmu, czyli dobrej propagandy, czyli teologii i etyki, i praktyki zarządzania dobrami materialnymi, zakorzenionej w spójnej interpretacji Pisma Świętego, spójnej, bo podtrzymywanej i doskonalonej przez pisarzy kościelnych, o zgrozo, katolickich, w wielkim trudzie przez 2 milenia, często z narażeniem zdrowia i życia, przez pisarzy kapłanów, zakonników i świeckich. Chodzi o to, by poczciwym i pracowitym wyznawcom humanizmu świeckiego i wszelkich najhumanistyczniejszych komitetów nie przyszło do głowy poddawać krytycznemu osądowi, choćby dla zwykłej gimnasytki umysłowej, "autentycznych autorytetów" "autentycznej demokracji". Bo przecież wiadomo że scholastyka to martwa litera zasuszonych "martwych białych mężczyzn", "faszystów", zaś jasna strona mocy, wyklucza ciemną stronę mocy, i jeśli nie podoba się komuś jasna strona mocy, to już nie ma dla niego nadziei i musi zostać spuszczony z wodą albo jakąś taką ciemną cieczą w głąb "tartaru", jest albowiem skazany na tą "bezlitosną", "obesesyjną", "nieznośnie sztywną", "starczą" moralność katolicką i ten kult świętych dla "niegrzecznych dzieci". Dodam tylko, że wg niektórych podań obowiązujących po jasnej stronie mocy  katolicka etyka i teologia jest jednak dla "eunuchów", bo tylko oni idą do raju. Ale eunuch to też mężczyzna, którego uczyniono niezdolnym do poczęcia. Poza tym eunuchy podobno świetnie się biją.
Na te zabobony nie ma lekarstwa, bo w istocie świecki humanizm to religia, obłędna, heretycka, ale religia, która wierzy tylko w swoje "autentycznie demokratyczne autorytety", bo strach pomyśleć, co by było gdyby zanegować te "autorytety", podawane światłym i inteligentym do wierzenia, wraz z produkowanymi przez nich dźwiękami i literakami. Dlatego śmiem twierdzić, że oskarżenia pana Temkina są nieco na wyrost. Jest w nich jakaś doza realizmu, bo pracownicy polskich uczelni doskonale zdają sobie sprawę z gęstości owych peerelowskich układów, ale jak mi się zdaje, choć mogę się mylić, sama ustawa jest oczyszczona z wszelkich podejrzanych sformułowań. 
I jeszcze dodam, że ja też bym wolał przynajmniej zapoznać się z projektem prof. Steca i wyrazić swoją preferencję dla jego lub gowinowskiego projektu. A państwo?
Ciąg dalszy nastąpi.
P.S. 1. Był też taki hapenning na Uniwersytecie Gadńskim, śmierć uniwersytetu, zorganizowany przez tenże Komitet Kryzysowy Humanistyki, ale mi jak widać nie o to znaczenie śmierci Uniwersytety chodzi.





niedziela, 15 października 2017

Od Botoksu do Pittbulla i nazad. Zbierajmy materiały na proces beatyfikacyjny Patryka Vegi Krzemienieckiego.

W zamierzchłych czasach zimy tego roku, ponad 10 miesięcy temu zdecydowałem, że zacznę pisać na blogu (na dwu blogach, blogspocie i salonie24). Moim trzecim z kolei tekstem debiutanckim (z 13 stycznia br.) był wredny, jak sto zmutowanych szczurów, tekst na temat filmu pana Krzemienieckiego vel Vegi Pittbull. Nowe porządki: Czy Patryk Wega Krzemieniecki zabił Daniela z Ełku? Obejrzałem tą miernotę, bo chciałem, że tak powiem na swoje usprawiedliwienie, być na bieżąco. Ale zaraz odechciało mi się tej bieżączki, po obejrzeniu Pittbulla. By uczcić premierę Botoksu (Jeszcze nowszych porządków), przedstawiam państwu obszerny fragment tego tekstu.
Pomijam tu fragment dotyczący tragicznej śmierci młodego człowieka z Ełku z ręki nożwonika zatrudnionego w ełckim Prince Kebabie, sprawie która wygląda, jakby miała "10 den" (1 dno, 10 den). Wykreśliłem też fragmenty dotyczące artykułu Art 196 KK dotyczącego "ochrony uczuć religijnych", żeby nie powtarzać się i przez szacunek dla swoich nerwów. Wystarczy nam tego absurdu kinowego. Jeśli będziecie państwo nalegali, wkleję je w dyskusji.
Do powrotu do mojego tekstu zainspirował mnie pan Osiejuk swoim wczorajszym tekstem: http://krzysztof-osiejuk.szkolanawigatorow.pl/czy-patryk-vega-zaatwi-nam-u-pana-bogaa-sukces-dobrej-zmiany. W zasadzie to od niego dowiedziałem się, że premiera Botoksu odbyło się dopiero co. Już po samym Pittbulluwiedziałem, że kolejnych filmów pana Patryka nie obejrzę. Trailery, które zlustrowałem pod wpływem ich recenzji autorstwa tegoż samego pana Osiejuka, utwierdziły mnie. Nie tylko z powodu braku tam jakichś nowości w twórczości pana Krzemienieckiego, ale przede wszystkim z racji tego strumienia patolo-rynsztoku. Przytaczam tu fragment mojej recenzji Pittbulla, a nie recenzji Botoksu, bo one prawdopodobnie różnią się tylko jednym szczegółem, o którym w konkluzji. Prawdopodobnie, bo nie zamierzam tego sprawdzać naocznie.
Oto mój tekst: 
Obejrzałem niedawno Pitbulla. Nowe Porządki. Po części z nadzieją, że będę miał o czym pisać. Nie zawiodłem się. Jak państwo wiecie, zaczyna się prawie jak u mistrza Alfreda H. Z tym, że najpierw jest nie trzęsienie ziemi, tylko trzęsawka. Dokładniej trzęsawka dwu obnażonych ciał, kobiecego i męskiego, spółkujących ze sobą. Czyli orgazm. Ale taki, że … ech … drżyjcie narody. (Nie wiem jak się zaczyna Botoks i wiedzieć nie chcę.)
Jak najskromniej spuściłem wzrok, przesłoniłem ekran dłonią. Ale to, co zobaczyłem, wystarczyło. Wystarczyło bym poczuł to coś z razu nieokreślonego, co potem kojarzyło mi się z zawstydzeniem, a właściwe było odczuciem mdłości. Mam taką ambicję by być nie tylko staromodnym ale i wyrozumiałym, dlatego długo nie chciałem się do tego przyznać przed sobą samym. Ale ten problem rezerwuję tylko dla siebie.
Zatem Pitbull 2 zaczyna się „niemal” jak u Hitchcocka, na tym jednak podobieństwa kończą, bo zamiast lepiej, dalej jest już tylko gorzej. Dzień po obejrzeniu Pitbulla 2 zadałem sobie pytanie, który z holiłudzkich filmów, albo angielskich, a nawet szwedzkich, a nawet jugosłowiańskich, zaczyna się od takiego pornosa. Emmanuel, powiecie. Nie wiem, nie oglądałem, być może. Nie jestem koneserem kina. Być może państwo mnie poprawicie, ale nie przypominam sobie żadnego. Jest taki film z Melem Gibsonem, gdzie, jak relacjonują podglądający go policjanci, uprawia on sex z panią swego serca przez cztery godziny. Jest nawet niedyskretny rzut oka przez lornetę na miłosną parę, ale są tam jakieś zasłony. W innym filmie O czym myślą kobiety, owszem, jest nawet uniesienie erotyczne, ale nie ma tam ani takiej „krowa na rowie” golizny, przepraszam, „kawa na ławę” golizny ani takiej trzęsawy jak w Pitbullu.
Czemuż, ach czemuż? Zachodzę w głowę. Zachodzę i wychodzę, aż mnie ta głowa zaczyna bloleć. (...) Państwo, którzyście zmarnowali te parę gdzin na wszystkie trzy, a choćby i te 133 minuty na Pitbulla 2, wiecie jak wygląda tam ów „strumień świadomości”, to znaczy strumień pomyj.
Choćby ten fragment, kiedy kolejna kochanka Miami’a wyznaje mu miłość, licytując ofertę tej poprzedniej kobiety, chyba tej, z którą spółkował on na początku filmu, obietnicą plasterków ogórka dodawanych codziennie do kanapki. Bohater wymięka. Jego serce zostaje podbite za pomocą plasterków ogórka. Chciałbym, żeby to było śmieszne. Niestety, Miami wyraża to za pomocą znanego wulgaryzmu zaczynającego się na literę k, który w slangu, oznacza kobietę rozwiązłą, nadto spełnia często funkcję znaku przestankowego lub przerywnika, pauzy do namysłu.
Najważniejszy jednak moment w tym nurcie rynsztoka, moment kulminacyjny, moment najwyższego najpięcia, po którym atmosfera stopniowo opada, następuje kiedy, młody gangster Zupa (Krzysztof Czeczot), wódz gangu mokotowskiego zostaje aresztowany. Ogląda właśnie sobie spokojnie pornosa, widocznego wyraźnie bez przesłon na dużym telewizyjnym ekranie (drugi już orgazm w tym filmie), tymczasem policja pod wodzą Miami’a szturmuje drzwi do jego pokoju. Drzwi stawiają opór. Policjanci wołają do niego przez drzwi by się od nich odsunął i położył się z rękami na głowie. Wszystko realistycznie i prawidłowo. Zupa leży, czeka aż oni rozwalą te drzwi i cichutko nuci sobie ni mniej ni więcej tylko pieśń religijną, pogrzebową, „Przybądźcie z nieba” znaną również jako „Anielski orszak”. Właśnie to, nic innego. Spokojna liryczna melodia, jak i treść pieśni stanowią właściwy kontrast do dramatyzmu chwili. To z nerwów i ze strachu, powie nam pan Wega Krzemieniecki. Nic innego nie może śpiewać. Jakże przenikliwy psychologizm socjologa filmowego i razem reżysera, kandydata na Oscara.
Czemuż, ach czemuż, zpyta leśny dziadek? Czemu nie nuci ten Zupa „Stairway to heaven” albo „Freedom”, albo „Cygańskiej rapsodii” albo coś z diskopolo? Przecież diskopolo to jest naturalna muzyka jego środowiska. A bo to nie tak prosto, odpowie nasz pretendent do Oscara. Przynależność do grupy społecznej nie jest tak jednoznaczna. Jego rodzice są przeciętnymi warszawskimi mieszczanami. Ja się znam na tym, mam dyplom z socjologii. Aha, zmiesza się elokwentny, choć niezbyt domyślny, dziadek: Znakiem tego oni są katolami. Pan to powiedział, wzruszy ramionami Krzemieniecki reżyser. Katoliccy mieszczanie, poza tym, nie słuchają ani Led Zeppelin ani Mercury’ego. Aha, zmiesza się znowu starszy pan, to takie są owoce kato-dulszczyzny. Mieszczaństwo katolickie wychowuje swoich synów na gangsterów, erotomanów i homoseksualistów – bo w podtekście scenariusza Zupa ma jakiś problem ze swoją tożsamością płciową, jest na jej punkcie przewrażliwiony, ogląda pornosy, żeby potwierdzić swoją męskość. Krzemienicki socjolog skromnie spuści oczęta, błyśnie łysiną, zamruga powiekami i cicho szepnie: Pan to powiedział, nie ja. (...) 
Dlatego ludzi wierzących należy właśnie potraktować jak drażliwych dziwaków. Można sobie robić jaja z tzw. wartości religijnych, ale trzeba rzucić im jakiegoś ochłapa, jakąś protezę prawnej ochrony, bo się dziadki i babcie wściekną i jeszcze coś gorszego wymyślą. Inkwizycję albo co? (...)
Katoli trzeba tępić jak wszy, sugeruje Wega Krzemieniecki, bo zatruwają tylko atmosferę i psują smak życia. To jest głos bestialstwa! Powtórzę dla lepszej słyszalności, to jest zakamuflowane bestialstwo, zawoalowane pozorami realizmu psycho i socjologicznego. To jest patologia. (...)
I jeszcze jedno. Czemu Pitbull 2 jest taki paskudny? Nie tylko przez ten dęty seks i ten rynsztok. Również przez tą kretyńską, obleśną kompozycję długiego nosa i czarnej brody Miami’a z jego irokezem ala De Niro z Taksówkarza. Nie ma szans. Pan Krzemieniecki Oscara nie dostanie. Z resztą nie za to mu płacą. Wszak jest on socjologiem. Jego działka to formatowanie tubylców tak by nie wychylili się ponad poziom grupy niewolniczej.
Jaka jest różnica między Pittbullem 2 a Botoksem, której nie zamierzam sprawdzać? Ano taka, że znane mi trailery nie pokozują sceny analogicznej do tej z bandziorem Zupą wychowanym jakoby w katolicko-mieszczańskiej rodzinie. Być może dlatego, że miejsce Zupy zajęła cała służba zdrowia, ale to nie jest do końca jasne. Brak czytelności tej "poetyckiej metafory" w Botoksie , doprowadził być może właśnie do tych religijnych wyznań pana Patryka. Może być też inaczej, może rzeczywiście miał on wypadek i przestraszył się, że Bóg chce dobrać się mu do skóry i zaczął mu stawiać ową przysłowiową świeczkę. Niestety jego "ogarek" przeznaczony bynajmniej nie dla Boga wciąż się świeci. Inaczej być nie może. Pan Patryk podpisał już cyrografy z instancjami bardzo poważnymi. Tu szczegóły: http://natemat.pl/201841,odsuneli-go-od-pitbulla-ale-vega-nie-sklada-broni-szykuje-mocniejsze-produkcje-bez-cenzury-i-komprompisow .
Z tego wywiadu dowiadujemy się, że będzie on kręcił filmy, gdzie aktorzy będą mówić po angielsku. Domyślać się nam wolno, że będą mówili o tym jakimi patologicznymi szmatami są Polacy, zwłaszcza katole, i w taki sposób ich pokazywali. Zapewne po to, by odwrócić uwagę społeczności globalnej od nieubłaganych statystyk, ujawnionych nam przez znakomitego Deszcznocity, według których, jako pijacy, Polacy są daleko w tyle za Anglikami (23 półlitry polskie na 73 półlitry angielskich, w rachunku tygodniowym). 
Kontynuacja owej łopatologii patolo-propagnadowej, jest poważnym zamówieniem i pan Patryk nie jest w stanie z tego się wykręcić. No chyba, że zdecyduje się na długotrwały proces o wielką kasę zakończony swoją porażką i ostatecznym pobytem w szpitalu, nawet psychiatrycznym.
W końcu przychodzi mi jeszcze inna wredna myśl, że mianowicie, sam pan Patryk zdecydował się zastąpić Zupę udzielając owego "religijnego" wywiadu i stając się, jak to określił pan Osiejuk, twarzą "dobrej zmiany". Jeśli mam rację, albo jeśli tylko po części, bo raczej pan Patryk sam by na to nie wpadł, nie jest to pomysł oryginalny ani subtelny. Albowiem zabieg ten jest podobny do tego, co uczynił sam Heinrich Luitpold Himmler, niemiecki zbrodniarz, Reichsführer-SS, głowa satanistycznej sekty zwanej SS (Die Schutzstaffel der NSDAP), który na swoją obronę, gdy już usłyszał wyrok, miał rzec, iż chodziło tylko o "obronę Kościoła Katolickiego" (sic! Dlatego zapewne był współautorem masakry dziesiątków tysięcy kapłanów, zakonnic i zakonników katolickich).
Jest jakieś podobieństwo między religijnym coming-outem pana Krzemienieckiego a próbą skompromitowania Kościoła przez Himmlera, rzucenia na niego podejrzenia o współpracę ze zbrodniarzami. Ale i razem prymitywizm podróbki, najprawdopodobniej niezamierzonej, w typowym dla pana Patryka stylu chałtury do wynajęcia, jego własny podpis, podpis faceta bez charakteru.

środa, 11 października 2017

Brzytwa Coryllusa. Czyli jak biec albo nie biec jeszcze szybciej? Cz. IV.

Część IV, ponieważ jest to kontynuacja moich rozważań, które zamieściłem wcześniej na blogspocie. Oto ich podtytuły, bo tytuł główny to „Jak biec jeszcze szybciej?”, co jest aluzją do znanej sceny z „Alicji w krainie czarów”: „Czy pan Andrzej Rzepliński zostanie Wiedźminem?”, „Teoria niespiskowa, najwyżej tylko trochę ...”, „Fatima i św. Andrzej Bobola”.
Ale przede wszystkim, co to jest brzytwa Coryllusa?
Czytelnikom jego blogu nie trzeba chyba wyjaśniać. Błyska przed oczyma naszego umysłu niemal codziennie, tak jak w dzisiejszym tekście, w którym to pan Maciej „Szpic Bródka” Świrski został ogłoszony możliwym następcą Jarosława Kaczyńskiego. Nie chodzi o to, że tak się faktycznie stanie, ale o to, że przykładając tzw. „brzytwę Ockhama” do fałszywych wyobrażeń o życiu publicznym i władzy, czyli do tzw. polityki, wycinając w pień na tym polu byty fikcyjne, płonne nadzieje i pobożne życzenia, otrzymujemy możliwy wynik rozgrywek politycznych a nade wszystko faktyczne zależności w nich obecne, czyli „brzytwę Coryllusa”. To chyba wystarczy jako wyjaśnienie.
Ale niech mi wolno będzie jeszcze przypomnieć, że rąbnęła nas ona w sam środek myśli w niedawnym bardzo ważnym tekście Coryllusa „Niepodległość jako funkcja dystrybucji”, (https://coryllus.pl/niepodleglosc-jako-funkcja-dystrybucji/), gdzie zobaczyliśmy przerażającą analogię między handlem słowiańskimi niewolnikami w księstwie pierwszych przedmieszkowych Piastów, i nawet w księstwie samego Mieszka I, a masową emigracją zarobkową Polaków w wieku 20 i 21. I jeszcze tenfragment: „realizm polityczny w praktyce polega na tym, że dla oceny sytuacji stosujemy nie swoją ale obcą perspektywę rozwoju wypadków. Dla nas najlepiej byłoby gdybyśmy swoją sytuację oceniali poprzez pryzmat polityki brytyjskiej. Jest to dobra szkoła, stara i nie znająca wahań. Polscy politycy, czują się jednak więźniami obszaru położonego pomiędzy Niemcami a Rosją i nic ponad konsekwencje tego faktu się dla nich nie liczy.” (https://coryllus.pl/media-masa-memlanie/).
Dlatego poczułem się zachęcony by zmodyfikować nieco tytuł główny tego cyklu jako „Jak biec albo nie biec jeszcze szybciej?”.
Onegdaj syntezę owej „brzytwy” dotyczącą nieco innego pola, ale pokrewnego, skompilował Shork:
1. Każde wydarzenie ma swoją przyczynę i ma swojego płatnika.
2. Nie istnieją artyści jednocześnie niezależni i znani.
3. Najwięcej zarabia się na rzeczach najtańszych i dla monopolu nad rynkiem tychże finansuje się upadek nawet całych państw
4. Nauczanie ekonomii istnieje tylko w celu oszukiwania i tworzenia armii idiotów
5. Trwa odwieczna wojna miasta z wsią (czyli gospodarki opartej na bezwartościowym pieniądzu i gospodarki opartej na własności)
6. Podręczniki piszą propagandyści
7. Jednostka ludzka ma dużo większe znaczenie niż może się wydawać.
8. Państwo powinno posiadać doktrynę
9. Symbole są bardzo ważne.
Komentator-bloger Tytus dodał 10 punkt:
10. Ważniejsza jest kontrola nad kanałem dystrybucji niż sama produkcja.
To dla uzupełnienia i przypomnienia, i większego zagmatwania sprawy.
Z niedawnego tekstu pana Maciejewskiego o Cyranie de Bergerac zgaduję, że wolałby byśmy tę „brzytwę” nazywali „szpadą Coryllusa”. No dobrze, niech mu będzie, „maczeta Coryllusa”. Co z tego wynika? Mianowicie to, że ma on prawo autorskie do „szpady (maczety) Coryllusa”, prawo wyłączności, ale jakimś dziwnym trafem, zrządzeniem Opatrzności, „szpada/maczeta Coryllusa” stała się własnością publiczną, więcej nawet dobrem wspólnym wszystkich czytelników jego bloga i publikacji, potencjalnie własnością dużej liczby Polaków. Na razie jest zamiatana pod dywan, ale za parę dekad jacyś potomkowie Mendelsona mogą toczyć zacięte boje o prawa autorskie, czyli wyłączność publikacji tekstów pana Maciejewskiego.
Jak tam będzie, trudno zgadywać. Ale już teraz widzimy, że jest to narzędzie, a zachowuje się jak wirus. Wcześniej, całkiem niezależnie podobnym „rapierem” posługiwał się Toyah, podobną „szablą” Pink Panthera. Chodzi tu o dociekliwość w badaniu publicznej teraźniejszości i przeszłości. I to się rozszerza, staje pandemią. Nie chodzi tu o tworzenie jakiejś, nie daj Boże, kultowej akademii corylluso-toyaho-pinkpanterowej, ale raczej o własną ciesiółkę, o dzieło, o którym niedawno pisał Coryullus, które zresztą widzimy na portalu Szkoła Nawigatorów w wykonaniu różnych autorów.


No i co z tego? Ano coś. Właśnie coś. O czym w kolejnym odcinku, nie V, ale raczej VI. Bo V przebiera nogami i nie może się już doczekać
Na razie tyle, bo i tak nie lubicie, mili państwo, długich tekstów. Może się mylę, ale i tak wszyscy my jutro na 7 do roboty.